Shining (NOR) i inni – Warszawa (13.02.2019)

Norweskie Shining dowodzone przez charyzmatycznego multiinstrumentalistę Jorgena Munkeby długo nie schodziło z podium moich najbardziej umiłowanych zespołów ostatnich lat. W czym to całe zamieszanie takie ekscytujące? Swego czasu było całkiem głośno o metalowej ekstremie i odważnym podejściu Munkeby do tworzenia muzyki brutalnej i agresywnej, jednocześnie napakowanej elektroniką i kosmicznymi saksofonowymi solówkami, spójnie poskładanej w takie formy, których nikt wcześniej umiejętnie nie łączył, i które przez wielu zostały uznane za zbyt trudne w odbiorze, a inni (z moją skromną osobą z boku) pokochali tę awangardę w całości. Wrzenia najpierw przysporzyła piąta płyta Shining Blackjazz (2010), która zawojowała scenę undergroundową, następnie podobnych wrażeń dostarczyła paradoksalnie chwytliwa, ale niemniej wybuchowa mieszanka na One One One (2013), przy której można było nawet coś zanucić (i pokrzyczeć), a potem nieco mniej, powiedzmy, przebojowa w tym specyficznym kontekście International Blackjazz Society (2015). I podróż się skończyła. Na ubiegłorocznym albumie Animal (2018) nieco swój entuzjazm zatrzymam. Brak saksofonu, brak szaleństwa, dużo melodii, jeszcze więcej elektroniki na modłę Muse i mnóstwo partii wokalnych. Powstrzymując się od obiektywnej oceny ostatniego wydawnictwa (wszak Munkeby pozostanie moim idolem i już), nie wypadało przegapić okazji do sprawdzenia nowego materiału na żywo podczas koncertu w warszawskiej Hydrozagadce, który odbył się 13 lutego br. dzięki staraniom Knock Out Productions

Na wstępie warto zaznaczyć, że Shining ciężko pracowali na trasie Animal Tour i praktycznie codziennie koncertowali po Europie w towarzystwie dwóch supportów. W Polsce Norwegom kroku dotrzymywali pobratymcy z Dreamarcher i Amerykanie z Four Stroke Baron. Niestety nie udało mi się zobaczyć koncertu pierwszego zespołu, wyrażam tu czynny żal, zaś drugi z miejsca mnie zainteresował. Four Stroke Baron najłatwiej scharakteryzować jako mieszankę rocka progresywnego i new wave (jak sami o sobie mówią), choć progresja odpowiada tu właściwie w pełni definicji stylu formacji i nieszczególnie zapędzałabym się w konkretne rejony gatunkowe – kompletnie nie ma to tutaj sensu. Uwagę zwraca wokal wokalisty Kirka Witta z lekkim pogłosem i dziwnymi ozdobnikami przy nieznacznie wyższych rejestrach, jednak w większości zaśpiewanych bez wielkiego balansu w liniach melodycznych. Podziały rytmiczne ciekawe, często połamane, ciężkie gitary, niski, przesterowany bas i voila – mamy kosmosy i niestandardowe rytmy. W natłoku dobrych riffów i fajnej pracy sekcji rytmicznej doszukałam się pewnych podobieństw do Intronaut, szczególnie w przejściach pomiędzy poszczególnymi częściami kompozycji, jednak rezygnuję z tego porównania po dłuższym namyśle. Set trwał około 40 minut i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ten monotonny wokal, który w końcu zaczął nudzić i psuć pokombinowane numery. Ostatecznie ciekawe doznanie. Panowie promowali najnowsze wydawnictwo Planet Silver Screen (2018)

Na koncert headlinerów nie trzeba było długo czekać, ale hej, co się stało z frekwencją?! To moje piąte spotkanie z grupą i nigdy nie było tak marnie pod względem ilości jednostek ludzkich zapełniających klub. Luźno zaludniona powierzchnia przed sceną i pojedyncze osobniki w kątach to ledwie namiastka w porównaniu do wrzawy z 2015 roku, kiedy Hydrozagadka wręcz kipiała od gorącej atmosfery, a już nie wspomnę o całkiem zacnych tłumach w Stodole chociażby 2 lata temu. Cóż, powodów takiego stanu rzeczy może być co najmniej kilka, ale skupiając się na koncercie, stwierdzam, że decyzja uczestniczenia w show Norwegów była jak najbardziej słuszna. Słowo-klucz dla Shining jest ciągle aktualne: energia! Jorgen Munkeby to wariat sceniczny w pełnej krasie i tego nie można mu odebrać. Żałuję, że przy okazji promocji płyty Animal kompletnie zmienił się look całego składu – po wyprasowanych, czarnych koszulach śladu brak, zaś w to miejsce pojawiły się kolorowe kurtki-bomberki z prasowankami logo okładki albumu. Kwestia gustu. Mój został nieco zaburzony. Repertuar koncertu natomiast to kolejna dyskusyjna sprawa. Nowe kawałki, szczególnie My Church czy skoczny, chóralny Smash It Up, zabrzmiały o niebo lepiej w wersji na żywo, ale co się działo, kiedy wybrzmiewały starsze numery, to proszę państwa, czapki z głów. Saksofonowe wygibańce pojawiły się dopiero przy Last Day, a przy Healter Skelter poczułam chyba ulgę, uświadamiając sobie, że Shining na szczęście składa się z wielu warstw, których nie można przykryć ostatnimi dokonaniami. W czym rzecz? A na przykład w zauważalnym dysonansie w odbiorze prezentowanych utworów i reakcjach publiki. Ta, choć może nieliczna, nie była dłużna na każdy kolejny saksofonowy zryw, piękne perkusyjne przeciążenia Tobiasa Ørnesa Andersena (perkusista m.in. Leprous, Ihsahna) i improwizowane momenty chociażby w My Dying Drive i genialnym The Madness and the Damage Done. Bisy musiały się pojawić, rozkręcona publika nie dała odejść grupie tak szybko. Ale, ale – kto wpadł na pomysł po mocarnym i dynamicznym poprzednim numerze, żeby wrzucać balladowy(!) Hole in the Sky. Munkeby operuje całkiem pokaźnymi możliwościami wokalnymi, ale na koniec wypadałoby docisnąć fanów i przyłożyć we właściwy tej grupie sposób, a nie wprawiać w osłupienie. Kiedy jeden z moich towarzyszy, pochylając się nad szklanką czystej wody, skonsternowany oświadczył, że tak się nie kończy koncertów (pozdrawiam Panie Patryk!), usłyszeliśmy najbardziej znane intro w historii Shining rozpoczynające Fisheye. I to był ten właściwy akcent na koniec! Szaleństwo, moc, dziwactwo, fantastyczne histeryczne wokale i pomieszanie z poplątaniem, szczególnie saksofonowe improwizowane solo, na które chyba każdy tego wieczoru czekał. Szkoda, że po wszystkim pozostał pewien niedosyt.

Setlista:

Animal
My Church
Last Day
Everything Dies
Healter Skelter
Hole In The Sky
Fight Song
I Won’t Forget
My Dying Drive
The One Inside
Smash It Up!
The Madness and the Damage Done

Bis:
Hole in the Sky
Fisheye

Tak wyglądał w kilku słowach wieczór z Shining na warszawskiej Pradze. Panowie jak zawsze po koncercie byli otwarci i skorzy do pogadanek, zdjęć i przybijania piątek z fanami. Podsumowując całość, jednego jestem pewna – Shining mocno i ryzykownie skręcili w stronę bardziej przystępnej formy swojej muzyki i nie wszyscy im to wybaczą. Gołym okiem (i zza moich okularów) można było zauważyć, jak publika łaknie awangardy, którą zdołali zachwycać nie tak dawno temu. Mam nadzieję, że Animal to przygoda i Jorgen wraz ze spółką jeszcze nas zaskoczy. Nie zmienia to jednak faktu, że jest w tej grupie pewien rodzaj dzikiego szaleństwa, który nie przepadł bezpowrotnie i życzę im z całego czarnego serca, aby nigdy tego nie stracili i przestali próbować to szaleństwo okiełznać.

Do następnego!

Joanna Pietrzak

Kosmos, alternatywa, pomieszanie z poplątaniem - szukam, sprawdzam, przepadam, odkładam.
Skontaktuj się ze mną: joanna@kvlt.pl
Joanna Pietrzak

Tagi: , , , , , , , , , .