Obituary, Exodus, Prong, King Parrot – Katowice (12.11.2016)

Obituary wyraźnie nabrali wiatru w żagle. Nowy skład i nowa energia przełożyły się na najlepszy album od lat (mowa oczywiście o Inked in Blood z 2014 roku). Koncertowo także są w fantastycznej formie. Polscy fani mieli ostatnio trochę okazji, aby się o tym przekonać. W przeciągu ostatnich 22 miesięcy przyjeżdżali do nas trzykrotnie, grając łącznie pięć gigów. Jak wypadła ta ostatnia wizyta?

Amerykanie zjawili się u nas w ramach trasy nazwanej Battle of the Bays, na którą zaproszono także inną absolutną metalową legendę, klasyka thrashu- Exodus. Trudno w tym przypadku nazywać ten zespół supportem, bardziej pasowałoby określenie co-headliner. W trasie brały udział także Prong oraz King Parrot, więc można mówić o naprawdę zróżnicowanym zestawie.

Pod katowickim Mega Clubem zameldowałem się sporo przed czasem, bo na godzinę 18:00 miałem zaplanowany wywiad z Obituary, a dokładnie z Donaldem Tardy, jak się później okazało. Rozmowa była krótka, acz bardzo sympatyczna, a jej efekty możecie przeczytać tutaj. 

Przechodząc jednak do występu:
Wieczór rozpoczęli Australijczycy z King Parrot i był to początek piorunujący! Porównywanie ich ekspresji scenicznej do The Dillinger Escape Plan byłoby przesadą, ale trzeba przyznać, że na żywo King Parrot to petarda! Brylował przede wszystkim Matthew Young, szalony wokalista, przypominający trochę zachowaniem Barney`a Greenway`a. Biegał po scenie, pokazywał gołą dupę, oblewał fanów wodą, w pewnym momencie rzucił się w tłum pod sceną. Basista zaś wyglądem przypominał Arkadiusza Jakubika. Ja wiem, że Jakubik także ma swój zespół, ale wyobrażacie go sobie, jak zasuwa na basie w zespole wypluwającym z siebie jakieś szalone połączenie grindcore`a, punka i HC? Oglądanie w akcji Wayne`a Slattery`ego (bo tak się ów osobnik nazywa) było doznaniem równie surrealistycznym, hehe. Abstrahując jednak od zabawnego wyglądu muzyków, podkreślę, że muzycznie King Parrot to prawdziwa bomba. Zespół, mimo że młody, zgromadził pod sceną sympatyków krzyczących od pierwszej sekundy nazwę swojego ulubionego zespołu. Szacun!

Jako drugi na scenie zaprezentował Prong. Zespół, który lubię, ale który swego czasu zaniedbałem. Z ostatnich płyt słuchałem tylko Ruining Lives. Tommy Victor i jego koledzy swoim 50 minutowym występem pokazali mi, jakim jestem ignorantem podchodząc do ich twórczości bez należytej uwagi. Ten gig to było mistrzostwo! Przede wszystkim muzyczne- czy grali hity sprzed 20 lat, czy mniej znane utwory, ludzie (w tym oczywiście i ja) bawili się fantastycznie. Nie sposób jednak nie wspomnieć także o energii i pasji, jaka tryskała ze sceny. Na pewno zostanie mi w pamięci uśmiech nieschodzący z twarzy Tommy`ego, nawet wtedy, gdy po jednym ze swoich wyskoków źle wylądował, z powodu stojącego zbyt blisko odsłuchu. Oraz to, jak w pewnym momencie Art Cruz, nie przerywając gry na perkusji, rzucał swoją pałeczkę do technicznego, a ten odrzucał ją z powrotem. Widać, że zabawa przećwiczona, ale robiła wrażenie.

prong_by_bobas-9

Pierwsze dwa występy był tak dobre, że gdyby po ich zakończeniu w całych Katowicach zabrakło prądu i tak miałbym poczucie, że to był jeden z najlepszych koncertów, jakie widziałem w tym roku. Na szczęście jednak o żadnych awariach nie było mowy. I dobrze, bo wtedy nie zobaczyłbym Exodusa.

A tenże Exodus zapodał taki gig, że głowa mała. Brakuje mi przymiotników, które oddałyby wielkość tego występu. I jest to dla mnie jednak niemałe zaskoczenie. Widziałem już ten zespół na żywo i nigdy mi tyłka nie urwali. Może z powodu Roba Dukesa za mikrofonem (Metal Hammer Festival 2011). A może dlatego, że innym razem grali (już z Zetro) za dnia na dużym festiwalu (Hellfest 2015)? Nieważne. Grunt, że teraz, w małym klubie, dowalili takim spektaklem, o którym będę opowiadał wnukom. To było prawdziwe thrash metalowe zniszczenie! Zarówno na scenie, gdzie Tom Hunting nie miał litości dla swoich bębnów, a panowie Lee Altus i Kragen Lum chłostali riffami i solówkami. I na dokładkę SteveZetroSouza, który niby od niechcenia przechadzał się po scenie (chyba mu brzuch przeszkadza w napierdalaniu, hehe), ale gdy już ryknął do mikrofonu, to kapcie spadały. Zniszczenie jednak było także pod sceną. Już od pierwszych taktów the Ballad od Leonard and Charles wszyscy, i starzy i młodzi, rzucili się w wir zabawy. Pogo, ściana śmierci, crowd surfing (a tym samym kilka butów na moim ryju), i w przypadku niektórych fanów śpiewanie naprawdę wszystkich tekstów! To była naprawdę gorąca godzina, przepełniona szaleństwem, potem i fantastycznym metalem. Jestem kupiony. Następnego klubowego koncertu Exodusa w Polsce już nie odpuszczę.

exodus_by_bobas-84

Nadeszła kolej na to, na co najbardziej czekałem. Obituary to moi death metalowi bogowie, o czym nie omieszkałem wspomnieć Donaldowi w czasie wspomnianego wywiadu. Na dodatek dają takie koncerty, że nie ma po nich co zbierać. A tymczasem tydzień temu w Katowicach coś mi nie zagrało. Czy zespół był w troszkę słabszej formie? Chyba nie. Był to koncert na szkolną piątkę, ale po fenomenalnym Exodusie nie robiło to już takiego wrażenia.
Dostaliśmy jednakże wszystko to, czego można oczekiwać od Nekrologu– ultra ciężkie brzmienie gitary Trevora Peresa; zwierzęce ryki Johna Tardy`ego; proste, ale mocne i precyzyjne bębny jego brata-Donalda, oraz zabójcze solówki “nowego” w zespole Kenny`ego Andrewsa. Do tego setlista, która jest marzeniem każdego, komu w 1991 roku zepsuł się magnetofon i od tamtego czasu nie jest na bieżąco z tym, co nagrywa zespół (są tacy, poważnie). Połowa występu to utwory z debiutu, do tego kilka rodzynków z dwójki, dwa covery Celtic Frost (oczywiście z lat 80). Były tylko dwa numery młodsze, niż 22 lata. I może to też jest jeden z powód, dlaczego ten koncert podobał mi się mniej? Zabrakło mi przełamania tej surowości jakimś soczystym groovem. Reakcja publiki także była słabsza, niż w przypadku Exodusa. Mimo wszystko to było dobre zwieńczenie fantastycznego wieczora.

obituary

Tagi: , , , , , , , .