Triptykon i inni – Wrocław (17.03.2017)

Planowana trasa koncertowa Triptykon wraz z supportami miała się odbyć czterech w czterech polskich miastach. Na każdym z nich redakcja Kvlt stawiała się bardzo ochoczo. Wrocławski koncert w Centrum Koncertowym A2, który się odbył 17 marca br. obejrzeliśmy w liczbie redaktorów sztuk trzy: Piotr Czwarkiel, Marta Stock oraz Jacek Klatka – każdy gustujący w różnych muzycznych stylach i każdy oczekujący od bogów sceny metalowej wrażeń na miarę co najmniej wstrzymania oddechu z zachwytu.

Piątkowy wieczór rozpoczynała bocheńska black metalowa formacja Mord’a’Stigmata. Ostatnimi czasy trudno nie zauważyć coraz większego pozytywnego feedbacku przy okazji premiery płyty Hope. Ten album mnie jeszcze nie kupił, będąc pod niegasnącym i gigantycznym wrażeniem poprzednich dwóch wydawnictw. Może to kwestia czasu.

Show otworzył utwór The Mantra of Anguish, który automatycznie generuje ciarki na całym ciele. Wszechogarniająca magia i niesamowite połączenie całego instrumentarium nie rwało do moshu, a raczej wprowadzało w totalną hipnozę i specyficzny odbiór energii, która płynęła wprost ze sceny. Nie zabrakło  tytułowego kawałka Hope z najnowszej płyty. Na szczególną uwagę zasługuje bardzo dobre nagłośnienie, brzmienie było ciężkie, kiedy taki był wymóg i odpowiednio selektywne, tutaj się wszystko zgadzało. Świetny koncert. Trzymam kciuki za dalszy rozwój i europejską trasę koncertową, która pomoże zespołowi wskoczyć na kolejny level.

Marta Stock:
Jeśli chodzi o Mordę, to na mnie wywarli bardzo pozytywne wrażenie. Wszystko było rzeczywiście dobrze nagłośnione. A materiał z Hope brzmiał według mnie potężniej i może trochę mniej – powiedzmy – refleksyjnie niż na płycie, ale to nie oznacza, że źle.

no images were found

Następnie na scenie zameldował się lubelski Blaze of Perdition z zastępczym wokalistą, czyli Devasto.
Pamiętam koncert przy okazji trasy Days of No Light którego nigdy nie zapomnę, natomiast o niniejszym, wrocławskim nie chciałbym więcej mówić. Nagłośnienie to porażka. Od początku łudziłem się, że realizator dźwięku za konsoletą ogarnie temat właściwie. Niestety,  nie ogarnął i z przykrością muszę powiedzieć, ze odbiór występu tejże hordy został maksymalnie zDevastowany.

Marta Stock:
BoP – mnie nie porwali. Ściany dźwięków, z których średnio można było wyłapać brzmienie poszczególnych instrumentów. Wokal prawie niesłyszalny, ginął w “hałasie”.

no images were found

Trzecim z kolei koncertem tego wieczoru był występ zespołu Secrets of the Moon.
Niestety nie przygotowałem się dostatecznie i koncert tej formacji był dla mnie niespodzianką.
Muszę powiedzieć, że nie zostałem oszołomiony całym występem, nie specjalnie odpowiadał mi wokal do generowanych przez muzyków dźwięków. Jednak trzy utwory z całego setu przykuły moją uwagę. Pierwszy to  zapowiadany jako „from very very very first album” (taki black metal to ja lubię!) oraz kolejne dwa utwory, które zwieńczyły ów koncert. Nie pozostaje nic innego, jak odrobić zadanie domowe i zapoznać się z dyskografią tej niemieckiej hordy.

Marta Stock:
Secrets of the Moon, jak dla mnie, wypadli obłędnie. Co prawda nie znałam ich twórczości za dobrze, ale przekonali mnie w 100% swoim klimatycznym występem. Fajnie, że wokalista nawiązywał jakikolwiek kontakt z publicznością. Na plus oceniam także jego “przybrudzony” śpiew.

no images were found

Słów więcej o headlinerze od Jacka:
Wspomniałem kiedyś w relacji z występu Triptykon, że trudno napisać cokolwiek, co by nie było rozprawką na temat „dlaczego Thomas Gabriel Fischer wielkim artystą jest”. Tom przyzwyczaił już swoich fanów do tego, że nie daje koncertów w potocznym rozumieniu tego słowa. Bardziej widzę to jako dzielenie się artysty swoim mrocznym i niepokojącym przeżywaniem świata. Ciężko w tym przypadku o typowe “dziennikarskie” spojrzenie na muzyczne wydarzenie, bo z głośników sączyła się smoła a nie dźwięk, a całość jawiła się bardziej pożywką dla ducha a nie dla uszu. Coś jednak napisać trzeba…

Zaczęli od riffu stulecia (choć trzeba przyznać, że w metalu takich riffów mamy z dwa tysiące), czyli od Procreation (of the Wicked), zakończyli monumentalnym i przygniatającym The Prolonging. W międzyczasie dostarczyli sporo radości miłośnikom najstarszych wydawnictw Celtic Frost, bo oprócz wspomnianego otwieracza, popłynęły także Dethroned Emperor oraz Morbid Tales. Rozkochani w kultowym To Mega Therion dostali jedynie Circle of the Tyrants, o którym Tom powiedział, że to jeden z mniej znanych utworów. Widać więc, że był w dobrym humorze, skoro pozwalał sobie na takie niewybredne żarty. Ten świetny nastrój udzielił mu się dopiero z czasem, bo z początku, jak zwykle zresztą, wydawał się onieśmielony przyjęciem i nieustannym skandowaniem nazwy jego zespołu. Warrior w pewnym momencie powiedział także: “Kiedy byłem młody, wydaliśmy z Celtic Frost album Monotheist” – po czym uderzyli z Ain Elohim. Dla mnie to był wyjątkowy moment. Kocham wspomnianą płytę, chciałbym usłyszeć ją na żywo w całości, a dotychczas Tom traktował ją po macoszemu. Dość powiedzieć, że kiedy Celtic Frost grali w Katowicach dziesięć lat temu, zaprezentowali z Monotheist tylko jeden utwór. Triptykon po te numery czasem sięgał, od czasu do czasu były prezentowane Synagoga Satanae czy Obscured, ale mam nadzieję, że w przyszłości będzie to regułą, nie wyjątkiem.

Oprócz wspomnianych klasyków z przeszłości, drugą połowę setu stanowiły kompozycje własne. Najsłabiej wypadła Goetia, tu trochę się muzycy posypali, szczególnie we wstępie do tego numeru. Najpiękniejszy moment występu stanowiła Aurorae, dziwię się więc, dlaczego prezentują ją tak rzadko. Z Melana Chasmata usłyszeliśmy oczywistości – Altar of Deceit oraz Tree of Suffocating Souls, i jak zawsze zabiły. O The Prolonging już wspominałem, dodam jedynie, że nie wyobrażam sobie lepszego zwieńczenia ich występu. Ten dwudziestominutowy utwór po prostu zapiera dech w piersiach. Jeździłbym na koncerty Triptykon, nawet gdyby grali tylko ten numer.

Piotr:
Tak, w pełni się pod powyższym podpisuję. Początek koncertu to był mocny strzał, co było widać po publice, która rozpętała małe piekło pod sceną. A końcówka? No ja się do tej pory próbuję pozbierać. Niewyobrażalny ciężar połączony z melancholią i pokładami smutku.

Marta:
Mówi się: “do trzech razy sztuka“. W moim przypadku tak właśnie było z Triptykon. Po dwóch przepuszczonych okazjach zobaczenia koncertu, tym razem nie było w ogóle takiej opcji, aby powtórzyć ten błąd. Tego wieczoru to na występ Szwajcarów czekałam najbardziej. Ciężar ich muzyki z płyt przeniesiony na żywo jest niemal nie do opisania. Riffy miażdżyły niczym walec. Apogeum był kończący koncert The Prolonging, który wprost wgniótł w ziemię swoją posuwistością i monolitycznością. Punktem kulminacyjnym okazał się utwór Aurorae, który wywarł na mnie niesamowite wrażenie. Miło było także usłyszeć kawałki z repertuaru Celtic Frost, między innymi Ain Elohim, czy żywszy Circle of the Tyrants oraz Dethroned Emperor, które nieco bardziej rozruszały tłum pod sceną. Warrior z ekipą nie pozwolił wziąć mi głębszego oddechu wcześniej niż na sali nie wybrzmiały ostatnie dźwięki ich setlisty, ale jeszcze na długo później moje uszy i głowa były “zalane smolistą” twórczością, której wreszcie dane mi było doświadczyć na żywo. 

no images were found

Na koniec nie sposób nie wspomnieć o miejscu koncertu, bowiem lokal (a może raczej hala?) został otwarty niemalże dwa tygodnie przed planowanym gigiem. Centrum Koncertowe A2 ma dość przemysłowy charakter – surowe, betonowe ściany, jak i podtrzymujące konstrukcję całości filary. Klimatem jest dość zbliżony do gdańskiego B90 i jako mieszkaniec Poznania już zazdroszczę Wrocławianom i okolicznym sympatykom muzyki tego miejsca. Należy również napomknąć o dość licznych miejscach siedzących ułożonych w formę loż i dwóch barach umiejscowionych praktycznie po przeciwnej stronie lokalu.
Najważniejszym aspektem CK A2 jest duża scena, która bez problemu pomieści zespoły większego kalibru z szerokim bogactwem scenicznych „gratów”.
Oprawa oświetleniowa. Tutaj będzie niestety bardzo gorzko. Nie wnikam w zamierzenia, czy oprawa była pomysłem ze strony występujących zespołów, czy też światła nie były odpowiednio przygotowane,  ale niestety to była istna tragedia. Po każdym z koncertów słyszałem mnóstwo niecenzuralnych słów pod tym kątem i wcale się nie dziwię. Postacie członków zespołów widoczne były z bliskiej odległości. Zresztą galerie zdjęć mówią same za siebie. Na tym należałoby zakończyć rozprawę. Wieczór był niezapomniany, mimo kilku wpadek i paru technicznych minusów.

Piotr

Piotr

Głównodowodzący KVLTowi, fan undergroundu oraz maniakalny zbieracz płyt CD.
Piotr

Latest posts by Piotr (see all)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .