Tides From Nebula, ROSK – Warszawa (07.12.2019)

Pierwsza sobota grudnia roku bieżącego przeszła do historii pod znakiem muzyki w gatunku z przedrostkiem post- w dwóch odmianach. Trasa jednego z najbardziej uznanych polskich zespołów instrumentalnych Tides From Nebula zawitała do warszawskiej Progresji na przedostatni koncert zamykający promocję płyty From Voodoo to Zen (2019). Panowie już jako trio, w innym, odświeżonym anturażu, ale ciągle na najwyższym poziomie i z produkcją jak zwykle ponad standardy zaprezentowali aż 13 utworów, włączając najnowsze i najstarsze dokonania z pięciu dotychczas wydanych albumów. Udało się wszystko – od przekrojowego repertuaru, poprzez widowiskowość, zmienną, wyważoną dynamikę i niezwykły urok, którym od lat Panowie czarują swoją publikę. Dodatkowo, koncert Tides From Nebula akurat w tym miejscu, w tym klubie był zdaje się z lekka nostalgiczny, o innej randze i wadze, bardziej emocjonalny. Dlaczego? Po kolei, zaczynamy.

Ale najpierw support. A ten warto było zobaczyć od pierwszych sekund. Całą trasę From Voodoo to Zen zasilili Panowie ze stołecznego ansamblu ROSK z zaskakującym repertuarem z najnowszej płyty grupy remnants (2019). Materiał po raz pierwszy zaprezentowali w kwietniu, supportując blindead z ich Niewiosną, i już wtedy zachwycili samym przygotowaniem do odegrania koncertu. Na deskach Progresji pojawili się w totalnie innej odsłonie w porównaniu do poprzedniego, post-black-metalowego wściekłego wcielenia. Wyprasowane koszule, pozycje siedzące, pełne skupienie, plus gitary akustyczne, skrzypce, na których gościnnie zagrała świetna Julianna Grzeszek, i ponury, zimny, rewelacyjnie zbudowany klimat remnants. Najsmutniejsza płyta roku? Być może, ależ jaka piękna! Oprawa oświetleniowa koncertu była skromna, jednak doskonale przemyślana, przy czym atmosferę podbijały świece ustawione na środku sceny, które Panowie kolejno gasili po odegraniu każdego numeru. Największe wrażenie zrobiły jednak uzupełniające się wokale Grzegorza Niedzieli i Krzysztofa Traczyka – skrajnie różne, a jednak znakomicie przenikające się i znacznie wybijające się w kompozycjach. Wystarczy wspomnieć piękne utwory Rosary czy Ceased in me. Ten zespół jeszcze nie pokazał w pełni swoich możliwości, a obserwując ich poczynania od początku, jestem w stanie stwierdzić, że z pewnością nie raz zadziwią. Tym razem smucili, mrozili, zatrzymali przy sobie. Zobaczymy co dalej. Wspaniały set! 

Headlinerzy pojawili się dość szybko, po bardzo sprawnym przepięciu kabli. Tides From Nebula od początku działalności na scenie zawsze ceniłam za fantastyczne budowanie napięcia podczas występów na żywo – od dynamiki i wspaniałej żywiołowości, poprzez klimatyczne, wolno rozwijające się utwory zakończone finałową eksplozją bądź wyciszoną klamrą kompozycyjną, zawsze połączoną z grą świateł. Panowie słyną z doskonale opracowanego show pod względem nie tylko jakościowym, ale również widowiskowym, i to właśnie dostałam kolejny raz tego wieczoru. Najbardziej zastanawiało mnie jak wypadną numery starsze, bez obecności drugiej gitary, którą dzierżył Adam Waleszyński, i bez jego dynamicznego prowadzenia utworów. Obawy o niedostatki były jednak zbędne jak się okazało, bowiem lukę w miarę skutecznie wypełniły sample i elektronika, która zresztą wiedzie prym na najnowszym wydawnictwie warszawiaków. I tak, za najciekawsze momenty uznaję właśnie nowe akcenty, szczególnie w utworach From Voodoo to Zen z gościnnym udziałem trębacza Tomka Kasiukiewicza, oraz bisowym Dopamine z fantastyczną dawką energii na koniec. Oczywiście nie mogło się obejść bez finałowego akcentu podczas numeru Tragedy of Joseph Merrick w postaci zejścia Maćka Karbowskiego do publiki. A dodatkowo Panowie z ROSK dzielnie i czynnie wzięli udział w tym całym rytuale, robiąc cudowny zamęt na środku sali Progresji. Piękne zakończenie pięknego koncertu! Wzruszeń i długich owacji nie brakowało. Wśród publiki pojawiły się rodziny muzyków, przyjaciele, w tym Adam, który równie emocjonalnie przeżywał koncert.

Setlista:

Ghost Horses
The Lifter
Only With Presence
The New Delta
Radionoize
The Fall of Leviathan
Sleepmonster
All the Steps I’ve Made
From Voodoo to Zen
We Are the Mirror
Now Run

Bis:
Dopamine
Tragedy of Joseph Merrick

To by było na tyle, więcej nie trzeba. Post-rock ponoć umiera śmiercią naturalną, niby niewiele można się spodziewać w tych granicach, wszystko zostało powiedziane na różne sposoby. A jednak Tides From Nebula udowadniają, że ciągle można wnieść w ten gatunek świeżość i nowoczesność, czerpiąc umiejętnie z najlepszych patentów muzyki progowej, rockowej, różnej. A może trzeba mieć po prostu to “coś”. Ja im ufam, nie zawiodłam się koncertem, choć widziałam prawdopodobnie -nasty raz ten zespół na żywo, a tym razem dodatkowo uświadczyłam przepięknego supportu. Lucky me.

Do następnego!

Autorką zdjęć jest Monika Pawłowska

Joanna Pietrzak

Latest posts by Joanna Pietrzak (see all)

Tagi: , , , , , , , , .