Sleep, Belzebong, sunnata – Warszawa (09.04.2019)

Kwietniowy wieczór szumnie zapowiadany przez różne media sceny alternatywnej miał się zapisać jako jeden z ciekawszych wydarzeń tej wiosny, a już na pewno jako obowiązkowy przystanek każdego fana stoner doom metalu w naszym pięknym kraju. Oto dzięki staraniom Metal Mind Productions na deski warszawskiej Progresji ociężale wkroczyli przedstawiciele, jeśli nie pionierzy niskiego, sunącego po gruzie gatunku  – Amerykanie z formacji Sleep. Specyficznego kurzu i ciężkiej atmosfery zaś dostarczyli supportujący Belzebong i sunnata. Warto było ułożyć się do snu w takim anturażu? Po części.

Tuż przed koncertem pierwszego zespołu uwagę zwracała niemała frekwencja. Zdawać by się mogło, że Sleep nie przyciągnie aż tylu zapaleńców, w końcu ostatni raz w Polsce gościli w 2012 roku, a jednak fani różnej maści oraz w różnym wieku stawili się licznie i tłumnie, przy czym okupowali nie tylko stoiska z napojami, ale również chętnie uczestniczyli we wszystkich trzech widowiskach.

sunnata, fot. Kara Rokita

A te zainaugurowali muzycy z formacji sunnata. Panowie są doskonale znani stołecznej publice i ciągle rosną w siłę, również poza granicami kraju, o czym świadczy chociażby ostatnia udana trasa sunnaty po Europie. W Progresji zespół postawił na sprawdzone elementy swojej sztuki, a więc nie zabrakło utworów ze wszystkich trzech dotychczas wydanych albumów, przy czym jednak zasmuciło mnie pewne odstępstwo (wszak koncertów sunnaty sobie nie odmawiam i dawkuję odpowiednio) i pominięcie w setliście genialnego Long Gone (Zorya, 2016). Za to ciekawostką i małym smaczkiem był gościnny udział na basie Mateusza Szymańskiego, magika warszawskiego ansamblu ROSK. W przypadku sunnaty wszystkie detale występu są szczegółowo opracowane, a więc zarówno sceniczny look, przytłumione światła, jak i balansowanie na tonowaniu intensywności dźwięku zawsze budują klimat. I to im się świetnie udaje. Bardzo dobry stoner/doom/grunge koncert, krótki acz treściwy.

Selista:

Lucid Dream
Asteroid
Path
Outlands
New Horizon

Belzebong, fot. Kara Rokita

O czasie trwania kolejnego występującego zespołu nie jestem za to w stanie obiektywnie konkretnie opowiedzieć. Kielecki Belzebong rozjechał moje trzewia swoim doomowym walcem paradoksalnie dosyć szybko. Monotonnie, nie złapałam się na haczyk psychodelii, na którą liczyłam, wizualnie koncert bez żadnej oprawy, zero zaskoczenia, minimalnych niespodzianek brak (co właściwie powinno być jasne). Nie odnalazłam w tej przyjemności niestety zainteresowania. Wybaczcie fani tegoż, sypię głowę popiołem, ale po drugim numerze zrezygnowałam z próbowania odgadnięcia jak ich trans działa. Na pewno dobre riffy, na pewno dociążająca perkusja, gęsto i posuwiście, ale tym razem bez lotu. Cóż, jeśli kierować się zasłyszanymi sloganami typu smoke or die, I died.

Setlista:

Diabolical Dopenosis
Pot Fiend
Bong Thrower
The Bong of Eternal Stench
Names of the Devil

Sleep, fot. Kara Rokita

I przyszedł sen. Sen niespokojny i zamglony dymem w kolorze ciemnozielonym. Sleep to pewna historia, trudno żeby zwykły zjadacz muzyki tzw. ciężkiej choćby raz nie słyszał ponadgodzinnego kolosa Dopesmoker (no umówmy się – albo jego połowy). Ciekawa tego koncertu byłam i ja. Choć uczestniczenie w wydarzeniu potraktowałam jako ciekawostkę, to udzieliła mi się momentalnie niemal podniosła atmosfera wyczekiwania na sędziwych muzyków. I weszłam w ten gruz. Matt Pike i jego kosmiczne solówki robiły wrażenie właściwie od początku, a już zupełnie prawilnie w Holy Mountain. Pięknie dudnił bas, groove’owało i sprzęgało odpowiednio, jednak głośność całości była dyskusyjna. Jak już porządnie zakołysałam się przy kolejnych numerach, zmieniając miejsce pobytu/postoju, zaczęło się dźwiękowo psuć. Wokale uciekały, coś niedobrego działo się z perkusją i czar jakby zaczął pryskać. Dodatkowo, dość długie przerwy pomiędzy utworami działały na niekorzyść płynności przekazu. Na szczęście te wszystkie gitarowe improwizacje, klimat, wyczucie muzyków, a finalnie ulubiony Dragonaut w jakiś sposób wynagrodził niedostatki na linii udźwiękowienie-scena-publika. Na koniec uczucia po-koncertowe mam mieszane. Było dobrze, lecz odpłynąć ostatecznie się nie udało.

Setlista:

Leagues Beneath
Holy Mountain
Marijuanaut’s Theme
The Clarity
Sonic Titan
Giza Butler
The Botanist
Dragonaut

I na tym rozważania należałoby skończyć. Na pewno na pochwałę, oprócz zebrania świetnego line-upu, zasługuje całościowa organizacja eventu w wykonaniu MMP. Wszystko zadziałało jak powinno. Warto było pojawić się tego wieczoru w Progresji i doświadczyć na własnej skórze, czym Sleep zasługują sobie na miano stoner/doomowych tuzów. A zasługują.

Do następnego!

Zdjęcia: Kara Rokita

Joanna Pietrzak

Kosmos, alternatywa, pomieszanie z poplątaniem - szukam, sprawdzam, przepadam, odkładam.
Skontaktuj się ze mną: joanna@kvlt.pl
Joanna Pietrzak

Tagi: , , , , , , , .