Rage, Monument, Darker Half – Warszawa (20.11.2016)

Pierwsze światełko ostrzegawcze pojawiło się 11 listopada br., gdy w wydarzeniu dotyczącym koncertu Overkill pojawiła się informacja, że każdy, kto zakupi w tym dniu bilet na koncert Rage otrzyma piwo gratis. Drugie światełko zabłysło, gdy 20 listopada stawiłem się 10 minut przed otwarciem drzwi przed Progresją i było nas razem ok. 10 osób. Ostatnie czerwone światło oślepiło mnie, a w uszy wdarł się świdrujący sygnał alarmowy, kiedy wchodząc do głównej sali klubu, zorientowałem się, że jest ona mniej więcej o 1/3 pomniejszona. Już wtedy wiedziałem, że z frekwencją nie będzie dobrze, aby nie użyć słowa tragicznie. Niestety, nie pomyliłem się.

O 19:30, praktycznie dla pustej Sali, bo trudno tłumem nazwać 15-20 osób, rozpoczął Darker Half. Trzeci zespół z Australii, który było mi dane zobaczyć w przeciągu ostatnich 2 tygodni. I ponownie pozytywne zaskoczenie. Panowie tną klasyczimg_2472-7ny power/speed metal inspirowany latami 80. ubiegłego wieku. Niezrażeni nieliczną widownią Australijczycy dali całkiem przyzwoity, ponad półgodzinny show. Darker Half nie jest debiutantem – zespół ma na koncie już 3 pełnowymiarowe albumy, a w tym roku wydali EP-kę Classified. Zagrali więc przekrojowy set, w tym Aces High Iron Maiden, ciepło przyjęty przez zgromadzoną pod sceną gromadkę, w tym dwóch fanów, dość dobrze zorientowanych w repertuarze grupy.

 

Około 20:30 na scenie pojawili się londyńczycy z Monument. Ich muzykę można skwitować krótko – heavy metal pod wyraźnym wpływem NWOBHM i momentami wczesnego Running Wild. Podobnie jak ich poprzednicy, niezrażeni pustkami na sali (ilość osób wzrosła do 30, w porywach do 40), chłopaki dali pełen energii show. Muzycy przemieszczali się po scenie, ustawiali się w typowe koncertowe pozy. Mnie szczególnie przypadł do gustu finezyjny sposób gry na gitarze Dana oraz mocny wokal Petera. Było więc coś dla ducha, czyli porządna muza, a żeńska część widowni mogła zawiesić oko na basiście grupy. Pomimo wyraźnych zapożyczeń od bardziej utytułowanych zespołów, taki Olympus spokojnie mógłby się znaleźć w repertuarze zespołu z dziewicą w nazwie; przyznaję, dałem się ponieść muzyce. Chyba brakuje mi takich klasycznych dźwięków.

Rage rozpoczął z 10-minutowym…przyspieszeniem, od tytułowego utworu z najnowszej płyty The Devil Strikes Again. Do tegRageo czasu pod sceną zgromadziło się ok. 300 osób, które zgotowały zespołowi gorące przyjęcie. Zaletą tak małej frekwencji była kameralność całego koncertu. Zarówno zespół, jak i fani dobrze się bawili. Peavy był wyraźnie poruszony ciepłem bijącym z widowni. Kilkukrotnie dziękował za chóralne „Rage! Rage! Rage!” i pokazywał, że czuje te okrzyki w sercu. Wraz z Marcosem co chwilę żartowali, dyskutowali, przekomarzali się, przybijali żółwiki. Peavyemu uśmiech nie schodził z gęby, w momentach, kiedy nie robił groźnych min, a Marcos miał cały czas banan na twarzy. Obaj docenili szalejący pierwszy rząd, a szczególnie jego prawą stronę. Poza wspomnianym The Devil…, dane nam było jeszcze usłyszeć mi.n. Medicine, The Final Curtain, End of All Days, Back in Time, Great Old Ones, Until I Die. Niekoniecznie w tej kolejności. Główna część występu zakończyła się na Don’t Fear the Winter. Po krótkiej przerwie muzycy wywoływani przez publikę, wrócili na scenę zagrać na bis singlowy My Way oraz oczywiście Higher Than The Sky, podczas którego Marcos pokazał, że nie tylko wyśmienitym gitarzystom jest, ale również ma talent wokalny. Wykonał Holy Diver z repertuaru Dio. Koncert zakończył się chóralnym odśpiewaniem refrenu Higher Than The Sky. Pożegnaniom nie było końca, Peavy zaprosił jeszcze na scenę muzyków z Monument, wszyscy ładnie się ukłonili i udali się na zasłużony wypoczynek.

Jak to zwykle bywa w Progresji, piwo było dobre, obsługa miła, a nagłośnienie bez zarzutów, wprawdzie zdarzył się mały problem podczas występu Rage, kiedy coś trzasnęło w głośnikach i na moment straciliśmy wokal i gitarę,  ale techniczni szybko się z tym uporali. Szybko znaczy naprawdę szybko, bo w kilkanaście sekund. Wszystkie trzy zespoły sprawiały wrażenie, że dobrze się bawią, pomimo tak małej frekwencji. No właśnie, frekwencja. Z jednej strony kładła się cieniem, gdyż uważam, że taki zespół, jak Rage powinien ściągnąć więcej osób. Z drugiej strony nadała całej imprezie kameralnej atmosfery, pozwalając na bardzo bliską interakcję fanów z zespołami. W czym upatruje taki stan rzeczy? Moim zdaniem klęska urodzaju. W tym roku listopad i grudzień obfitują w duże imprezy i ludzie nie są w stanie obskoczyć  wszystkich ze względów finansowych czy czasowych. Trzeba ustalać priorytety i niestety tym razem padło na Rage, Monument i Darker Half. Mam jednak nadzieję, że muzycy nie zrażą się do naszego kraju i za jakiś czas znów będziemy gościć Rage na naszych krajowych deskach, niekoniecznie w roli headlinera.

 Rage Rage  Rage Rage Rage

 

Łukasz

Tagi: , , , , , .