Rings of Saturn, Koronal – Poznań (25.04.2018)

Czekałem cztery lata na relatywnie nieodległy w przestrzeni występ Rings of Saturn. Nie ukrywam, że to jeden z ważniejszych dla mnie zespołów, a ich lider, Lucas Mann, to wręcz swojego rodzaju guru. Oczywistym więc jest, że gdy tylko dowiedziałem się o ich koncercie w Polsce, wpadłem w mały amok. Data i miejsce zeszły na drugi plan. Winiary Bookings ustaliło coś, co miało dużą szansę stać się najważniejszym show mojego życia, i musiałem tam być.

Zajście miało miejsce w poznańskim klubie U Bazyla. Będąc na miejscu przed czasem, jeszcze bardziej poprawiłem swój nastrój niezłym piwem, papierosami i rozmową. Ani się zorientowałem, a już startował Koronal. Byłem bardzo ciekaw ich występu. Z jednej strony chciałem sprawdzić, jak groove’ujący klimat poradzi sobie w porównaniu z ultratechnikaliami Saturnów. Z drugiej, prezentowany przez tę ekipę djent nigdy nie leżał w kręgach mojego zainteresowania, więc może byłaby to dobra okazja, by się nawrócić?

Z tym ostatnim bym nie przesadzał, niemniej show było bardzo przyzwoite. Mniej więcej pół godziny, które Koronal zaprezentował scenie wydawało się służyć jako gimnastyczna rozgrzewka przed gwoździem programu. Taneczne, bujające riffy wypełniły praktycznie całość ich setu, a wokalista w przerwach między dzikimi rykami zachęcał do nieco większej żwawości. Faktycznie, pewna grupa osób dość szybko podłapała ten klimat, choć nie mogę powiedzieć że pod sceną były tłumy albo że tańce udzielały się większości z widzów. Sam także do nich nie dołączyłem. Może to przez małe zróżnicowanie numerów (choć oddajmy honor, Koronal grał w niepełnym składzie, możliwe że to po prostu przymus odgórny), może przez bardzo średnie tempa, a może dość oczywiste rozwiązania rytmiczno-melodyjne? W każdym razie było jednostajnie, choć ostatnim, nowym, jeżeli się nie mylę, numerem panowie pokazali, że jednak potrafią zrobić numer wyróżniający się na tle innych, umieszczając tam fajny motyw przewodni i kozacką solówkę. Do brzmienia przyczepić się nie mogę. Bas przyjemnie łaskotał w płuca, instrumenty były czytelne i nie zagłuszały się nawzajem. Brakowało mi czegoś pośrodku, między basem a wysokimi dźwiękami solówek i flażoletów, ale, jak już powiedzieliśmy, skład był niepełny, i na ten karb zrzucam to niedociągnięcie.

Pod koniec Koronala moje zniecierpliwienie sięgało zenitu. Niewielkie, choć wyraźne opóźnienia w rozkładzie jazdy zasugerowały, by nie wyczekiwać z zegarkiem ustalonej godziny, także zaopatrzony w świeży kufel, ruszyłem wymienić opinie z tubylcami. W miłych warunkach czas szybciutko zleciał, i nagle rozległy się każdemu znane dźwięki z Odysei Kosmicznej. To było to.

Tutaj relacja ta staje się jednym z najbardziej problematycznych tekstów, jakie napisałem. Podzielmy ją więc na część pozytywną i negatywną. Zaczynając od tej pierwszej: występ Rings of Saturn był szaleńczy. Zespół zebrał pod sceną tłum ludzi i bez przerwy zachęcał ich do ciągłego obijania się o siebie, bądź też wymachów kończyn wszelkich. Trasa promowała Ultu Ulla, ostatnią płytę RoS, i to na niej się skupiono. Miażdżąco ciężkie breakdowny świetnie kontrastowały z fantastycznymi wyczynami gitarowymi, a zabójcze partie perkusji podkreślały moc płynącą z głośników. Choć gwiazdą wieczoru i tak był wokalista. O ile na nagraniach Ian ma dość suchy, sterylny głos, o tyle na żywo wychodzi z niego prawdziwa bestia. Patologiczne mięso w niskich rejestrach, mentalna furia w wyższych, mógłbym tak opisywać bez końca, a i tak nie nachwaliłbym się go wystarczająco. Dodajmy do tego kapitalne, ciężkie do oporu brzmienie basu i wyraźne wysokie tony do solówek. Spytacie, co w takim razie było nie tak?

Otóż, założyciel i gwiazda całego zespołu, Lucas Mann, nawet nie wyszedł na scenę. Powodów tego nie znam, a i sam zespół nie kwapił się wytłumaczyć. Nie zmienia to faktu że połowa, jeżeli nie więcej, dźwięku była z playbacku. Może będzie to okrutne dla Milesa, drugiego gitarzysty (który sprawdzał się genialnie i bez zająknięcia odgrywał najbardziej skomplikowane partie), niemniej Rings of Saturn bez Manna to nie to samo. Sytuacji nie poprawia fakt, że chłopaki ogólnie zagrali koncert nieco wymuszenie. Poprawnie, ale bez chęci grania, bez większego kontaktu z publiką. Dodajmy jeszcze koncentrację na nowym materiale i całkowite pominięcie poprzednich płyt. Jak najbardziej rozumiem, że Ultu Ulla można uznawać za najlepszą płytę w ich dorobku, bez problemu. Dla mnie jednak jest najcieńszym wydawnictwem, zupełnie nieklasyfikującym się do walki z fenomenalnie obłąkanym Lugal Ki En i bestialskim Dingirem. Tym bardziej boli, że nie poleciały nawet tak znane strzały, jak Senseless Massacre czy Objective To Harvest. Wydaje mi się wręcz, że występ był całościowym odegraniem najnowszego pełniaka. W związku z całym powyższym akapitem, poczułem się oszukany. Zwyczajnie zrobiło mi się smutno.

Nie mogę powiedzieć, że koncert był słaby bo nie spełniono moich oczekiwań. Przeciwnie, udał się świetnie, nie trafiłem później na negatywne opinie. Ale osobiście dla mnie, koncert Rings of Saturn był chyba największym rozczarowaniem ever. Cóż, żywot fanboja nie należy do łatwych.

Kapitan Bajeczny

Kapitan Bajeczny

Czarny Piotruś redakcji. Niespełniona artystycznie i intelektualnie dusza. Pajac z wyboru, pisak z przypadku. Gdyby zajmował się magią, miałby ksywę The Great Retardini.
Wobec powyższych faktów miłość do ekstremy i ekskremy w postaci grindcore wydaje się być całkowicie uzasadniona.
Kapitan Bajeczny

Latest posts by Kapitan Bajeczny (see all)

Tagi: , , , , , , , , , , .