Riverside – Warszawa (26.02.2017)

Riverside powróciło. Po rocznej przerwie spowodowanej niespodziewaną śmiercią gitarzysty Piotra Grudzińskiego, zespół postanowił wrócić na scenę, by skonfrontować z rzeczywistością, podjętą kilka miesięcy wcześniej decyzję o kontynuowaniu muzycznej działalności. Wrócił, by sprawdzić, jak zamiar rozpoczęcia nowego rozdziału w karierze zostanie odebrany przez publiczność i upewnić się, że wspólna przygoda, już bez udziału Grudnia, ma podstawy i sens.

Lokalizacja dwóch niewątpliwie wyjątkowych występów grupy nie była przypadkowa- Progresja to klub, w którym Riverside stawiało swoje pierwsze muzyczne kroki, nie dziwi więc fakt, że zespół zdecydował się dokonać ponownego otwarcia w tym właśnie miejscu. Wyprzedane na pniu koncerty zgromadziły fanów z całego świata, (co z nieukrywaną radością podkreślał Mariusz Duda), zapewniając komplet publiczności zarówno podczas sobotniej, jak i niedzielnej osłony eventu.

2,5 godz. emocjonalnej, przesyconej uczuciami i szczególnym nastrojem podróży – tak w trzech słowach można nazwać to, co działo się w niedzielny wieczór w Warszawie. Celowo nie używam określeń „streścić” lub “opisać”, bo nacechowane tak wyjątkową atmosferą wydarzenie szalenie trudno przybliżyć słowami. Tych unikał także Mariusz Duda, który na wstępie zaznaczył, że woli, by to muzyka transponowała treści, którymi zespól zamierzał podzielić się tego wieczoru ze słuchaczami. Lider Riverside podkreślił również, że koncert miał być w założeniu doświadczeniem oczyszczającym, katharsis, pozwalającym na definitywne rozliczenie się z tragicznymi przeżyciami minionego roku i otwarcie czystej karty w karierze zespołu.

Rozpoczęli symbolicznie w trójkę, aranżując Codę wyłącznie na sekcję rytmiczną i klawisze. W połowie utworu na scenie pojawił się „gość specjalny” – Maciej Meller, znany ze współpracy z Mariuszem Dudą w Quidam, czy ostatnio Meller Gołyźniak Duda. To właśnie ten inowrocławski gitarzysta okazał się muzykiem, którego Riverside postanowiło zaprosić do współpracy i dzielenia sceny podczas najbliższych koncertów.

Analizując odbiór tej decyzji wśród fanów, ciężko uznać ją za zaskoczenie. Co bardzo istotne, wyrazili oni również pełne wsparcie dla tego pomysłu i obdarzyli nowego muzyka Riverside ogromnym kapitałem zaufania. Po niedzielnym występie nie sądzę, by owa wiara miała szansę zostać nadszarpnięta – gitarzysta zaprezentował się podczas koncertu bardzo pewnie, nienagannie technicznie i z wyraźnym zrozumieniem charakteru muzyki zespołu. Nie jest tajemnicą, że Grudzień ceniony był przede wszystkim za niezwykłą umiejętność sprzedawania emocji i malowania interesujących dźwiękowych pejzaży, niejednokrotnie budowanych przy użyciu stosunkowo prostych środków. Maciej Meller zdaje się to doskonale czuć, przy tym – co bardzo istotne – nie próbuje być jednocześnie erzacem swojego poprzednika.

Kolejne utwory zagrane już w kwartecie, udowodniły, że rok przerwy skumulował w grupie niesamowity głód grania – flagowe numery, z Second Life Syndrome, Conceiving You, The Depth of Self-Delusion, czy 02 Panic Room na czele, wybrzmiały sugestywnie, dosadnie i – co jest ogromną zasługą nagłośnieniowców – brzmieniowo nieskazitelnie.

Sama oprawa także zasługuje na odnotowanie. Pięknie zsynchronizowane światła doskonale uzupełniały warstwę muzyczną występu, czyniąc niedzielny spektakl kompletnym.

Nie zabrakło utworów z ostatniej płyty nagranej przy współudziale Grudnia – Love, Fear and the Time Machine. Saturate Me, rewelacyjny Caterpillar and the Barbed Wire, Discard Your Fear, czy zagrane na bis Time Travellers oraz Towards the Blue Horizon nabrały, w kontekście pożegnania ze zmarłym muzykiem, wyjątkowego ładunku emocjonalnego. Wyśpiewane wraz z publicznością, która (podobnie jak muzycy) nie ukrywała wzruszenia, okazały się prawdziwymi perełkami.

Zgodnie z zapowiedziami, Maciej Meller był niejedynym gościem, zaproszonym na scenę podczas niedzielnego koncertu. W Deprived (Irretrievably Lost Imagination) i Night Session – Part 2 do zespołu dołączył Marcin Odyniec, w Discard Your Fear, Time Travellers oraz Towards the Blue Horizon grupę wsparł znany z Lion Shepherd Mateusz Owczarek. Jego występ był zresztą wyjątkowo udany, sposób gry i aranżacje numerów dodały muzyce Riverside neoklasycznego sznytu, a solo zaprezentowane w ostatnim utworze przyćmiło nawet partie Macieja Mellera.

Dwa bisy, niekończące się oklaski, podziękowania, łzy wzruszenia i uśmiechy na twarzach. To obraz, który był udziałem zgromadzonej w Progresji publiki na grande finale. Mariusz Duda dokonując pożegnalnej prezentacji, wspomniał o stałej obecności Grudnia, który mimo nowego początku, ma na zawsze pozostawać w sercach muzyków grupy. Podobnie zresztą, jak minione koncerty, które z pewnością utwierdziły Mariusza, Michała i Piotra w przekonaniu o słuszności podjętej decyzji.

W kwietniu zespół dopisze do tej historii kolejne karty. Dziś wiadomo, że zrobi to z podniesioną głową i świadomością pełnego wsparcia ze strony swoich fanów.

Synu

Synu

Fan szeroko pojętej muzyki gitarowej. Z wszelkich możliwych szuflad i gatunkowych etykiet.
Napisz do autora: synu@kvlt.pl
Synu

Latest posts by Synu (see all)

Tagi: , , , , , , , , , , , , .