Perturbator, Nightrun87, Mazut – Warszawa (11.04.2017)

Gdyby kilka lat temu ktoś powiedział mi, że Perturbator nie tylko będzie koncertował po Polsce, ale jeszcze zapełni szczelnie taki klub jak Progresja, to pewnie najpierw bym się rozmarzył a potem popukał w czoło. Retro elektroniczna scena którą współtworzy James Kent nie jest duża, a w naszym kraju niemal nieistniejąca. Mimo to Perturbator z każdym kolejnym albumem sukcesywnie zyskuje na popularności i Polska nie jest tu wyjątkiem, co pokazał już wyprzedany koncert w Hydrozagadce w ubiegłym roku. Show w Progresji natomiast tylko to potwierdził.

Przed główną atrakcją wieczoru rozgrzewać publiczność miały dwa projekty – dwuosobowy Mazut i solowy Nightrun87. Na pierwszy support niestety się spóźniłem i załapałem jedynie na pół czterdziestominutowego setu. Nie jestem pewien, czy Mazut był najlepszym wyborem na rozgrzewkę przed Perturbatorem. Minimalistyczny, elektroniczny i celowo monotonny noise skąpany w oszczędnym oświetleniu nie poderwał nielicznej publiczności – a na ile zdołałem się zorientować z „wywiadu środowiskowego”, ostatnie dwadzieścia minut specjalnie się od tego co było wcześniej nie różniło. Nie są to do końca moje klimaty, ale odniosłem wrażenie, że tego typu muzyka dużo lepiej sprawdziłaby się na afterparty, kiedy kurz i emocje po największej atrakcji już opadły. Jako rozgrzewka Mazut mógł co najwyżej przyzwyczaić uszy do decybeli.

 

no images were found

 

Z Nightrun87 sprawa miała się inaczej. Taneczno popowy synthwave w wykonaniu Williama Malcolma średnio mnie przekonuje, ale na rozgrzewkę przed Perturbatorem pasował dużo lepiej. Co więcej, zebrał pod sceną całkiem sporo ludzi i wyjątkowo ciepłe przyjęcie. Mimo wszystko po tym, co zobaczyłem na żywo, mój szacunek do artysty bez wątpienia wzrósł. Na plus należy zapisać Malcolmowi wokale – w przypadku projektu jednoosobowego ogarnięcie całej warstwy instrumentalnej od sampli przez klawisze i połączenie tego z mocnym, czystym śpiewem, to jednak nie w kij dmuchał. Tym bardziej że taki Night Drive czy entuzjastycznie przyjęty Video Girl, to utwory gdzie wokal pełni pierwszoplanową rolę. Nie zmienia to faktu, że jeśli o mnie chodzi, najbardziej podobały mi się te utwory, gdzie William śpiewał…najmniej. Chociażby rewelacyjny The Revenge of Carpenter, gdzie już po nazwie widać w jakim klimacie był utrzymany. Minusy były natomiast dwa: w wyższych rejestrach Malcolmowi zdarzało że się jednak wypadać marnie oraz miał chyba najgorszą konferansjerkę, jakiej byłem świadkiem od czasu Disturbed w Stodole. Jako support Nightrun87 swoją rolę spełnił jednak wzorowo.

 

no images were found

 

Kiedy chwilę później na scenę wmaszerował zakapturzony sam mistrz ceremonii, Progresja zatrzęsła się, i to wcale nie za sprawą groźnego intra. Jeśli ktoś miałby wątpliwości, czy Perturbator ma w Polsce oddanych fanów, to wystarczyło się rozejrzeć po wypełnionej sali i posłuchać aplauzu. James Kent skrył się do połowy za wymyślnym, rogatym parawanem ogradzającym jego „stanowisko pracy” a oczekiwanie i napięcie sięgnęły zenitu. A potem się zaczęło.

Na pierwszy ogień poszło miażdżące i pokombinowane Neo Tokyo, roztańczone Disco Inferno i transowy Future Club. Perturbator dysponuje na żywo własnym dodatkowym oświetleniem, o nieco futurystycznym wyglądzie, i nie jest to jedynie dodatek, a istotna część jego show. Każdy utwór ma swoje oświetlenie, dzięki czemu mowa tu o przeżyciu audiowizualnym – uczta zarówno dla uszu jak i oczu, wszystko z wyczuciem i doskonale zsynchronizowane. Nagłośnienie było bez zarzutu, zaś na żywo, obdarzone dodatkowym kopem, utwory Perurbatora nabierają całkowicie nowego wymiaru. James „potknął się” może nieznacznie raz czy dwa, ale przede wszystkim charakteryzował się chirurgiczną precyzją.

Jako że koncert odbywał się w ramach trasy pt. The Uncanny Valley Tour, przeważały nowości z dwóch ostatnich krążków. Z jednej strony trochę szkoda, że zabrakło takiego Miami Disco czy Vengeance, z drugiej wybór był raczej słuszny. Chociaż większość publiczności reagowała niezwykle żywiołowo na każdy utwór, to jednak najgłośniej zrobiło się przy dwóch kawałkach z Dangerous Days. Skąpane w zielonym świetle, potężny Satanic Rites wycisnęło z co niektórych siódme poty, a kiedy rozpoczęło się marszowe Humans Are Such Easy Prey, ciężko było znaleźć kogoś, kto by się mniej lub bardziej nie bujał, o zbiorowym wyskandowaniu zsapmlowanego intra nie wspominając. To zresztą znaczące – najczęściej to starsze kawałki powodują największy aplauz publiczności, a w tym wypadku wcale tak nie było. Owszem, dyskotekowy i pulsujący basem Sexualizer czy okrojony względem oryginału masywny Technoir zostały przyjęte bardzo ciepło, ale ciężko mówić tu o jakiejś różnicy.

Tempo było zabójcze, bo Perturbator jak zwykle występował „na milcząco”, przechodząc płynnie z jednego utworu do drugiego i z rzadka jedynie gestami oszczędnie dziękując. Chwilę wytchnienia można było złapać tylko przy rozmarzonym i skąpanym w różowej poświacie Venger oraz przy najnowszym Tactical Precision Disarray. Nawet przerwa na bis była krótka, bo ledwo co James opuścił scenę, to pojawił się na niej ponownie i ze śmiertelną powagą pokazał, że zagra jeszcze jeden kawałek. Padło, dość przewrotnie, na utwór otwierający Dangerous Days, czyli Perturbators Theme i było to pod każdym względem ukoronowanie znakomitego występu.

Obawiałem się nieco Perturbatora w wersji na żywo, ale jak się okazało kompletnie bezpodstawnie. Show, który zaprezentował tylko pokazuje, że ten Pan należy już do największych przedstawicieli sceny elektronicznej. W czerwcu James Kent zawita jeszcze do Wrocławia i Gdańska. I wiecie co? Chcecie tam być.

 

no images were found

Autorem zdjęć jest Aleksander Honc.

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , .