Riverside i inni – Gdańsk (21.04.2017)

Koncert Riverside 21 kwietnia br. w gdańskim Starym Maneżu był niesamowicie emocjonalnym wydarzeniem, szczególnie wyczekiwanym przez fanów, tym bardziej po tak dobrym odbiorze pierwszych koncertów w Progresji. Jeden z pierwszych występów zespołu na trasie koncertowej Towards The Blue Horizon pokazał, w jak dobrej formie jest Riverside, podnosząc się powoli po śmierci gitarzysty, Piotra Grudzińskiego. Na niesamowitą atmosferę składała się nie tylko niezwykła szczerość i pokora muzyków, ale również ogromne wsparcie fanów, którego ci nie bali się pokazać. Razem z gwiazdą wieczoru wystąpiły dwie polskie formacje: Sounds Like The End Of The World i Lion Shepherd.

Lokalsi z Sounds Like The End Of The World rozpoczęli wieczór krótkim, ale intensywnym koncertem. Pomieszanie brzmień post-rockowych z elementami progowymi pozwoliło wejść w klimat wydarzenia już na samym początku. Zmiany tempa, wyraźne kulminacje utworów i zręczna manipulacja ciszą tylko wzmocniły wrażenia. Gitarzysta Michał Baszuro przywitał się z widownią skromnymi słowami: „Pochodzimy z Gdańska, także miło grać u siebie, jesteśmy zaszczyceni, że możemy grać z Riverside”.

Kolejny support, Lion Shepherd, wyróżnił się pięknym, czystym wokalem oraz niecodziennymi bliskowschodnimi akcentami wplecionymi w psychodeliczne i progowe linie melodyczne gitary prowadzącej. Z elementów orientalnych nie zabrakło również oryginalnych instrumentów, takich jak dzwoneczki zawieszone przy perkusji czy oud, zwany również lutnią arabską.

Supporty zostały pożegnane bardzo ciepło, widownia podjęła się nawet prób wywołania ich na bis, jednak oklaski, które pojawiły się jeszcze zanim Riverside wszedł na scenę mówią same za siebie. Muzycy, na początku jako trio, z niesamowitą skromnością przywitali się krótką przemową i słowami: „Teraz wystąpi przed wami inny zespół Riverside, ale grający tę samą muzykę, którą kochacie”. Po chwili dołączył do nich grający gościnnie Maciej Meller, który to rozpoczął w ciemności oświetlanej punktowym, białym światłem Feel Like Falling. Po nim nastąpiło nieco bardziej energetyczne Second Life Syndrome, stonowane już za chwilę cichym Conceiving You. Budowane w ten sposób zmiany klimatu idealnie definiowały dynamikę całego koncertu.
Niesamowitym momentem było, poproszone przez Dudę, lecz trochę nieporadne, śpiewanie widowni w utworze Lost (Why Should I Be Frightened by a Hat?), który zabrzmiał w aranżu akustycznym. Atmosfera jednak szybko się zagęściła za pomocą mroczniejszego 02 Panic Room, w którym to pojawiła się zaskakująca przerwa, gdzie wokalista „dyrygował” wiwatami widowni. Punktem kulminacyjnym, przynajmniej muzycznie, okazał się być Escalator Shrine w rozbudowanej w stosunku do albumu wersji, po którym popłynęło spokojne i przejmujące Before. W tym momencie zespół zszedł ze sceny, jednak po nieustających owacjach widowni zabrzmiały jeszcze dwa utwory, kończąc koncert w bardzo wzruszający sposób. Towards the Blue Horizon wokalista poprzedził jednak ogromnym podziękowaniem dla fanów za wspieranie zespołu w tak trudnym dla nich czasie. „Mam nadzieję, że wrócicie dzisiaj do domu po tej psychologicznej terapii mimo wszystko z uśmiechem na twarzy”. Wydarzenie w roli swoistego katharsis zakończyła klamrowo Coda.

Był to wyjątkowy wieczór, a ze Starego Maneżu wychodziłam w niesamowitym, trochę nostalgicznym nastroju. Być może spełniły się słowa Mariusza Dudy o terapii, jedno jednak wiem na pewno: Riverside stoi twardo na ziemi i mimo okrutnego ciosu, nie zamierza się poddać.

Urszula

Urszula

Generalnie to będę kiedyś leczyć raka i klonować ludzi, ale lubię coś napisać od czasu do czasu.
Urszula

Latest posts by Urszula (see all)

Tagi: , , , , , , .