Zeal & Ardor, NYOS – Warszawa (18.11.2018)

Dla niektórych Zeal & Ardor jest projektem, który swoją rosnącą popularność zawdzięcza głównie kontrowersyjnej formie. W końcu o ile mariaż black metalu z post-rockiem w wykonaniu chociażby takiego Deafheaven można jakoś zrozumieć, o tyle wrzucenie do miksu bluesa i gospelu brzmi naprawdę szaleńczo. A przecież jeśli spojrzeć na to od innej strony i przyjąć, że black metal jest w swojej istocie muzyką walki, oporu i burzenia schematów, to jak najbardziej ma to sens. Manuel Gagneux zastanowił się co by było, gdyby zniewoleni Afroamerykanie zamiast w kierunku Świętej Panienki, zwrócili się w zupełnie inną stronę w poszukiwaniu sił do walki. O ile w przypadku Devil is Fine uważałem że cała ta koncepcja to nieco przerost formy nad treścią, o tyle Stranger Fruit pochłonął mnie niemal całkowicie. Natomiast koncert w Proximie jeszcze tylko umocnił mnie w przekonaniu, że Zeal & Ardor to coś więcej niż tylko kolejny dziwny projekt mający na celu chwilowe zaciekawienie znudzonej części metalowej sceny.

W ramach supportu wystąpił instrumentalny fiński duet NYOS. Transowe, dość oszczędne, ale całkiem konkretne łojenie na gitarę i bębny gdzieś tam ocierające się o Russian Circles. Porwany przez twórczość Finów nie zostałem, ale jako rozgrzewki przed główną atrakcją słuchało się tego całkiem nieźle.

Zeal & Ardor rozpoczął punktualnie o 21.00. kiedy Gagneux wmaszerował na scenę z piątką swoich towarzyszy. Skład spory, bo oprócz ekspresywnego gitarzysty i stoickiej basistki, dwóch Panów w ekipie odpowiedzialnych było wyłącznie za chórki. Oczywiście zagrali prawie wszystko, jednak setlista było nieco przemieszana. Co ciekawe, nie miało to żadnego wpływu na reakcje publiczności, bo niemal każdy utwór był przyjmowany jak największy hicior. Już pierwsze dźwięki Come on Down z Devil Is Fine wywołały ogromny entuzjazm, ale gdy chwilę potem zabrzmiało bujające i chwytliwe Row, Row ze Stranger Fruit, to autentycznie widać było, jak zgromadzeni w Proximie ludzie czują tę muzykę. Warto też dodać że kompozycje z Devil is Fine moim zdaniem ogromnie zyskują przy wykonywaniu na żywo, kiedy są bardziej treściwe i pełne mocy.

Najważniejsze jednak, to że koncertowa forma Zeal & Ardor to czysta poezja. Gagneux jest niesamowitym wokalistą, co udowadniał praktycznie przez cały koncert. Wykonane pod koniec The Gravedigger’s Chant i Built on Ashes były absolutnie moimi ulubionymi momentami koncertu, w dużej mierze właśnie dzięki doskonałemu występowi Manuela. Gość będąc przez ponad godzinę na najwyższych obrotach śpiewał z pełną mocą i bez śladu fałszu i widać było że dosłownie wypruwa z siebie na scenie żyły. Towarzyszący mu chórek dopełniał tutaj elegancko dzieła zniszczenia, tworząc jednocześnie klimat raczej niespotykany na tego typu koncertach. Co równie ważne, pod względem nagłośnienia właściwie nie mam się do czego przyczepić, wszystko od czystych wokali po growle wybrzmiewało jak powinno.

Gagneux należy chyba do muzyków, którzy wychodzą z całkiem słusznego założenia, że muzyk ma grać, a nie gadać, więc konferansjerki w zasadzie nie było. Tym niemniej widać było, że przyjęcie jakie ekipa dostała w Proximie, rozmiękczyło gościa zupełnie i podczas bisu wyglądał jakby nie był do końca pewny, czy mu się to wszystko nie śni. Naprawdę, aż miło było patrzeć jak złowrogie Don’t You Dare wykonał z uśmiechem od ucha do ucha. Potem już tylko odśpiewane chóralnie przez wszystkich Devil is Fine i na zakończenie potężny Baphomet, brzmiący na żywo absolutnie obłędnie.

Może i faktycznie jest tak, jak twierdzą niektórzy, że Zeal & Ardor to sprytnie wykalkulowany projekt. Ale po tym koncercie, poważnie w to wątpię. Jak dla mnie ten ogień parzy naprawdę.

Tagi: , , , , , , , .