Sólstafir – Berlin (16.03.2019)

Nie wiadomo co myśleć, kiedy zespół określający się czasami jako Antichristian Icelandic Heathen Bastards rusza w trasę, na której znalazły się koncerty w kościołach. 
Dobrze, że tym zespołem jest Sólstafir i nie myślałam zbyt długo przed podjęciem decyzji o wybraniu się do Berlina na ich występ. Islandczycy zakończyli trasy intensywnie promujące najnowsze wydawnictwo Berdreyminn cyklem występów z kwartetem smyczkowym – podobnie jak miało to miejsce po wydaniu cieszącego się dużą popularnością albumu Ótta.

Choć pierwszym miejscem na koncert, jakie przychodzi do głowy po usłyszeniu nazwy zespołu składającego się z „antychrześcijańskich drani” zdecydowanie nie jest kościół, to trzeba przyznać, że Sólstafir umiejętnie skorzystali z możliwości, jakie dawał budynek, w tym świetnej akustyki. Okoliczności oczywiście nie stały na przeszkodzie w rozstawieniu w kościele stoiska z merchem i baru z piwem (z kolei backstage urządzono na zakrystii).

Koncert rozpoczął się z małym opóźnieniem, ale nie wpłynęło to negatywnie na tak wyjątkowy wieczór. Kilkanaście minut po planowanym rozpoczęciu gigu światła w kościele zgasły, a instrumentalny utwór Náttfari jak zwykle zapowiedział wejście zespołu na scenę.
Grane jako intro na ostatnich trasach Silfur-refur zostało zastąpione Náttmál – kawałkiem zgodnie z tematyką zagranym w półmroku. Wraz z kolejnymi mijającymi minutami utwór wybrzmiewał coraz intensywniej, publika zamierała, a światła mocniej padały na widowiskowe otoczenie, w jakim rozgrywał się koncert. Doskonały ładunek emocjonalny przygotowujący na dalszą część wieczoru.

Oprócz pozycji obowiązkowych (takich jak niezastąpiona Ótta) można było usłyszeć utwory, za które bez kwartetu smyczkowego zespół nie zabrałby się na żywo. Do jednego z nich należało klimatyczne Dýrafjörður, w którym brzmienie skrzypiec łączyło się z atmosferycznym, po mistrzowsku przeciągniętym w przestrzeni soundem Sólstafir. Kompozycje z najnowszego albumu Islandczyków przypadły do gustu publice, która nie szczędziła oklasków.

Uwagę zwracało też to, jak bardzo zebrana publiczność była przyzwyczajona do twórczości Sólstafir. Znacie to uczucie, kiedy zespół nie skończył jeszcze grać, a mimo to chwilową ciszę przerywają zbyt wczesne oklaski widowni? Podczas koncertu w Berlinie działo się to tak rzadko, jakby zdecydowana większość słuchaczy doskonale wiedziała, z czym ma do czynienia. Publika traktowała zespół z szacunkiem, na jaki zasługują Sólstafir (i jaki niestety rzadko widzi się na koncertach).

Kolejnym z wielu plusów berlińskiego wieczoru była perfekcyjna gra świateł. 
W odpowiednich momentach wnętrze kościoła spowijały chłodne błękity albo zielenie, intensywna czerwień padała na wysokie sklepienie podczas ulubieńca tłumów (żeby nie powiedzieć „szlagieru”) Fjary, żeby po pewnym czasie ustąpić miejsca iście psychodelicznym operowaniem światłami.
Fantastycznie wypadło na przykład Kukl z przełomowego wydawnictwa Svartir Sandar. Tajemnicza atmosfera kompozycji została spotęgowana przez pełzające po witrażach cienie, a dryfujący dźwięk oddziaływał na publiczność z siłą zaklęcia (nazwa zobowiązuje – w końcu „Kukl” oznacza po islandzku „czary”).

Sólstafir dobrze wiedzą, jak skupić na sobie uwagę zebranej widowni. Jednym z najlepszych (a jednocześnie najbardziej przejmujących) momentów, które to potwierdziły, było zaprezentowanie przez zespół Necrologue. Utwór został zadedykowany przyjacielowi zespołu, który popełnił samobójstwo, toteż nie był planowany w wersji koncertowej, artyści zdecydowali się jednak zagrać kompozycję, przekazując jednocześnie istotny komunikat. Podobnie jak na poprzedzających Bláfjall słowach na niedawnych trasach, tak i na berlińskim koncercie frontman Aðalbjörn “Addi” Tryggvason wygłosił krótką przemowę związaną z tematyką depresji. Finałem wieczoru zostało kilkunastominutowe Goddess of the Ages. Frontmana jak zawsze podczas tego utworu wszędzie było pełno – przechadzkę po kościele wokalista rozpoczął od… wejścia na ambonę. Nie zapomniał oczywiście o zwróceniu się do siedzącej na tarasie części widowni, przybijając sobie z nią piątki i żółwiki. Takiego „księdza” to ja mogę słuchać!
Wokalista przechodził również między ławkami i siadał obok słuchaczy (nie przerywając oczywiście śpiewania), w efekcie spędzając więcej czasu poza sceną niż na niej. Idealny przykład zespołu, który nie stroni od kontaktu z fanami i dba o to, by zapisać się w pamięci słuchaczy.

Występ w Berlinie był kolejnym koncertem Sólstafir, podczas którego po mistrzowsku zbudowano hipnotyczną atmosferę. Nie zabrakło też autentyczności wyczuwalnej w każdym z utworów i szczerych emocji napędzających koncert. Za to między innymi tak bardzo podziwiam Sólstafir, a za zorganizowanie tak pamiętnego koncertu jestem wdzięczna organizatorom – FlyingFox ABKarsten Jahnke Konzerte oraz Trinity Music.

Setlista:
Náttfari 
Náttmál
Ótta
Dýrafjörður
Hula
Miðaftann
(Przerwa – kwartet smyczkowy)
Lágnætti
Hvít sæng
Necrologue
Fjara
Kukl
Goddess of the Ages

Tagi: , , , , , , .