MONO, Årabrot, Jo Quail – Kraków (18.04.2019)

Powrót nad Wisłę sympatycznych Japończyków i Amerykanina z zespołu MONO kazał poważnie rozważyć obecność na którymś z trzech koncertowych przystanków w naszym kraju. Kiedy jednak tak zacna kapela zabiera na trasę dwa równie gorące supporty, wtedy o wątpliwościach nie może być mowy. Na takim wydarzeniu po prostu trzeba być. Humoru nie popsuł nawet fakt, że do klubu daleko, a nazajutrz trzeba się było zjawić w pracy z samego rana. Mina mi zrzedła dopiero, gdy okazało się, że bus z Wrocławia do Krakowa jechał w tempie wybitnie niespiesznym (5 godzin podróży to chyba rekord), przez co do ostatniej chwili drżałem, czy nie spóźnię na początek występu.

Jo Quail miałem już przyjemność widzieć w grudniu w Poznaniu, kiedy to poprzedzała Myrkur i nie będę ukrywał, że zostałem wtedy oczarowany. Nie mogłem się zatem doczekać powtórki. Joanna sprawia wrażenie osoby niezwykle ciepłej, radosnej i pogodnej, jest więc przeciwieństwem swojej muzyki. W ubiegły czwartkowy wieczór zdarzały się fragmenty niemal taneczne, choć podane w sposób niemal niezauważalny. Dominowało jednak poczucie podskórnego niepokoju, zadumy, czasem wręcz granie ciszą. Jo w skupieniu, z pomocą swojej cudnie wyglądającej wiolonczeli oraz zapętlacza budowała kolejne warstwy wielowątkowych kompozycji, często znacznie je rozbudowując w porównaniu do wersji znanych ze studyjnych albumów. To skupienie nie przeszkadzało jej jednak w okazjonalnym wpatrywaniu się w oczy słuchaczy z pierwszych rzędów i posyłania dyskretnych uśmiechów. W przeciągu 35 minut usłyszeliśmy trzy utwory: White Salt Stag, Mandrel Cantus oraz Adder Stone – zbyt mało, by poczuć się nasyconym, wystarczająco jednak, by rozpalić, a przynajmniej zainteresować słuchaczy. Po raz kolejny uważam, że Joanna skradła koncert headlinerowi i z niecierpliwością będą wyglądał kolejnych wizyt czarującej Brytyjki w naszym kraju.

Z ciekawością czekałem na występ norweskiego Årabrot. Parokrotne przesłuchanie ich ostatniej płyty Who Do You Love oraz pobieżne rzucenie uchem na wcześniejsze dokonania, nie spowodowały, bym stał się szalikowcem tej kapeli. Jednak granie na żywo to zupełnie inna para kaloszy. I rzeczywiście, summa summarum, to był dobry koncert, choć czasem po głowie chodziła mi myśl: „Czy oni tak na serio?”. Wyglądali jak Amisze, którzy po latach trzymania pod kloszem zerwali się z uwięzi i postanowili nadrobić stracony czas, serwując rocka pomieszanego z americaną czy gospel, ale w dość osobliwym, performance’owym duchu. Sekcja rytmiczna tak prosta, jak to tylko możliwe (bywało, że wybrzmiewała tylko ona), Kjetil Nernes za pomocą swojej gitary bardziej ciosał dźwięki, niż grał – brzmiało to nierzadko „kwadratowo”. Pomimo podśmiewania się, nie mogłem oderwać oczu od sceny i dałem się wplątać w rytmiczne tańce. Wśród publiczności znalazło się trochę pasjonatów tego norweskiego ansamblu, którzy entuzjastycznie reagowali na występ swoich ulubieńców. Po czterdziestominutowym spotkaniu z Årabrot miałem jedną refleksję – nie wiedziałem, co się przed chwilą wydarzyło, ale obiecałem sobie, że na pewno ze spokojem podejdę do ich dyskografii raz jeszcze, próbując zgłębić, co mają do przekazania.

Po dwóch rozgrzewających supportach, przyszedł czas na gwóźdź programu – japońskich klimaciarzy z MONO. Trasa niby celebrowała 20-lecie zespołu, ale set zdominował ostatni, udany album Nowhere Now Here. Po krótkim wprowadzeniu (God Bless) uderzyli z całą mocą dynamicznym After You Comes The Flood, podczas którego zastanawiałem się, kiedy po raz ostatni byłem na tak dobrze nagłośnionym koncercie? Nie znajduję odpowiedzi, a to tylko podkreśla jakość dźwięku podczas tamtego wieczoru. Śmiało można było delektować się atmosferycznymi zwolnieniami oraz wybuchami i ścianami dźwięku, bo nawet te nie traciły na selektywności. Wracając do setlisty, pomiędzy wspomniane nowości (z ostatniego longplay`a grano także utwór tytułowy, oraz Breathe, Sorrow a także Meet Us Where The Night Ends) grupa zgrabnie wplatała wycieczki do bliższej, bądź dalszej przeszłości. Największy entuzjazm wywołali przypominając Dream Odyssey, reprezentanta albumu For My Parents.

MONO znani są z tego, że emocje i barwy potrafią się u nich zmieniać z minuty na minutę, niemniej jednak z przykrością skonstatuję, iż było nieco mono(nomen omen)tonnie. Złośliwi twierdzą, że jeśli usłyszałeś jeden utwór MONO, to słyszałeś już wszystkie. Ja do tej grupy nie należę, aczkolwiek uważam, że półtoragodzinne nagromadzenie kompozycji opartych na dość podobnych pomysłach może spowodować przesyt. Myślę, że to nie tylko moja opinia. W klubie Zet Pe Te w czasie występu Japończyków widziałem trochę ziewających, bądź przysypiających osób. Nie był to koncert zły. Bardziej określiłbym go jako przyjemność, której finał się przeciąga i tym samym zaczyna sprawiać mniejszą radość. Mimo wszystko patrząc na wspomniany wieczór całościowo, dostałem trzy koncerty: wyśmienity, intrygujący oraz udany. Czy warto było zatem jechać te blisko 300 kilometrów w jedną stronę w środku tygodnia? Oczywiście, że warto.

Tagi: , , , , , , .