Shining (SWE), SRD – Kraków (30.05.2019)

Szwedzki Shining pojawił się w naszym kraju dwukrotnie w ramach trasy Return of the Enemy 2019, która obejmowała dużą część Europy i trwała niespełna miesiąc. Przedostatniego dnia maja, tj. 30.05 wystąpili krakowskim klubie Zet Pe Te. Lider i główny kompozytor Shining, Niklas Kvarforth, zadecydował, że jego zespół nie potrzebuje żadnych lokalnych supportów podczas tegorocznej trasy, a jedyną grupą, która miała grać przed headlinerami trasy został słoweński przedstawiciel black metalu o nazwie SRD, czyli dobrzy koledzy Niklasa z jego bałkańskich wojaży.

Po zapoznaniu się z dość bogatą ofertą merchu Shining, udałem się pod scenę klubu, gdzie z małym opóźnieniem swój występ zaczynał SRD. Słoweńcy mają na swym koncie zaledwie jednego długograja, na którym znalazło się miejsce dla siedmiu utworów. Niemniej jednak, około 45 minutowy gig SRD okazał się bardzo poprawnym występem, który – może i pozbawiony fajerwerków – spodobał się krakowskiej publiczności. Dwa kawałki, które zaimponowały najbardziej, udało mi się zidentyfikować jako All into Nothing oraz Kupa trpljenja. Ten drugi w szczególności przypadł mi do gustu, a jego powtarzający się i grany z wielką zaciekłością główny riff stanowił highlight całego koncertu. SRD prezentują styl, który najłatwiej jest mi określić jako mariaż agresji Marduk i utrzymanych w średnim tempie stosunkowo ciężkich wojennych riffów, co nie jest przypadkiem, gdyż to właśnie temat wojny dominuje w tekstach Słoweńców. Koniec końców, SRD pokazali się z dobrej strony, aczkolwiek to jednak kwestia dyskusyjna, czy był to najlepszy wybór na support przed Shining, który gra muzykę o zgoła innej charakterystyce. Członkowie SRD szybko uwinęli się ze składaniem sprzętu, po czym scenę ogarnął całkowity mrok. Zaczęło się nerwowe wyczekiwanie.

Klasyczne intro (Himlen i min famm Caroli), które powróciło do setu Shining, a które rozpoczynało koncerty ekipy Kvarfortha we wczesnych latach istnienia zespołu, rozległo się po przestrzeni niezbyt zatłoczonego tej nocy krakowskiego klubu. Chwilę później z głośników dało się słyszeć intro utworu rozpoczynającego najważniejszą płytę w karierze Szwedów, czyli Ytterligare ett steg närmare total jävla utfrysning z V – Halmstad (2007). Zakapturzony Niklas pojawił się na scenie z butelką wina (tym razem nie był to ani Jack Daniels, ani Jim Beam!) i przywitał krakowską publiczność, oznajmiając, że dobrze jest powrócić do Krakowa po 10 latach nieobecności. Shining zaczęli bardzo mocno, po pierwszym kawałku poleciał singlowy Jag är din fiende z najnowszego wydawnictwa zespołu, a także zupełnie przeze mnie niespodziewany Besvikelsens dystra monotoni przechodzący w Neka morgondagen. Cóż to był za cios! Nieliczni fani postanowili pomoshować do otwierającego riffu Besvikelsens…, co nie przypadło do gustu ani reszcie publiczności, ani samemu frontmanowi grupy. Niklas był w dobrej formie wokalnej, jednak widać było po nim lekkie zmęczenie i eksploatację głosu spowodowane bardzo długą jak na jego zespół trasą koncertową, od czego Szwedzi już zapewne zdążyli odwyknąć.

W przeciwieństwie do całkowicie bezzasadnych zarzutów w stronę wokalisty Shining, o jakich dzień po krakowskim koncercie pisał pewien polski portal muzyczny, na scenie nie było ani samookaleczenia, rozdawania żyletek, wyzywania publiczności, czy też samogwałtu. To właśnie przez takie plotki Shining cieszy się nie do końca zasłużoną złą sławą, a zachowanie mediów, które żywią się dorabianiem teorii do burzliwej przeszłości frontmana grupy, jest po prostu ohydne. Krakowski koncert, w porównaniu do zeszłorocznego występu szwedzkiej ekipy na festiwalu Castle Party, był jednym z „grzeczniejszych” ze strony Niklasa. Popijający wino wokalista, poza sporadycznymi wycieczkami pod barierki, gdzie publiczność oblegała jego charakterystyczną, wysoką sylwetkę, nie prezentował niczego, co mogłoby oburzyć czy też stanowić zagrożenie dla publiczności.

Występ szwedzkiej grupy był w pełni profesjonalny i wreszcie dało się odczuć, że Shining to nie tylko Niklas, Peter Huss i zgraja sesyjnych muzyków, o których zaraz nikt nie będzie pamiętać, lecz współgrający ansambl, w którym wszystko funkcjonuje jak należy. Do najlepszych momentów koncertu zdecydowanie zaliczam wspaniałe wykonanie kawałka Svart ostoppbar eld, a także niezwykle niepokojące, lecz świetnie pasujące do atmosfery utworu szepty i krzyki z końca Han som lurar inom. Wielka szkoda, że parę dni później zespół jeszcze przedłużył czas trwania koncertów, dołączając do setlisty takie klasyki, jak Submit to Self-Destruction czy też mój absolutny faworyt Claws of Perdition z czwartej płyty Shining, ale w pełni rozumiem, że przyjęci na pokład nowi muzycy nie mieli na tyle czasu, by nauczyć się obszernego materiału z dyskografii ekipy Kvarfortha. Żałuję również, że w secie próżno było szukać przedstawiciela z VI – Klagopsalmer (2009). Niemniej występ Shining był kapitalny pod względem muzycznym, czego dowodem była sama końcówka gigu, kiedy to odegrano dwa najbardziej znane utwory grupy, czyli Låt oss ta allt från varandra oraz For the God Below. I w ten sposób zakończył się czwarty koncert Shining w Polsce, po którym Szwedzi udali się do Poznania, by właśnie tam siać dalsze zniszczenie. Cytując słowa Niklasa, „(…) the Enemy is fucking back in town!”.

Set Shining:

Ytterligare ett steg närmare total jävla utfrysning
Jag är din fiende
Besvikelsens dystra monotoni / Neka morgondagen
Vilja & Dröm
Framtidsutsikter
Svart ostoppbar eld
Förtvivlan, min arvedel
Han som lurar inom
Människa o’avskyvärda människa w/ Drum Solo
Låt oss ta allt från varandra
For the God Below 

Po raz kolejny klub Zet Pe Te dał radę, jeżeli chodzi o akustykę. Nagłośnienie również spełniało wszelkie oczekiwania. Momentami mikrofon Niklasa dawał za wygraną, ale wtedy Szwed posiłkował się sprzętem, którego używał basista grupy, Marcus Hammarström. Wielkie dzięki dla agencji Left Hand Sounds, która po raz kolejny stanęła na wysokości zadania i zadbała o wszystko, czego było trzeba – organizacyjnie same pozytywy! Mam nadzieję, że w przyszłym roku ponownie będzie mi dane zobaczyć Shining w Polsce, ponieważ szwedzki zespół nie koncertuje zbyt często, a jego występy są zawsze jednymi z ważniejszych wydarzeń w moim kalendarzu. Szkoda, że tego dnia frekwencja w krakowskim klubie nie powalała, ale ten fakt utwierdza mnie tylko w przekonaniu, że to nadal zespół w jakiś sposób niszowy, co właściwie przemawia na plus. Z mojej strony to już wszystko, do zobaczenia przy następnej takiej okazji!

 

Marcel

pleasure too safely enjoyed lacks zest
Marcel

Tagi: , , , , , , , , , .