Toto – Kraków (28.02.2018)

                    Co to, to Toto? Takie pytanie zadało mi większość osób, które zdarzyło mi się poinformować o planowanym udziale w krakowskim koncercie kalifornijskiej grupy. Co ciekawe, kiedy każdej z tych osób odtworzyłem parę największych hitów wspomnianej kapeli – Hold The Line, Rosanna oraz przede wszystkim Africa, okazało się, że znają je wszyscy. Z jeszcze większym niedowierzaniem przyjęta została moja uwaga, że Panów z Los Angeles nie powinno się szufladkować, jako jednej z wielu formacji kilku radiowych hitów. Za Wielką Wodą to marka bez dwóch zdań rozpoznawalna, co jest niepodważalną zasługą czterdziestu lat na scenie i wydanych w tym czasie siedemnastu albumów studyjnych, które sprzedały się w nakładzie czterdziestu milionów. Na szczęście dla wszystkich fanów rockowej sceny lat 70. i 80., Toto sprawiedliwie obdarzają muzyką na żywo swój ogólnoświatowy elektorat i w odróżnieniu od niektórych gigantów rocka zza oceanu, dość regularnie odwiedzają nasz kraj. W 2013 roku w Łodzi zarejestrowali zresztą jedno ze swoich wydawnictw DVD: 35th Anniversary – Live In Poland. Ostatniego dnia lutego do grona odwiedzonych przez nich miast dołączył Kraków, a mnie, korzystając z okazji, udało się dołączyć do grona szczęśliwców, którzy z muzyką Toto spotkali się na żywo.

                Punktualnie o 20:30 opadła kurtyna, przysłaniająca główną scenę – solidnie, ale bez przesady wypełnionej Tauron Areny. Nie powiedziałbym, że w Polsce znajdzie się tylu fanów Toto – miło się czasem zaskoczyć. Pominąwszy obchody okrągłego jubileuszu, koncert w Krakowie miał być okazją do świętowaniawydania kompilacyjnego albumu 40 Trips Around The Sun, na którym oprócz  podsumowania największych hitów z repertuaru Toto, znalazły się także zupełnie nowe utwory. Jednym z nich – Alone – muzycy rozpoczęli swój występ. Zaraz po nim, zespół nieoczekiwanie uderzył jednym ze swoich najznakomitszych przebojów i bez wątpienia największym na premierowym krążku TotoHold The Line. Być może muzycy uznali, że rozkręcanie atmosfery mniej znanymi piosenkami trwałoby i trwało… Jeśli tak, zabieg się powiódł i potwierdzony został kolejnym ukłonem w stronę fanów starszego repertuaru – Lovers In The Night. Chwilę potem dla równowagi zabrzmiała kolejna nowość ze świeżo wydanej składanki – Spanish Sea. W zasadzie to nowość bardziej dla fanów, bowiem pierwotna, nieukończona wersja powstała już w 1984 roku z myślą o albumie Isolation. Wyraźne poruszenie wywołała, kolejna na setliście, ballada I Will Remember. Tuż za nią zabrzmiał jeszcze English Eyes, a następnie o rewelacyjną ucztę dla ucha postarał się instrumentalny Jake to the Bone, w wersji live sprawiający wrażenie jednej wielkiej progresywnej improwizacji. Na dokładkę, kolejny poważny przebój, Rosanna, który zgrabnie zamknął pierwszy etap koncertu. 

                Ciąg dalszy zapowiedziały zmiany na scenie – pojawiły się krzesła i gitara akustyczna, co oznaczało niechybnie zwolnienie tempa. Ostatecznie, skorzystać na tym zagraniu mieli wszyscy, bowiem jubileuszowym prezentem dla fanów był akustyczny set, przeplatany gawędami i anegdotami z historii zespołu, w którym wykonane zostały fragmenty sześciu utworów: Miss Sun, Georgy Porgy, Holyanna, No Love, Mushanga oraz Stop Loving You. Aranżacje bardzo przyjemne i odprężające, i tylko smutek ogarniał duszę, że taki – dla przykładu – Georgy Porgy (notabene: mój ulubiony numer Toto) nie rozgrzewał publiki dwie minuty dłużej.

                Rekompensatą za wszelkie straty moralne, poniesione z wyżej wymienionego tytułu, było otwarcie kolejnej “elektrycznej” części setu – tak bardzo pożądany przeze mnie, energiczny Girl Goodbye oraz równie lubiany, a jeden z najbardziej niedocenianych numerów Toto, Lion – fantastyczny groove! Po nich do głosu doszły bardziej poważne kompozycje: progresywny Dune (temat z filmu Desert) oraz doskonale wszystkim znany cover Beatles’ów, While My Guitar Gently Weeps, zakończony popisowym solem gitarzysty i lidera grupy, Steve’a Lukathera. Tak w sumie, to postronny słuchacz miałby sporą zagwozdkę ze wskazaniem głównodowodzącego formacji – na głównym wokalu, co chwilę wymieniali się Joseph Williams, klawiszowiec David Paich oraz faktyczny “szef”, wspomniany Lukather, czyli jedyni z siedmiu muzyków na scenie, tworzący historyczny trzon Toto. Skoro już jesteśmy przy składzie: na scenie wspierali ich Warren Ham (saksofon), Lenny Castro (instrumenty perkusyjne ) – obaj związani z Toto przez pewien czas w latach 80. – oraz Shannon Forest (perkusja) iShem von Schroeck (gitara basowa). Nie mogę odżałować, że z grupy odszedł już BobbyKimball, którego wyższe partie wokalne nierozerwalnie kojarzyły mi się z niektórymi numerami grupy. Ham starał się w tej materii jak mógł i wychodziło mu to naprawdę dobrze, ale Kimballowi nie mógł dorównać (lecz nie jego w tym wina). Powracając jednak do setlisty, na jej koniec zabrzmiały jeszcze trzy numery: Stranger in Town, MakeBelieve i oczywiście nieśmiertelna Africa, przeciągana do granic niemożności, za pomocą przeróżnych instrumentalnych wstawek i zabaw z publicznością. Dopiero teraz dotarło do mnie, że Africa oznaczać musi rychły koniec koncertu – ale jak to, skoro minęła zaledwie godzina, prawda? Wciąż nie usłyszałem jeszcze paru swoich ulubionych piosenek, jak 99 czy I’ll Supply The Love… i nie miałem już tego wieczoru usłyszeć, bowiem w ramach bisu Toto wykonało jeszcze tylko jeden utwór, The Road Goes On, po którym główni aktorzy rychło zniknęli za kulisami. Pozostaje mieć nadzieję, że dobór pożegnalnego numeru był w pewien sposób symboliczny i niósł wyraźny przekaz, że Toto zabiorą nas w jeszcze niejedną muzyczną podróż. To, co pokazali w Krakowie – przede wszystkim instrumentalna i wokalna doskonałość – przemawia jednoznacznie przeciwko ich odejściu na artystyczną emeryturę. 

 

Tagi: , , , , , , , , , , , , .