Mystic Festival 2019 – Kraków (25 – 26.06.2019)

Od początku wokół Mystic Festival 2019 było gorąco i zawisło nad nim nieco czarnych chmur niedowierzania. Od kontrowersyjnego terminu w środku tygodnia, przez ceny biletów, scenę mieszczącą się we wnętrzu hali, a skończywszy na headlinerach imprezy i ostatecznej rozpisce. Krótko ujmując, lekko nie było, ale każda młoda inicjatywa (choć w tym przypadku stworzona przez prawdziwe grono zawodowców pod nazwą Mystic Coalition, w składzie którego znaleźli się: Mystic Production, KnockOut Production, B90) nie ma lekkiego startu. Dni mijały, line up powoli się klarował, aż koniec końców nadszedł czerwiec – polskie lato równie upalne jak w filmowym Upadku, tym razem działające jednak na korzyść festiwalowej aury. Dwa dni, trzy sceny, ponad dwadzieścia pięć godzin zaplanowanej muzyki na koncertach zagranych przez dwadzieścia osiem zespołów. Zostawmy już jednak liczby, czas na MF2019!

 

Dzień I (25.06.2019)

Po odebraniu opaski skierowałem się prosto pod scenę The Shrine, gdzie kończył wybrzmiewać idealnie wakacyjno-urlopowy song, czyli Ostatni tabor z repertuaru polskiej grupy Kat. Punkt 16:15 na scenie pojawili się “dziady” z In Twilight’s Embrace i kolejny raz wrzucili zgromadzoną publikę do kotła z ubiegłoroczną świetnie przyjętą Lawą. Mimo panującego upału i braku powietrza do złapania tchu, metal śmierci okazał się prawdziwie świeżym powiewem i rozbudził zgromadzoną publikę. Temperatura z każdym numerem ulegała znacznemu podkręceniu, a muzycy bez chwili wytchnienia dewastowali fanów mieszanką melodyjnego black i death metalu. Co warte podkreślenia, zespół zabrzmiał naprawdę dobrze, jak na tak młodą godzinę. Idealny polski starter na najwyższym poziomie. Dzięki!

Po uzupełnieniu zapasów życiodajnej wody uderzyłem w kierunku Park Stage, z której płynęły już brutalne dźwięki w wykonaniu super grupy Vltimas. Panowie Vincent, Eriksen Mounier wspomagani na scenie przez J.D. serwowali niezwykle techniczny i precyzyjny death metal, który w asyście upalnego słońca dosłownie wgniatał publikę w ziemię. Sam występ oceniam za udany, a zespół dość jednoznacznie mi udowodnił, że muszę nadrobić zaległości i wreszcie poświęcić ich debiutanckiemu Something Wicked Marches In należną uwagę. Końcówkę koncertu odpuściłem i udałem się na sprawdzenie ostatniej, głównej sceny mieszczącej się we wnętrzu krakowksiej Tauron Areny.

Na Main Stage w najlepsze trwała folkowa potańcówka w wykonaniu szwajcarskiego Eluveitie. Choć muzycznie nie była to kompletnie moja bajka, to widać było, że muzycy i całkiem licznie zgromadzona publika nieźle bawili się przy melodyjnych numerach zespołu. Grunt to zadowolenie fanów i miło było słyszeć wśród stojących obok mnie osób, że grupa zaprezentowała się naprawdę dobrze. 

Kolejnym przystankiem był ponownie The Shrine, gdzie powoli przygotowywał się amerykański Power Trip. To był mój drugi koncert tych metalowych maniaków i drugi raz zostałem  mocno chwycony za serce bijącą ze sceny energią oraz pierwszorzędnie zaserwowanym thrashem. Riley Gale siłował się z mikrofonowym statywem, moc dosłownie rozpierała go w każdym utworze i zawodowo dowodził pozostałą czwórką muzyków. Set oparty w głównej mierze na materiale z wydanego dwa lata temu Nightmare Logic potwierdził fakt, że ekipa z Dallas słusznie zbierała pochwały w recenzjach za swój drugi album. Jeżeli tylko będziecie mieli okazję pojawić się na ich koncercie, to koniecznie nadróbcie zaległości. Z pewnością nie pożałujecie! Dla mnie był to najmocniejszy punkt pierwszego dnia Mystic Festival!

Nie można jednak tego napisać o występie Soulfly, a raczej części, którą miałem okazję zobaczyć. Przykro to stwierdzać, ale Max Cavalera ma chyba czasy własnej świetności dawno za sobą. Inna sprawa, że jego dorobek muzyczny po odejściu z Sepultury nigdy nie potrafił mnie dostatecznie przekonać. Do tego doszło dość karykaturalne wykonanie fragmentu nieśmiertelnego War Pigs, którego raczej bym nie poznał, gdyby nie znajomość tekstu. Mam nadzieję, że miłośnicy Soulfly byli zadowoleni. Dla mnie niestety fragment występu był przysłowiowym “męczeniem buły”.

Nie czekając długo, ponownie wróciłem do wnętrza areny (będącego nomen omen prawdziwą kontrą i chłodną oazą dla żaru lejącego się z nieba), gdzie tłum czekał na weteranów thrash metalu. Testament od pierwszego numeru pięknie udowadniał, że nie ma zamiaru bawić się w półśrodki. Skolnick wraz z Petersonem czarowali gitarami i pokazywali kunszt własnych umiejętności, a wykonane numery z klasycznego The Gathering (zwłaszcza D.N.R!) dowodziły zasłużonego statusu żywej legendy sceny. Szkoda jednak, że nagłośnienie w niektórych momentach pozostawiało wiele do życzenia i utrudniało wychwycenie pełnego smaku z tej thrashowej uczty.

Nowy album Possessed z pewnością nie raz i nie dwa pojawi się w tegorocznych podsumowaniach płytowych. Nic dziwnego – materiał wypuszczony przez Becerra i spółkę nie pozostawia najmniejszych złudzeń, że oldschoolowy death metal wciąż potrafi zaskakiwać i rozrywać słuchaczy na strzępy z niewyobrażalną siłą rażenia. I taki właśnie był koncert! Bez zbędnej gadaniny, pełen brutalności i pozbawiony jakichkolwiek kompromisów. Usłyszenie na żywo Demon czy Exorcist było spełnieniem mojego jakiegoś marzenia, a w asyście dobrego nagłośnienia dosłownie rozpływałem się od utrzymującego się wciąż upału i uderzającego mnie prosto w twarz piekielnego death metalu. Występ dnia ex aequo ze wspomnianą już grupą Power Trip.

Przyszedł czas na uzupełnienie płynów i zdecydowałem się na spróbowanie festiwalowych kraftów. Mając zapas czasu przed występem Amon Amarth, udałem się do Pentagron Zone i oczekiwałem na piwo przy dźwiękach koncertu Powerwolf. Byłem naprawdę zdumiony, jak liczną publikę zgromadzili niemieccy power metalowcy. Nie spodziewałem się, że zespół będzie miał tylu fanów, ale to kolejny dowód na dobrze przemyślany dobór zespołów na pierwszą edycję festiwalu.

Pierwsze numery przeleciały przez moje uszy, następne w asyście nieustannej kolejki do chmielopoju zaczęły mnie po prostu irytować. Cóż, kompletnie nie moje klimaty, ale kolejny raz dodam – skoro tłum bawił się w najlepsze, to grunt, że zespół znalazł należne mu grono odbiorców. Po prawie 30 minutach czekania otrzymałem upragnione piwo (co prawda przelane do dwóch oddzielnych kubków i z niewyobrażalną ilością piany, ale z uwagi na temperaturę i pragnienie nie miałem nawet czelności wybrzydzać; smak “death metalowego” piwa był moim zdaniem ok, choć żaden ze mnie znawca), a występ szwedzkich wikingów odpuściłem kosztem spokojnego spożycia i złapania chwili wytchnienia w strefie gastronomicznej.

Skłamałbym pisząc, że nie byłem ciekaw występu Batushki. Cały kabaret związany ze sprawą wielkiej schizmy i palenia kontraktów zamiast kadzidła wołał o pomstę do nieba/piekła, a zaprezentowane materiały bez większego zaskoczenia okazały się dość średnimi płytami. Jednak skoro pojawiła się szansa na obejrzenie liturgicznego show w wersji 2.0, nie miałem zamiaru odpuścić i sprawdzić prawdziwość własnych teorii. Dość szybko przekonałem się, że moje obawy były słuszne. Pomimo (znów!) bardzo dobrego brzmienia na The Shrine, zespół nie porwał mnie własnym show i wypadł po prostu nudno. Głównie muzycznie. Bo choć na scenie kolejny raz pojawiła się masa sakralnych gadżetów – świecie, ołtarze, mniejsze i większe batushki – to numery z Hospodi nieco przygasiły magię tego całego wydarzenia. Po czwartym numerze odpuściłem, głodny większej energii i bardziej treściwej muzyki, chyba podobnie zresztą jak spora część osób w koszulkach z okładką nowej płyty Pana Krysiuka i spółki. 

In Flames okazał się idealnym remedium na przepompowany charakter poprzedniego występu. Bez bicia przyznam się, że Come Clarity był moim zdaniem ostatnim wartym pełnej uwagi albumem Szwedów, to koncertowo zostałem bardzo mile zaskoczony. Co prawda znaczną część setlisty stanowiły nowe utwory, ale muzycy zaprezentowali się w nich naprawdę nieźle. Czuć było, że między zespołem a publicznością był dobry kontakt, a muzyka wręcz przepełniona emocjami całego występu (co w przypadku poprzednika można by raczej nazwać paździerzem). Anders wypadł naprawdę porywająco zarówno wokalnie, jak i w roli konferansjera. Akcenty ze starszych płyt (Colony, Pinball Map czy Cloud Connected) może nie brzmiały tak dobrze jakbym tego oczekiwał, to jednak cały koncert oceniam na niezwykle solidny. Znowu pochwalę dźwiękowców, zespoły na otwartych scenach zabrzmiały tego dnia wyjątkowo dobrze i z mojej strony duży ukłon uznania.

W tym roku minęło piętnaście lat, odkąd miałem okazję widzieć Slipknot na żywo podczas występu na Stadionie Śląskim w Chorzowie (2004 – wraz z Metallicą w trakcie trasy promującej St. Anger). Pierwsze trzy albumy darzę sporą sympatią, a zespół mimo skręcenia w dość nieciekawy dla mnie kierunek po śmierci Graya, nadal traktuję jako jeden z tych, do których lubię wracać z jakimś sentymentem. Miałem więc spore oczekiwania wobec koncertu i byłem ciekaw, ile zostało tej prawdziwej, chorej energii lat 90., jaka została niegdyś uformowana na terenach rolniczo-emerytalnego Des Moines. Na wstępie rozwieję wątpliwości – w moim mniemaniu nagłośnienie uniemożliwiło czerpanie pełnej satysfakcji z całego show. Rozpoczynające koncert People = Shit (sic), dosłownie bulgotały od wyciągniętego na pierwszy plan brzmienia zestawów perkusyjnych, które przysłaniały wokal Coreya i sekcje gitar. Dopiero z czasem, gdy słuch przyzwyczaił się do dość ekstremalnych warunków oraz kiepskiej selekcji poszczególnych instrumentów, można było w mniejszym bądź większym stopniu cieszyć się z show. Na scenie ogień, dosłownie i w przenośni. Slipknot znany z robienia widowiskowych występów nie pozwalał fanom na chwilę odpoczynku. Nowe utwory wypadły lepiej bądź gorzej (w  przypadku tych pierwszych na pewno wymieniłbym Sulfur), starocie przywołały miłe wspomnienia i uśmiech na twarzy (zwłaszcza Disasterpiece Surfacing). Oczywiście zabrakło części klasyków jak Left BehindWait and Bleed czy Liberate, ale i tak ostatecznie wyszedłem zadowolony. Nawet pomimo męczącego nagłośnienia.

Dzień II (26.06.2019)

Drugi dzień festiwalu także planowałem rozpocząć od polskiego akcentu, ale własna dezorganizacja czasu i obowiązki uniemożliwiły mi pojawienie się na koncercie Entropii. Gdy zespół był w trakcie występu, dopiero zmierzałem w kierunku Tauron Areny i mogłem w nim uczestniczyć, na tyle, na ile zdążyłem posłuchać w trakcie drogi. Koniec końców zdecydowałem się wybrać obejrzenie całego show Hatebreed, który powoli miał wychodzić na deski Park Stage. Szkoda, gdyż nie miałem okazji widzieć zespołu na żywo po wydaniu Vacuum, ale mam jednak nadzieję, że niedługo pojawi się w Krakowie ku temu dogodna okazja. Wierzę, że jak zawsze pokazali na żywo klasę.

Jamey Jasta nie musiał długo namawiać tłumnie zebranej publiki na rozpoczęcie wspólnej zabawy pod patronem breakdownów  Hatebreed, zawodowo porwał towarzystwo do wyładowania nagromadzonej energii i przez cały set nie spuszczał nawet przez chwilę z tonu. Moshpit, kurz, żar lejący się z nieba i dziesiątki osób bujających się do bezkompromisowych ciosów, jak np. Under the knifeDestroy Everything, czy mój osobisty faworyt  Defeatist. Myślę, że każdy, kto przyszedł na ten koncert z zamiarem dostania pięścią między oczy,  otrzymał należne i to ze sporym kwitkiem. 

Na szczęście o wiele mniejsze kolejki po zapasy wody mineralnej nie utrudniły stawić się na kilkanaście minut występu Municipal Waste. Choć nie tak efektownie jak poprzedniego dnia Power Trip, to równie zawodowo i z pełną pasją jechali ze swoim bezkompromisowym crossover thrashem. Bez zbędnego ciśnienia, na pełnym luzie i z mocno wciśniętym gazem. Chętnie zobaczę ponownie w klubie, niestety wzrastający apetyt na kolejny koncert zawrócił mnie z powrotem pod Park Stage.

Powód był bardzo prosty: Carcass. Brytyjscy amatorzy mniej bądź bardziej estetycznej medycyny chirurgicznej zaserwowali przekrojowy występ przez własny dorobek, a cały program precyzyjnie niczym skalpel pozwolił usunąć wszelkie wątpliwości co do ich statusu “ojców brutalnego death metalu”. Buried dreams This Mortal Coil były własnie tym, na co czekałem, i spełniły moje oczekiwania, zresztą jak cały koncert. Dam się pokroić za koncert klubowy na jesień, mam nadzieję, że będzie okazja powtórzyć to spotkanie w niedługim czasie.

Podarowałem sobie występ Trivium, który, nie ukrywając, nie był na tyle interesującą mnie opcją, aby zajrzeć na główną scenę. Czas przeznaczyłem na przeglądnięcie oferty okolicznych kramów wydawniczo-odzieżowych oraz kolejny raz odpowiednio nawodnić organizm na dalszą część dnia. Słońce powoli zaczęło odpuszczać, a ja udałem się ponownie na The Shrine. Tym razem na spotkanie z zawodnikami wagi ciężkiej prosto z Nowego Orleanu. Z wielką chęcią ponownie zaliczyłem występ Crowbar. Rzemieślniczo odegrane ciężkie riffy, pełna i tłusta perkusja w asyście ochrypniętego głosu Windsteina świetnie korespondowały z zachodzącym słońcem oraz rozpoczęciem wieczornej części drugiego dnia Mystic Festival

Występ legendarnego Emperor był co najmniej udany. Każdy z dziewięciu numerów nie pozostawił mi nawet cienia wątpliwości, że norweskie cesarstwo ma się naprawdę dobrze i starzeje się w naprawdę dobrym stylu. Choć zespół pozostawał na scenie w nieco statycznej i nadto skupionej pozie na scenie, to muzycznie rozwalał mnie z każdym kolejnym kawałkiem. Profesjonalizm bijący z gry Ihsahna, Samotha Torsona (wspomaganych na scenie przez Munkeby Secthdamona) był godny podziwu, a cały koncert z całą pewnością zadowolił zgromadzonych miłośników black metalowej sztuki. Spodziewałem się większych tłumów – w porównaniu do wspomnianego już Powerwolfa można by napisać, że świeciło nieco pustkami, ale to bez znaczenia. Gdy wracam do Ensorcelled by Khaos czy I Am The Black Wizards wiem, że kto miał być na tym koncercie, to z pewnością się pojawił i wyniósł z niego (mam nadzieję) tak samo dużo satysfakcji jak ja. 

Rolę zamykacza imprezy na scenie The Shrine powierzono amerykańskim rzeźnikom z Immolation. To zawodowcy, których nie trzeba specjalnie przedstawiać. Podczas ostatniej trasy z Melechesh w dość jasny sposób (i kolejny raz) pokazali na czym polega stara szkoła death metalu, w której nie ma miejsca na sentymenty i pieprzenie o pierdołach. Tym razem było podobnie, choć widziałem jedynie początek. W ciągu kwadransa, jaki udało mi się poświęcić przed udaniem się na koncert duńskiego króla horroru, Dolan i ekipa bez żadnych skrupułów rozpoczęli mielenie zebranego grona miłośników ekstremalnego hałasu. Wierzę, że było tak do samego końca. Ba! Wiem o tym, bo kto jak nie oni?!

Jeżeli dzień po Mystic Festival przeglądaliście portale społecznościowe i widzieliście te donośne zachwyty w stylu najlepszy koncert, koncert życia, prawdziwy metal itp., to wiedzcie, że nie ma w nich nawet promila przesady. King Diamond pozamiatał swoim koncertem do tego stopnia, że prawdopodobnie ekipa porządkowa nie miała za wiele do sprzątania w okolicach Park Stage. Heavy metalowe opowieści z krypty wybrzmiały fenomenalnie, nie sądziłem, że będzie mi kiedykolwiek usłyszeć muzyków tej daty w formie 1:1 z nagraniem studyjnym. Rozpoczynające wieczór The Candle Voodoo od razu mnie powaliły na kolana, także do końca występu nie mogłem się już pozbierać, a to był początek. Dalej coraz lepiej, mocniej, w żadnym stopniu nie tracąc unoszącej się atmosfery komiksowego horroru, nawiedzonych domów i demonicznych historii. Na liście m.in. A Mansions of Darkness, Halloween, nowy numer Masquerade of Madness (bardzo zgrabnie wpleciony między klasycznymi kompozycjami), Welcome Home i zamykający set The Lake. Polscy fani mogli liczyć na powrót Króla po krótkiej przerwie i dwa numery na bisy – Burn oraz nieśmiertelny wręcz The Black Horseman. Po nieco ponad godzinie show dobiegło końca. Tłum długo skandował nazwę King Diamond – niczym podwładni domagali się więcej od niekwestionowanego władcy strasznego heavy metalu. Oczywiście, że było zbyt krótko, że zabrakło niektórych utworów, że mogło być jeszcze więcej. Festiwale jednak rządzą się własnymi prawami. Nie zmienia to jednak faktu – był to najlepszy koncert tegorocznego Mystic Festival. Przynajmniej takie jest moje zdanie i nie widzę powodów, aby miało cokolwiek je zmienić. Tym samym zakończyłem udział w pierwszej edycji. Podarowałem sobie występ Sabaton. Wątpię – a mógłbym nawet napisać, że jestem pewien – aby cokolwiek zrobiło na mnie wrażenie po ostatnich kilkudziesięciu minutach na prawdziwym heavy metalowym karnawale opętanych dusz.

Kilka (subiektywnych) spostrzeżeń na tematy około-festiwalowe, a warte wspomnienia:

  • Nagłośnienie na otwartych scenach przerosło moje oczekiwania – kolejny raz chwała dźwiękowcom za bardzo dobrą robotę.
  • Strategicznie rozplanowany teren dookoła Areny – w ciągu dnia na Park Stage można było pozbyć się wrażenia, że festiwal odbywa się w centrum miasta. Brak kolejek do toalet/toi toi, duża swoboda i ilość miejsc do uczestnictwa w koncertach.
  • Klimatyczne dekoracje przy scenie The Shrine – wierzę, że to kwestia czasu, jak MF będzie miał tego więcej. 
  • Wystawa prac Zbigniewa Bielaka – miło było zobaczyć na żywo prace prawdziwego mistrza metalowych okładek. 
  • Kolejki w pierwszy dzień festiwalu – wynikające raczej z małego doświadczenia samej obsługi, dziewczynie lejącej nam piwo ręce po prostu drżały i widać, że chyba nie miała wcześniej do czynienia z takim formatem imprezy. Być może pochopnie oceniam i generalizuję, ale cóż, pech chciał, że właśnie tak trafiłem. 
  • Szybki sold out festiwalowego piwa – dla mnie to co prawda nie aż tak istotne  i też nie do końca zarzut, ale przy niewielkiej różnicy w cenie między butelką a kijem można było przeczuwać większe zainteresowanie. Drugiego dnia po godzinie 18.00 nie było już czego szukać.
  • Zraszacz z wodą, który niby nie jest niczym wielkim, sprawdził się idealnie do krótkiego orzeźwienia.
  • Nad wyraz dbająca o czystość publika – aż miło było popatrzeć jak mało śmieci wala się po terenie festiwalu, brawo dla Was!

Zakończę bez większej pompy i wywodów, bo nie ma już więcej czego dodawać. Dziękuję zespołom za niezwykłe koncerty, fanom za liczne uczestnictwo i wsparcie dla nowej inicjatywy na mapie naszego kraju, a organizatorom za możliwość pojawienia się na odświeżonej wersji Mystic Festivalu. Wierzę, że niespodzianki, o których wspomniał Tomasz Ochab w festiwalowym wydaniu KnockOut Zine okażą się prawdziwym zaskoczeniem. Pozostaje nam cierpliwie czekać pierwsze ogłoszenia kolejnej edycji, która odbędzie się 10 i 11.06.2020 na terenie krakowskiego Muzeum Lotnictwa. 

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .