Nine Inch Nails – Berlin (02.07.2018)

NIN English Ver (1)

Kiedy przeczytałem na oficjalnej stronie zespołu informację, że Nine Inch Nails gra w Berlinie 2giego lipca bieżącego roku, wiedziałem, że muszę się tam znaleźć. To właśnie w stolicy Niemiec widziałem ich po raz pierwszy, jako zbuntowany, wychudzony osiemnastolatek ze skłonnościami do substancji psychoaktywnych i chroniczną depresją, dla którego Trent Reznor był bogiem. Promowali wtedy dwupłytowy album „Fragile”(1999), dramatycznie piękny tekstowo i muzycznie doskonały twór oraz genialną koncertową maszynę, która wryła mi się w pamięć dzięki wizualizacjom rzucanym na ogromny transparentny ekran.
 
NIN jest do tej pory wzorem brzmienia, do którego staram się dążyć w swoich utworach, więc po osiemnastu latach słuchania ich studyjnych albumów i oglądania zamieszczanych na YouTube występów na żywo, postanowiłem wyjść w końcu z domu na koncert inny niż własny. Jakie było moje zdziwienie i rozczarowanie, kiedy to jak każdy grzeczny fanboy zapłaciłem dwukrotną cenę za bilety na czarnym rynku, bo wszystkie rozeszły się zanim zdążyłem zareagować i kupić jakikolwiek w autoryzowanym punkcie sprzedaży…ale, ale… nie czas i miejsce na wypowiedź na temat wadliwego systemu sprzedaży, bo założę się, że mądrzejsze ode mnie osoby pisały o tym.
 
 
 
„W dniu koncertu, spacerując po Berlinie, tu i ówdzie, aczkolwiek nad wyraz często, zdarzało mi się zobaczyć ubranych na czarno ludzi z charakterystycznym trzyliterowym logo niekwestionowanego króla amerykańskiego industrialu, który po trzydziestu latach kariery muzycznej i obecności na światowej scenie nadal potrafi zaskoczyć” mówiłem do siebie cały czas w drodze na stację metra, żeby zapamiętać to, co właśnie piszę. „Pictures in my head of the final destination/ all lined up/ (all the one’s that aren’t allowed to stay)” usłyszałem nagle wyrwany ze swoich myśli. U-bahn jadący w pobliże Zitadelle Spandau, gdzie show miało się odbyć był takimi osobami zapchany. „Tried to save myself but myself keeps slipping away” śpiewał Trent dalej w moich słuchawkach, wybrany randomowo z całej playlisty mojego telefonu. Utwór pasował jak ulał. Sama Zitadelle Spandau, „obejmująca cztery bastiony warownia, jest jedną z najznaczniejszych i najlepiej zachowanych renesansowych fortec w Europie i wygląda potężnie, mimo iż ze starszego średniowiecznego zamku zachowały się jedynie XIII-wieczna wieża Juliusza, obecnie służąca za widokową, oraz palatium z XV stulecia”, jak przeczytałem w przewodniku; leży spory kawałek od stacji, na której wszyscy wysiedliśmy. Obiekt może pomieścić do 10000 osób, więc nieprzerwany strumień tłumu pielgrzymował pomiędzy supermarketem i zapewne jego sekcją monopolową, a wejściem na teren zamku. Późne popołudnie powoli przechodziło w wieczór, kiedy przeszedłem przez punkt ochrony po dokładnej kontroli, co raczej mnie ucieszyło, a nie zdenerwowało, biorąc pod uwagę ryzyko, jakie niesie ze sobą każda duża impreza w roku 2018.
 
W oczekiwaniu na koncert chodziliśmy bez celu po terenie imprezy z fotografem, moim przyjacielem od czasów szkoły podstawowej, Gracjanem Donarskim, z którym byłem na NIN 18 lat temu i którego zdjęcia możecie obejrzeć czytając ten artykuł, lądując oczywiście, jak zwykle na sam koniec, w kolejce do baru. Czas zatoczył kolejne koło… „O, cześć, Adam.” powiedziałem automatycznie podając mu dłoń i poprawiając koszulkę z napisem BEHEMOTH 93 na plecach, jedyny czysty t-shirt, jaki został po długim wyjeździe, trochę zdziwiony widokiem uśmiechniętego Nergala za plecami. Pan Darski okazał się być miłym jegomościem bez specjalnego zadęcia, przybijającym piątki i aktywnie pozującym do niezliczonych selfie, które ludzie sobie z nim robili. Jakoś wtedy supportujący DJ, VATIKAN SHADOW, zaczął swój beznadziejny set zanudzając mnie do granic możliwości. Wydawał się bawić dobrze sam ze sobą, pokazując raz na jakiś czas środkowy palec.
 
Nine Inch Nails weszło na scenę o godzinie 21.00 w kłębach sztucznego dymu oraz wszędzie wciskającego się prawdziwego kurzu, przy dźwiękach piosenki Angelo BadalametiegoFireman”. Po wybrzmieniu ostatniej nuty utworu autora ścieżki dźwiękowej m.in. do „Twin Peaks”, od razu zaczęło się „Branches/Bones”, będące również początkiem EP „Not the Actual Events”(2016). Ściana dźwięku w resztkach zachodzącego właśnie gdzieś tam, nieważnego już, Słońca. Cała uwaga publiczności skupiła się się na światłach, energii i muzyce generowanej na scenie przez Trenta i jego załogę. „Wish”, które zagrali potem zdezorientowało mnie nieco, bo to kawałek z „Pretty Hate Machine”(1989), ale zdecydowanie zmiotło z nóg i zorientowałem się, że bezwiednie drę ryja razem z wieloma innymi uczestnikami show. Okazało się, że koncert był pełen takich niespodzianek, bo NIN zagrało piosenki z całej swojej 30-sto letniej kariery, co chwilę prezentując jakiś nowszy utwór, np. koncertowe wykonanie „Raptile (with Closer tease)” urwało mi głowę, zaraz po tym zostałem skonfrontowany z „Shit Mirror”, ekscentrycznie mrocznym, potężnym i prowokującym połączeniem muzyki i tekstu, które wyraźnie pokazuje, że Nine Inch Nails nadal tworzy nowatorski brzmieniowo materiał bez rezygnowania z tak charakterystycznego dla siebie pazura. „Gave up” słuchaliśmy już z większego oddalenia od sceny, zaraz przy barze, gdzie jak na mój gust było słychać lepiej. „Even Deeper”, przedostatnia piosenka zaprezentowana na żywo tamtego wieczoru, przeszła powoli w „Hurt”, utwór, który od wydania “Downward the Spiral“(1994) zawsze grają na koniec gigu, i wiedzieliśmy, że to początek końca tego magicznego wieczoru i początek zwykłej lipcowej nocy.
 

Zachrypnięty i oczarowany nieustającą koncertową świeżością NIN skierowałem się do wyjścia, żeby utknąć w dzikim tłumie, który skumulował się przy bramie. Resztę wieczoru byłem zmuszony spędzić w samochodzie wracającym do kraju, ale jakoś mi to nie przeszkadzało zbytnio, ponieważ z głośników dalej sączyło się Nine Inch Nails. Wniosek nasuwa się jeden: muszę częściej niż raz na osiemnaście lat wychodzić ze studia na koncerty moich ulubionych zespołów.

Tagi: , , , , , , , , , , , , , .