Sólstafir, Árstíðir, Louise Lemón – Tallinn (24.11.2018)

Atmosferyczny islandzki rock and roll, metalowy Pink Floyd – twórczość Sólstafir określano już na bardzo wiele sposobów. Zespół udowadnia jednak, że „szufladkowanie” ich muzyki nie jest potrzebne, a to, co Islandczycy potrafią zrobić w studio, to jedynie mała część tego, co potrafią dokonać na żywo. Warto było po raz kolejny sobie o tym przypomnieć i wybrać się na koncert Sólstafir do klubu Tapper w Tallinnie.

Na pierwszych koncertach trasy, w tym na polskich gigach, głównym gwiazdom wieczoru towarzyszyła szwedzka artystka Louise Lemón i znani z poprzedniej trasy Árstíðir. Na szczęście Sólstafir towarzyszą zwykle dobre supporty (a nawet bardzo dobre, o czym świadczy chociażby zeszłoroczna trasa z Myrkur) i również tym razem występujące przed nimi grupy zdecydowanie nie były rozczarowaniem.
Wieczór rozpoczęła Louise Lemón wraz z zespołem. Głęboki, przepełniony emocjami głos artystki intrygował już od samego początku, a bluesowe melodie bez wątpienia przypadły do gustu zbierającej się w klubie widowni. Wokalistka nie zapominała o kontakcie z publiką, dziękując za tak wczesne przybycie, i zachęcając do spotkania się z fanami na stoisku z merchem po koncercie.

Árstíðir wzbudzili zachwyt wielu koncertowiczów zarówno na zeszłorocznej trasie, jak i obecnym tournée. Choć ich muzyce nie można odmówić profesjonalizmu i charakterystycznego klimatu, osobiście nie czułam się zaabsorbowana tą atmosferą. Árstíðir wzbudzili jednak sympatię publiki – urzekający czysty wokal, w tym przeplatające się czasem głosy członków zespołu, pełne emocji kompozycje oraz teksty po angielsku i islandzku podbiły serca wielu słuchaczy.

Gdy Árstíðir skończyli, długo oklaskiwani przez zebraną widownię, wejście Sólstafir na scenę było już tylko kwestią czasu. Gasnące światła i rozlegające się dźwięki Náttfari zapowiedziały wejście zespołu, a tłum wyraźnie się ożywił po wejściu muzyków na scenę. Wyrwana z rozmarzenia widownia zamarła na chwilę w zachwycie, by wkrótce usłyszeć 78 Days in the Desert, ścieżkę otwierającą album Köld. Ponad ośmiominutowe instrumentalne intro na dobre wciągnęło już publikę w proponowany przez Sólstafir pejzaż dźwięku. Na niezastąpiony wokal Aðalbjörna „Addiego” Tryggvasona trzeba było jednak jeszcze poczekać, gdyż dopiero na Köld można było usłyszeć chwytający za serce śpiew lidera islandzkiej formacji.

Kto stęsknił się za utworem otwierającym występy na poprzedniej trasie, nie mógł narzekać na następny kawałek – wybór padł bowiem na Silfur-refur. Kontynuując z materiałem z najnowszego albumu Berdreyminn, Islandczycy zagrali Ísafold. Po chłodnym brzmieniu tajemniczego Silfur-refur kawałek idealnie rozluźnił atmosferę bardziej pogodnym brzmieniem. Na pierwszy plan wybijały się klawisze grane przez Ragnara Ólafssona z Árstíðir, a rytmiczne intro rozbudziło widownię, która klaskała w najlepsze.

Podczas estońskiego występu nie brakowało oczywiście momentów, w których frontman zagadywał widownię. Jako zapowiedź największego szlagieru zespołu wokalista zaczął mówić o tym, jak to niektórzy nienawidzą Fjary i zażartował nawet, że przed koncertem jeden z fanów obiecał mu 5000 € za pominięcie hitu w setliście. Po tych słowach wymownie rozłożył ręce, stwierdzając, że to w końcu pięć tysięcy euro i wziął pieniądze, ale Fjara i tak zostanie zagrana. Publika zareagowała śmiechem i okrzykami uznania, domagając się przeboju islandzkiej grupy. Najbardziej znany kawałek Sólstafir rozpoczął charakterystyczny rytm wybijany na perkusji, następne weszły partie pozostałych instrumentów i równie spokojny wokal.

Fjara była równoznaczna z koncertem zbliżającym się powoli do końca. Zanim jednak Sólstafir pożegnali widownię, Addi poprzedził Bláfjall krótkim wyjaśnieniem znaczenia utworu dedykowanego wszystkim zmagającym się z depresją oraz tym, którzy mieli podobne przejścia. Choć udręczony, przywodzący na myśl zawodzenie śpiew brzmiał na początku dramatycznie, utwór z każdym tonem stawał się coraz bardziej dynamiczny. Bláfjall nie można odmówić mocy (aż chciałoby się konkretnie powiedzieć „pierdolnięcia”), zwłaszcza na ostatniej prostej, kiedy nagromadzenie dźwięków staje się straszliwie intensywne.

Choć zakończenie utworu wprawiło tłum w absolutny zachwyt, koncert nie mógł się obyć bez Goddess of the Ages. O występach Sólstafir śmiało można powiedzieć, że kończą się za szybko, ich finały są jednak czymś, co naprawdę warto zobaczyć na żywo. Dbanie o kontakt z publicznością to w tym wypadku mało powiedziane – podczas najdłuższego kawałka wieczoru wokalista zszedł ze sceny, i śpiewając przechadzał się w tłumie. Nie zabrakło więc uścisków, przybijania piątek, a przede wszystkim emocji. Chyba najkrótszym podsumowaniem Sólstafir na żywo byłoby właśnie to, jak szczery i pełen emocji jest każdy z występów zespołu. Muzycy rozbrajają autentycznością i podążają swoją własną ścieżką melancholijnej, atmosferycznej, a czasem wręcz nietypowej muzyki.

Setlista Sólstafir:
78 Days in the Desert
Köld
Silfur-refur
Ísafold
Ótta
Hula
Svartir Sandar
Fjara
Bláfjall
Goddess of the Ages

Tagi: , , , , .