Perturbator, Moloch – Warszawa (13.08.2018)

Wszystko wskazuje na to, że żadna europejska trasa Perturbatora nie może odbyć się bez przynajmniej dwóch koncertów w Polsce. Rok temu James Kent dał doskonałe show w Gdańsku i Warszawie, podczas trasy promującej The Uncanny Valley. Tym razem jednak zmieniła się lokalizacja warszawskiego koncertu i zamiast Progresji, synthwave’owe szaleństwo zabrzmiało w Niebie. I niestety nie mogę oprzeć się wrażeniu, że skądinąd doskonały muzycznie koncert, organizacyjnie okazał się dla klubu poprzeczką zawieszoną za wysoko.

W innych okolicznościach napisałbym pewnie, że zadaniem występującego jako support Molocha było rozgrzanie ludzi przed gwiazdą wieczoru, ale biorąc pod uwagę warunki panujące w klubie, przypominające skrzyżowanie sauny z dziewiątym kręgiem piekielnym, zadaniem opolskiego muzyka było raczej utrzymanie publiczności, całkiem zresztą licznej, przy życiu. Ludzie przybyli na Molocha dość tłumnie – a być może byłoby jeszcze tłoczniej, gdyby nie kolejka czekających na zakup biletu przed Niebem. Cóż, organizatorzy niby uprzedzali, żeby kupić bilety wcześniej, ale mimo wszystko cała ta sytuacja była dość kuriozalna.

Ponieważ wydana niedawno przez Molocha epka The Other Side całkiem często przygrywa mi w głośnikach od czasu premiery, byłem ciekawy jak materiał zabrzmi na żywo. A zabrzmiał dokładnie tak, jak w przypadku niepokojącego i oldskulowego darksynthu powinien, czyli jeszcze lepiej, mocniej i klimatyczniej niż w wersji studyjnej. Mimo tropikalnego mikroklimatu Moloch twardo trzymał się swojego scenicznego image’u, schowany za retro-futurystyczną maską przez cały około czterdziestominutowy set, i mogę tylko podejrzewać, jak się czuł, skoro ja będąc w samym podkoszulku już po kilkunastu minutach spływałem potem. Materiał nie został odegrany zgodnie z kolejnością znaną z epki, co wprowadzało fajny element zaskoczenia, ale też zwyczajnie sprawdziło się jako koncertowy set. Brzmieniowo było bez zarzutu, nie gubiły się nigdzie wysokie dźwięki w szybkim The Dream of Death, potężnie wybrzmiał Escape From The Nameless City, a publiczność stanowczo zostało rozbujana przez molochowe dźwięki. Dodajmy do tego jeszcze niepublikowany wcześniej, mocno eksperymentalny utwór, ciekawie przełamujący klimatycznie materiał z The Other Side i poprzedzony niepokojącymi samplami, i dostajemy mocny synthwave’owy gig, bardziej też pasujący do Perturbatora niż Mazut czy Nightrun87 supportujący Kenta rok temu.

Występ Perturbatora był kompletnie odmienny od zeszłorocznego, i złożyło się na to kilka czynników. Przede wszystkim odnoszę wrażenie, że wraz z obecnością utworów z New Model, zmieniła się nieco koncepcja samego show. Doszedł perkusista, zniknęła obudowa odgradzającą Kenta od publiczności, zmieniło się nieco oświetlenie. To wszystko w połączeniu z dzikim, nieprzewidywalnym charakterem kompozycji z New Model sprawiło, że to, co prezentuje teraz na żywo Perturbator ma pod względem emocji i dynamiki bliżej do hardcore-punkowego gigu, niż synthwave’owej, sympatycznej i bezpiecznej potańcówki. Więc jeśli ustawiacie się z piwkiem na samym środku i jesteście wielce oburzeni, że ktoś was właśnie potraktował z łokcia, to prawdopodobnie pomyliliście miejsca i zespoły, a na pewno miejsce na sali.

Tu też dochodzimy do problemów organizacyjnych. Absolutnie rozumiem, że organizator nie ma wpływu na to, czy będą cztery stopnie czy czterdzieści cztery, ale wypadałoby jednak być przygotowanym na oba warianty, a tak niestety nie było. Niebo ma ogromne okna, które z jakichś przyczyn w większości były pozamykane, klimatyzacji za bardzo również nie odnotowałem. To wszystko można by jeszcze przeboleć, ale jeśli dodamy do tego brak biletów czy chociażby stempli na rękę, które umożliwiałyby wyjście na świeże powietrze i powrót, co ponoć było problemowe, to robi się nieciekawie. Tym bardziej, że Niebo to klub stanowczo dłuższy, niż szerszy, co siłą rzeczy powoduje większy ścisk i bardziej kłopotliwe wyjście, szczegolnie przy tak imponującej frekwencji. Ja sam osobiście żadnych problemów nie miałem i wychodzić nie musiałem, ale dla wielu ludzi warunki okazały się ogromnym minusem, i całkowicie ich rozumiem. Tyle dobrego, że nie było opóźnień i wszystko zaczynało się planowo.

A Perturbator? Cóż, jak to on: zniszczył, rozbił, przegrzał nam obwody i na koniec rozsmarował po ścianach. Obecność materiału z New Model wyparła już starsze hity z Sexualizer, czy I Am The Night. Można się kłócić, czy brzmieniowo perkusista cokolwiek wnosi, ale jak mówiłem, charakter koncertów Kenta zmienił się stanowczo, nawet jeśli trzon dalej stanowią kompozycje z Dangerous Days i The Uncanny Valley, i zarówno obecność perkmana jak i dużo bardziej żywiołowe zachowanie Kenta się w to wpisują. Słyszałem jakieś narzekania na dźwięk, ale albo ktoś musiał stać w naprawdę kiepskim miejscu, albo odczuwał zmęczenie panującymi warunkami, bo jak dla mnie wszystko brzmiało doskonale i klarownie. Birth of the New Model jako kawałek otwierający set to absolutne mistrzostwo i świetne preludium do Neo Tokyo. Podobnie jak rok temu, największe szaleństwo rozpętało się przy Satanic Rites i Humans Are Such Easy Prey, zaś tak jak podejrzewałem, koncertowa wersja Corrupted by Design powinna być koncertowym klasykiem na lata. A moment na odpoczynek? Tylko jeden. Spokojne, piękne i stonowane Venger.

Jednak tak naprawdę o Perturbatorze na żywo najwięcej mówi taka oto kwestia: kiedy większość zespołów kończy set starymi hitami, to Kent przywala tuż przed bisem najdłuższą, chorą, wściekłą i pięknie chaotyczną kompozycją z ostatniej epki. I publiczność to kocha, nawet rozpływając się w czterdziestu stopniach w lokalu, w którym skończył się już tlen. I niech to wystarczy za podsumowanie.

Foto: Aleksander Honc

Tagi: , , , , , , , , .