Zeal & Ardor/ Dopelord – Warszawa (25.04.2017)

Co ostatnimi czasy zaczęło dziać się na pograniczu doomu, sludge’u i (przede wszystkim) stonera, każdy widzi. Ten cały wizerunek diabła z blantem w zębach i wszystko, co z tym można jeść (a w szczególności ścieżka dźwiękowa), stoją od niedawna na dość wysokim poziomie, głównie w kontekście popularności. Jak to jednak zwykle bywa – z jakością jest różnie. No, co tu dużo mówić, spora część nowości, mimo że często satysfakcjonująca, po bardziej refleksyjnym odsłuchu, czy dwóch, zaczyna wiać nudą i powtarzalnością. Tak czy inaczej, jeśli chodzi o rodzimy Dopelord zdania nie zmieniłam jeszcze odkąd usłyszałam po raz pierwszy. Myślę: tak, dobrze, że w tym wszystkim istnieją takie bandy jak Dopelord. Warszawa, 25 kwietnia, Hydrozagadka. Po kilkunastominutowym opóźnieniu (nic strasznego) salę wypełniają pierwsze dźwięki, Navigator ze styczniowego longplaya Children of the Haze. Od razu robi się gęsto, nie tylko pod sceną. Atmosfera, dźwięki – ciężko, nisko, hipnotyzująco. I od początku do końca koncert trzyma równie wysoki poziom. Do tego wszystkiego absolutnie dopracowane wokale, tu szczególny podziw dla Piotra Zina, który obdarzony jest tego rodzaju głosem, którego chce się słuchać na żywo, żeby się przekonać, czy naprawdę można tak dobrze brzmieć. No i można. Nie chcę tu nazywać niczego melodyjnym ani porywającym, ale w środku tego wszystkiego wylądował jeszcze zblazowany hymn, tytułowy utwór z najnowszej płyty i następujący po nim, niemożliwie dobrze wykonany Green Plague, a potem, na koniec, pozwalający rozruszać się tym bardziej statycznym, nieco hiciarski (relatywnie ma się rozumieć) Reptile Sun. I to jest jedna z tych grup, na których powinny uczyć się te wszystkie, którym jeszcze czegoś brakuje. Czterech bezpretensjonalnych młodych facetów, którzy robią kawał dobrej roboty. Owszem, gęsto i ciężko, ale nie nudno. To były dobre okoliczności i dobra, no właśnie, ścieżka dźwiękowa, i do lotu w kosmos i do solidnego przykucia do ziemi. Tak, dobrze, że w tym wszystkim jest też Dopelord.

no images were found


Dobiegł końca monument Preacher Electrick, a wraz z nim koncert Dopelord, ale atmosfera bynajmniej nie uległa rozprężeniu. Podczas gdy jedni postanowili odetchnąć przy piwie, inni zaczęli tłoczyć się pod sceną w oczekiwaniu na kolejny występ. No, w końcu impreza wyprzedana. I tu nie sposób było oprzeć się wrażeniu, że daje się we znaki rozbieżność gatunkowa, a w Hydrozagadce zgromadziły się właściwie dwie publiczności.
Chwila na zmianę sprzętu, częstotliwość trąceń obcymi łokciami wzrasta, słychać głosy zniecierpliwienia i w końcu maraton wnoszenia i znoszenia się kończy, zaczyna się koncert i w tym momencie czas właściwie przestaje się liczyć. W trakcie koncertu kilkukrotnie przyspiesza i zwalnia. Wszystko dzieje się za sprawą wyśmienitego spektaklu, jaki zaserwował warszawskiej publiczności występ Zeal & Ardor. Wszystko dopracowane i przemyślane, od ustawienia muzyków na scenie, po doskonałą grę świateł. Owszem, można było usłyszeć głosy, że kompozycje Manuela Gagneuxa to przypadkowy patchwork i że to właśnie iluminacja odwaliła połowę roboty. Po pierwsze – ale jakiej roboty! Nawet jeśli brzmieniem Manuel nie przypadł do gustu tym, którzy do Hydrozagadki wybrali się na stonerowy seans, nie sposób zaprzeczyć, że występ wizualnie wypadł niesamowicie dobrze. Ja wiem, że na koncerty chodzi się, żeby słuchać, a nie oglądać, ale (szczególnie, jeśli chodzi o Hydrozagadkę) to zawsze miłe zaskoczenie, jeśli oświetlenie odbiega od tak zwanego standardu. Zagadkowe wygaszenia przeplatane stroboskopowym szaleństwem w absolutnie piekielnym wydaniu, do tego lite czerwień i zieleń dostosowane do wybrzmiewających wokali. Z jednej strony demoniczne echa, z drugiej południowe, soulowe melodie. Black metal i blues przez godzinę w zmiennych proporcjach – raz generyczne, twarde i szybkie partie, to znów wpadające w ucho, niekiedy i chóralne partie w południowym klimacie. Trochę Skandynawii, trochę Luizjany. Mi podeszło, ale rozumiem też głosy sprzeciwu.
 Manuel wraz z szeregiem muzyków studyjnych współpracujących w projekcie Zeal & Ardor musieli dać z siebie wszystko. I to z nieskrywaną radością, i to b y ł o  w i d a ć. W po brzegi wypełnionej Hydrozagadce interakcja między sceną a tłumem (bo tak to należałoby nazwać) wywiązała się dość szybko i w najlepsze rozwijała się do ostatnich dźwięków singla Devil is fineManuel, który pierwsze wrażenie zrobił raczej chłodne (a może bardziej- tajemnicze) po kilku chwilach zaczął błyszczeć oczami. Z ręką na sercu mówię – dawno nie widziałam, żeby ktoś był aż tak zaskoczony a ż t a k ciepłym przyjęciem (a to był ich pierwszy koncert w Polsce!). Ogromny plus za setlistę dwa razy dłuższą niż płyta i za podarowanie sobie interludiów Sacrilegium.
Po wszystkim w głowie dźwięczała mi jedna myśl- kto mógł, a się nie wybrał, niech zdecydowanie żałuje, bo obawiam się, że świeżość i polot muzyki Zeal & Ardor może się dość prędko przeterminować, a drugiego takiego przecież jeszcze nie ma.

no images were found


Autorką zdjęć jest Wiktoria Wójcik

Tagi: , , , , , , , , , , .