Mgła, Revenge, Doombringer – Poznań (08.05.2019)

Jeśli miałbym wybrać jedną rzecz, z której Polska powinna być dumna na arenie międzynarodowej, to bez wątpienia byłby to nasz black metal. Polska czarna scena wydała na świat mnóstwo znakomitych kapel, a jednym z takich objawień jest krakowska Mgła. Słysząc liczne peany na temat „lajwowej” formy zakapturzonych muzyków, postanowiłem w końcu sprawdzić, czy rzeczywiście są oni tak dobrzy – w końcu to, co w studio brzmi znakomicie (a krążki Mgły stoją na naprawdę wysokim poziomie), nie zawsze „żre” na żywo. Dlatego też wybrałem się na pierwszy z czterech majowych występów formacji w Polsce – 8 maja znalazłem się więc poznańskim klubie u Bazyla, gdzie z rosnącą ekscytacją wyczekiwałem występu Krakowian.

W międzyczasie do warszawskiego przystanku trasy dodano Deus Mortem, co z racji mojego uwielbienia dla kapeli Necrosodoma poskutkowało pewnym wulgarnym okrzykiem dziko i niespodziewanie wyskakującym z moich ust. Nic już nie mogłem jednak zrobić – choć nie dane mi było zobaczyć jednej z moich ulubionych blackowych kapel z naszego kraju, to przynajmniej mogłem szybciej zostać świadkiem tego, co załoga z Krakowa miała w tym miesiącu do pokazania.

Zanim jednak pojawili się na scenie, zawitał na niej inny zespół z Polski – pochodzący z Kielc death metalowy Doombringer. Bez bicia przyznaję, że tak dobrego rozpoczęcia koncertu nie widziałem już dośc dawno. Zespół przez swoje czterdzieści pięć minut zaprezentował się od bardzo dobrej strony i brzmiał naprawdę mocarnie, co było zasługą nie tylko świetnego nagłośnienia, ale również ciężaru ich repertuaru. Studyjne dokonania kielczan zdecydowanie muszę nadrobić.

Tak wielu pozytywnych słów nie mogę napisać, jeśli chodzi o występ jedynego zagranicznego zespołu na środowym koncercie – mianowicie kanadyjskiego Revenge. Muzyka tychże nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia, dosłownie – ani nie wykrzywiała mojej twarzy w grymasie zniechęcenia, ani nie powodowała rozdziawienia paszczy z podziwu. Kanadyjczycy po prostu sobie łoili – wiem też, że w mojej opinii na temat ich występu nie byłem odosobniony. Chociaż fani kapeli na pewno byli zadowoleni z przekrojowego materiału zaprezentowanego przez ich ulubieńców (swoją reprezentację w Poznaniu znalazł każdy z ich studyjnych albumów), to trochę szkoda, że na ich miejscu nie pojawiła kapela mająca zdecydowanie ciekawszy repertuar – chociażby to nieszczęsne Deus Mortem (ech…).

W końcu nadszedł czas na danie główne wieczoru, czyli Mgłę. Krakowian oczekiwałem z wypiekami na twarzy, więc gdy usłyszałem pierwsze dźwięki otwierającego album Exercises in Futility utworu wpadłem niemalże w ekstazę. Co tu dużo mówić – ci faceci to po prostu giganci black metalu. Ich muzyka prezentuje się świetnie zarówno na krążkach, jak i na żywo, a same występy, mimo oszczędnych środków (a może właśnie dzięki nim: mało światła, muzycy w kapturach i kominiarkach – jeśli czytacie tę relację, to wiecie przecież o co chodzi) mają w sobie coś magicznego. Podczas ich koncertów wpada się w trans, z którego niestety zbyt szybko trzeba się wybudzić. Jeśli o setlistę chodzi, to kapela zaprezentowała większość pozycji ze swojej dyskografii grając prawie cały Exercises in Futilty, dwa numery z With Hearts Toward None oraz po jednym z Grozy, Further Down the Nest i z Mdłości. Niby niewiele, ale jednak mam świadomość tego, że ich czas sceniczny dla mnie mógłby się ciągnąć w nieskończoność.

Dla równowagi czas na jakieś krytyczne spostrzeżenia – chociaż biorę oczywiście pod uwagę, że mogłem po prostu nie widzieć wszystkiego, to podobnie jak przy pierwszej mojej wizycie w poznańskim klubie, tak i teraz mocno raziła mnie dosyć statyczna publiczność. Okej, z powodów wymienionych powyżej rozumiem względny spokój podczas występu headlinera, jednak podczas show Doombringera można sobie było pozwolić na znacznie więcej niż headbanging. Podobnie zresztą jak w czasie, kiedy scenę zajmował zespół Revenge – chociaż tutaj brak szalonej zabawy byłbym w stanie na siłę uargumentować jakością ich muzyki.

Koniec końców, otwarcie trasy Vision-Discipline-Contempt uważam za udane. Mgła jednoznacznie udowodniła mi swoją wielkość, Doombringer stał się kolejnym zespołem, ku któremu w niedalekiej przyszłości zwrócę uszy, a Revenge… po prostu było. Pokłony kieruję również w stronę organizatorów w postaci Left Hand Sounds oraz ponownie ku nagłośnieniowcom, którzy wykonali świetną robotę.

Łukasz W.

Powinno być ciężko.
Ale w sumie to nie musi.
Łukasz W.

Tagi: , , , , , , , , , .