Soulstone Gathering – Kraków (09-10.11.2018)

Soulstone Gathering to bardzo interesujący festiwal, który dopiero od 4 lat znajduje się na mapie polskich wydarzeń muzycznych. Od poprzedniej edycji Soulstone odbywa się w krakowskim klubie Zet Pe Te. I choć jeszcze parę miesięcy temu nie wiedziałem, że taki happening w ogóle ma miejsce, miniony weekend wspominam bardzo dobrze. Tegoroczna edycja festiwalu wypadła bardzo solidnie i wydaje się, że jeżeli w przyszłości jego organizacja będzie stała na równie wysokim poziomie, nie będzie trzeba się martwić o zainteresowanie fanów. Zapraszam do sprawozdania z wydarzeń, które miały miejsce 9 i 10 listopada w stolicy województwa Małopolskiego.

Z powodu tradycyjnych już piątkowych korków na autostradzie A4 w klubie Zet Pe Te pojawiłem się dopiero około godziny 19:45, przez co przegapiłem występy grup IgnuCiolkowska. Po odebraniu festiwalowej opaski udałem się prosto pod scenę, gdzie swój występ właśnie zakończyła grupa Black Salvation. Jako że nigdy wcześniej nie miałem okazji gościć w tym krakowskim klubie, postanowiłem przejść się po jego terenie. W centralnej części budynku, naprzeciw bardzo długiego baru, rozciągały się stoiska z merchem grup, które tego dnia miały pojawić się na scenie. Obok nich znajdował się punkt tatuażu i jedyne stoisko z jedzeniem. Trochę skromnie jak na festiwal, który następnego dnia został całkowicie wyprzedany.

 Chwilę później na scenie zameldowała się ekipa Palm Desert. Pierwszy koncert, którego doświadczyłem tego dnia był całkiem udany. Polski zespół zaprezentował się całkiem nieźle, a najbardziej spodobał mi się żywiołowy wokal Wojciecha Gałuszki.

Po Palm Desert nadszedł czas na kolejny zespół z rodzimych stron, czyli Weedpecker. Panów z Warszawy miałem okazję poobserwować podczas tegorocznej edycji festiwalu Summer Dying Loud, ale to piątkowy występ na Soulstone wywarł na mnie lepsze wrażenie. Ciężkie riffy z domieszką rock‘n’rolla bujały rozochoconą krakowską publiką. Nie mogłem wyjść z podziwu jak czysto i wyraźnie brzmiały wokale polskiej ekipy. Akustyka klubu od samego początku wydawała się zaskakująco solidna, a przecież nie miałem co do niej wysokich oczekiwań. Pod tym względem krakowskie kluby jak do tej pory tylko mnie zawodziły, a tutaj proszę – kameralny i pozornie niewyróżniający się Zet Pe Te w tym aspekcie wyprzedza je o lata świetlne!

 Po całkiem solidnym gigu Weedpeckera zdecydowałem się uzupełnić płyny w klubowym barze. Duży plus za całkiem szeroki asortyment, w którego skład wchodziły nie tylko różnego rodzaju piwa, ale też różnorodne trunki o większej sile rażenia. Jak na Kraków ceny nie były kosmicznie wysokie, po każdym koncercie bar niemalże uginał się pod naciskiem spragnionych tłumów. Podczas obu dni festiwalu doszło do niewielkich opóźnień, przez co część fanów wyrażała swoje niezadowolenie. Mnie osobiście w ogóle ten fakt nie przeszkadzał. Wolałbym, żeby na każdym festiwalu jakość dźwięku była tak dobra, jak na Soulstone Gathering, nawet jeśli pociągałoby to za sobą pomniejsze opóźnienia względem rozpiski godzinowej. Headliner pierwszego dnia imprezy, niemiecki zespół My Sleeping Karma, pojawił się na scenie około godziny 23:00. Muzycy grali niewiele ponad godzinę, jednak to wystarczyło, by porwać krakowską publiczność. Nigdy nie byłem zagorzałym fanem twórczości zespołów pozbawionych wokalisty (z małymi wyjątkami), ale My Sleeping Karma zaprezentowali się naprawdę bardzo dobrze. Hipnotyzujące melodie, fantastyczna gitara basowa stanowiąca podkład dla gitarzystów i do tego wszystkiego niesamowita energia, którą emanowali muzycy – te trzy czynniki sprawiły, że Niemców obserwowało się z nie lada przyjemnością. I choć w wersji studyjnej ich muzyka niespecjalnie mnie porywa, na żywo Panowie spisują się naprawdę obiecująco. Zdecydowanie warto było zobaczyć ich w akcji. Koncert My Sleeping Karma zamykał pierwszy dzień festiwalu, którego motywem przewodnim było hasło Soul. Chwilę przed godziną 1:00 udałem się na zasłużony spoczynek, by następnego dnia być rześkim i przygotowanym na przyjęcie kolejnej dawki ciężkiej muzyki.

Drugi dzień festiwalu otworzył koncert francuskiej grupy The Necromancers. I choć była to pierwsza kapela, która wystąpiła tego dnia, był to zdecydowanie jeden z najlepszych gigów tego festiwalu. Kapitalny wokal charyzmatycznego frontmana plus świetna sekcja rytmiczna złożyły się na znakomity występ tej interesującej francuskiej ekipy.

Po koncercie Francuzów na scenie zameldowali się rodacy ze Spaceslug. Niestety, muzyka tego zespołu niespecjalnie do mnie przemawia, toteż nie mogę na jego temat powiedzieć zbyt wiele.

Następnie na scenie pojawili się ulubieńcy krakowskiej publiczności, czyli warszawski ansambl o nazwie Sunnata. I choć ten kwartet, podobnie jak wymienione wcześniej ekipy Weedpecker i Spaceslug, wystąpił na tegorocznej edycji Summer Dying Loud, ich klubowy koncert znacznie bardziej mi się podobał, w czym duży udział miała znakomita akustyka Zet Pe Te. Najjaśniejszym momentem gigu był katartyczny utwór Hollow Kingdom, który przez ponad 10 minut trzymał uczestników tego mistycznego misterium w napięciu. Naprawdę bardzo solidny występ i według wielu fanów to właśnie Warszawiacy pokazali się z najlepszej strony drugiego dnia festiwalu.

Żałuję, że dość szybko opuściłem występ fińskiej kapeli Dark Buddha Rising. Na temat ich występów na żywo słyszałem bardzo wiele dobrego. Niemniej jednak, to właśnie podczas drugiej połowy ich czasu na scenie zdecydowałem się udać na zasłużone piwo. Żeby mieć siłę na takie tuzy, jak Wiegedood i Yob trzeba było zrobić sobie krótką przerwę i to właśnie wtedy nadszedł na nią czas.

Belgijska trójca z Wiegedood była czarnym koniem tegorocznej edycji Soulstone Gathering. I mimo że hasłem drugiego dnia festiwalu było Stone, ekipa Levy’ego Seynaeve zupełnie nie wpasowała się w ramy gatunkowe dzielone przez inne grupy występujące tego weekendu w Krakowie. Zespół nie pojawiłby się w Zet Pe Te, gdyby nie fakt, że od paru tygodni znajdował się na wspólnej trasie z Yob. Black metalowa ekipa gra ciekawą acz mało przystępną muzykę, dlatego też nie byłem zdziwiony faktem, iż niektórzy słuchacze byli zmieszani występem Belgów. Koniec końców byłem usatysfakcjonowany postawą Panów z Wiegedood. Bardzo ciekawym doświadczeniem było obserwowanie grupy, w której skład nie wchodzi gitara basowa. Fajnie było zobaczyć zespół, który prezentuje styl skrajnie różny od pozostałych zespołów zaproszonych na krakowski festiwal.

Chwilę po godzinie 23:00, po około 15-minutowym opóźnieniu na scenie pojawił się headliner tegorocznej edycji festiwalu, czyli niezłomne amerykańskie trio ze stanu Oregon. Po mrocznym i poważnym występie Wiegedood atmosfera uległa drastycznej zmianie. Na scenie znajdowało się trzech uśmiechniętych od ucha do ucha mężczyzn dowodzonych przez legendarnego gitarzystę i wokalistę Mike’a Scheidta. Od pierwszych sekund monumentalnego i bardzo emocjonalnego openera Ablaze po ostatnie dźwięki zamykającego gig, klasycznego Adrift in the Ocean zespół dawał z siebie absolutnie wszystko. Cóż to był za koncert! Miażdżąco ciężkie momenty przeplatały się z pięknymi melodyjnymi zagrywkami, które przyprawiały mnie o gęsią skórkę. Scheidt nie mówił zbyt wiele, lecz gdy już do tego dochodziło, na jego twarzy widać było autentyczną radość z gry na scenie. „Ten utwór to wyraz mojej wdzięczności” – powiedział lider Yob, po czym zaczął grać intro czternastominutowego opus magnum zatytułowanego Our Raw Heart – utworu tytułowego najnowszej płyty grupy, która jest swoistym pomnikiem jego cierpienia i powrotu do zdrowia po wycieńczającej walce na krawędzi życia i śmierci. Obserwowanie Mike’a na scenie było dla mnie czymś niemożliwym do ubrania w słowa. Długowłosy frontman cieszył się każdą chwilą tego koncertu, a jego forma wokalna była najwyższych lotów. Płynnie przechodził z niebiańskiego śpiewu do agresywnego growlu, którego siła była powalająca. Przy okazji przedostatniego tego wieczora utworu Grasping Air Scheidt zaprosił ww. lidera Wiegedood, z którym połączył siły wokalne. Yob zagrał półtoragodzinny gig, który rozwiał wszelkie wątpliwości. Amerykańskie trio to zespół z zupełnie innej półki i po jego występie stało się oczywiste, dlaczego to właśnie ekipa Mike’a Scheidta była headlinerem tegorocznej edycji krakowskiego festiwalu. Po zakończeniu występu przez jeden z najważniejszych zespołów mojego życia, na scenie szybko zaczęła montować się włoska ekipa Fuoco Fatuo, której obecność na Soulstone Gathering była pewnego rodzaju zagadką. Ja tymczasem udałem się do wyjścia i ruszyłem w podróż powrotną z żywego jak zawsze o tej porze dnia serca Krakowa.

Soulstone Gathering 2018 dobiegł końca i przyznaję, że jestem zadowolony z tego, co dane było mi doświadczyć w krakowskim klubie. Jest to ciągle bardzo młody festiwal, który wciąż się rozwija i idzie naprzód. Tegoroczna edycja wywarła na mnie bardzo dobre wrażenie i już nie mogę doczekać się kolejnej. Duże ukłony dla organizatorów i klubu Zet Pe Te, którzy przyczynili się do tego, by to wydarzenie mogło się odbyć. Z mojej strony to wszystko, do zobaczenia w przyszłym roku!

Marcel

pleasure too safely enjoyed lacks zest
Marcel

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , .