Obituary, Deserted Fear, Planet Hell – Wrocław (28.07.2018)

Pod koniec lipca dzięki agencji Knock Out Productions, w kooperacji z lokalną Core-poration po raz pierwszy w historii Obituary zawitało do Wrocławia przy okazji swojej mini trasy o nazwie European Summer Tour po Europie Wschodniej. Do współpracy przy dziele kompletnego zniszczenia amerykańska grupa zaprosiła dwa supportujące zespoły – niemiecki Deaserted Fear i nasz rodzimy Planet Hell. Miejscem tej metal masakry zostały Zaklęte Rewiry (cóż za wymowna nazwa).

Klub ładnie wtapia się w cień na ulicy Krakowskiej, chowając się przed spacerującymi chodnikiem ludźmi. Kilkupiętrowy budynek z czerwonej cegły mieści w sobie dwa kluby: Pralnię i Zaklęte Rewiry. Miałem okazję porozglądać się trochę po wnętrzu i stwierdzam, że to jedno z ciekawszych miejsc na koncerty (i nie tylko oczywiście) we Wrocławiu. Szczególnie sala, w której wszystko się rozegrało tego wieczoru, jest świetnie podzielona na przestrzeń na bar, scenę i obszar na merch.

Mniej więcej od godziny 18:30 bramy do zaklętych pomieszczeń stanęły otworem i metalowa brać zaczęła się wlewać do środka ciągłym, jednostajnym strumieniem ludzkich ciał. Na początku wydawało się, że małe ludzkie grupki nigdy nie przestaną się rozlewać po pomieszczeniu przeznaczonym na show. Ale niestety, strumień zamienił się w potok, ten zaś w strużkę, która zamarła wypełniając 2/3 wnętrza sali.

Nikt na nikogo nie czekał i pierwszy akt sztuki rozpoczął katowicki progreswyno death metalowy Planet Hell. Na scenę wyszło czterech polskich badaczy kosmosu. Astronauci ci mieli zamiar przedstawić swoje podejście do dzisiejszego zwariowanego tech/prog death metalu. Podróż, którą odbyliśmy wszyscy będący świadkami tej kosmicznej eskapady pokazała jedno. Planet Hell to zespół, któremu można zawierzyć swój organ słuchowy i całą resztę z nią związaną. Przez pół godziny, gdyż tle trwał ich występ, braliśmy udział w astronomicznej ekspedycji ku gwiazdom, a wszystko w otoczce technicznego death metalu. Reakcją zebranej publiczności na te dźwięki była raczej skrępowana ekscytacja, niźli ekspresja cielesna. Znacząca większość stała, wsłuchując się w materię dźwiękową, tworząc swoje osobiste muzyczne wyobrażenia. Czuć było koncentrację, chęć usłyszenia każdej nuty. I tutaj pojawia się mały szkopuł – odbiór. Choć Zaklęte Rewiry są nieźle wyposażone w dobry sprzęt nagłośniający, to jednak czegoś zabrakło, by w pełni rozkoszować się tą kosmiczną podróżą. Dźwięki gubiły się gdzieś, a w takich numerach jak: Invincible, Inquest, Astronauts czy też Reya (fragment nadchodzącego ich drugiego albumu) ściana dźwięku tworzyła jeden wielki chaos. No, ale czego ja się czepiam, przecież to koncert metalowy, musi być brudno. Planet Hell dało z siebie wszystko, to było widoczne, i za to otrzymali wiwaty co od niektórych widzów tego sobotniego wieczoru.

 

 

W Zaklętych Rewirach mieliśmy zobaczyć trzy zespoły, trzy odrębne, a jednak ze sobą powiązane sztuki death metalu. Jako drugi wystąpił Deserted Fear, kapela z Niemiec, grająca oldschool death metal. Mając trochę więcej czasu oraz więcej publiczności, gdyż w trakcie trwania ich show skończyła napełniać się sala, czwórka z Opuszczonego Strachu pokazała, co to znaczy niemiecka precyzja. W niecałe 45 minut dostaliśmy przegląd całej twórczości tego zespołu. Poprzez kawałki z My Empire (The Battalion Of Insanities, Field Of Death, Bury Your Dead) oraz numery z Kingdom of Worms (Kingdom of Worms, Wrath On Your Wound), kończąc na trackach z ich ostatniego albumu Dead Shores Rising (The Fall of Leaden Skies, The Carnage, Face Our Destiny). Reakcja tłumu mówiła wszystko – dzicz, pogo i las rąk wzniesionych w górę dopingowało czwórkę niemieckich kamratów. Oni zaś, odwdzięczając się za te emocje, łoili instrumenty do granic ich wytrzymałości, wypuszczając tym sposobem dźwięki, które nie tylko atakowały aparaty słuchowe, one wręcz poruszały ciałami do rytmu przez nich tworzonego. To był mocny występ, Panowie pomimo zaledwie trzech albumów na koncie już są wielcy. Zachęcam do zapoznania się z ich materiałem dla entuzjastów starego grania.

 

 

Obituary – nadal mocno jaśniejąca gwiazda death metalu – rozpoczęła swój występ lekko przed 21:00. Ruszyli ze swym standardowym już numerem, otwieraczem ich prawie każdego koncertu – Redneck Stomp z albumu Frozen in Time. Ta instrumentalna sztuka niesamowicie nadaje się na rozpoczęcie show Obituary. To jakby streszczenie ich całego dorobku w jednym numerze. Publiczność jak najbardziej podchwyciła wibracje tego kawałka, z powodzeniem ruszając głowami do jego rytmu. Kiedy zaraz po nim płynnie rozpoczął się Threatening Skies, kolejny wielki numer otwierający, tym razem z albumu Back From The Dead, widzowie oszaleli, tworząc w środku masy ludzkiej przylegającej do sceny okrąg pogo.
Mniej więcej w tym czasie zauważyłem, że zespół nie jest w komplecie. Wszyscy wiosłowi oraz John Tardy byli obecni, ale za garami zabrakło Donalda Tardy, jego brata. Przez większość wieczoru miałem dylemat co to za osoba grzmoci w ten instrument do rytmu Obituary (i robi to dobrze)? Okazało się, że to Lee Harrison, pałker Monstrosity i zarazem gitarzysta Terrorizer.

 

 

Nigdy wcześniej, tak się złożyło, nie widziałem na żywo tego zespołu, i gdy nadchodził ten wieczór, coraz bardziej chciałem usłyszeć ich stare numery. Numery, na których się wychowywałem, w duchu amerykańskiego death metalu. Nie zawiodłem się. Pomimo, że usłyszeliśmy takie kawałki jak Sentence Day, End It Now, A Lesson in Vengeance, Visions in My Head, Straight to Hell, z ich nowszych, już po reaktywacji płyt, to jednak większość numerów wieczoru pochodziło z ich starych albumów, moich osobistych faworytów ich twórczości. I tak dostaliśmy z debiutu Internal Bleeding i Slowly we Rot. Z Cause of Death poczęstowali nas Dying (nie wyobrażam sobie seta bez niego), Chopped in Half, Turned Inside Out oraz Find the Arise. Cztery sztandarowe, które to rozbudzały w widzach dziką żądze mordu oraz zniszczenia, w tym wypadku skoncentrowaną na ekspresji siebie w postaci pogo albo w trzepaniu głową pod sceną. Z World Demise otrzymaliśmy tylko Don’t Care, a z przesławnego Back From the Dead były to Threatening Skies oraz By the Light.

Po niecałych 70 minutach show Amerykanie grzecznie podziękowali, zrobili sobie kilka zdjęć i wyszli, pozostawiając nas z wielkim niedosytem. Jednak niestety, jak śledzę ich występy na żywo, to te często kończą się właśnie po upływie pięciu kwadransów. Dostaliśmy – nic dodać nic ująć – typowy ich koncert. Panowie nadal posiadają żar i potrafią go przesłać słuchaczom, odczuliśmy to bez dwóch zdań. Słychać to było w brzmieniu całego koncertu, wszystko było tak, jak być powinno. Dlatego też na odchodnym pożegnaliśmy tą florydzką grupę lasem rogów.

 

zdjecia – Aggressive Photography  
 
 
 

Tagi: , , , , , , , , .