Dreadnought: “Death metal, alkohol i inne używki”

Lubimy rumor, który za nami idzie, więc nie po słowach, a po czynach go poznacie. Mamy od długiego czasu dopięta łatkę „skandalu”, chociaż nic w nas wyjątkowego, po prostu nie mamy miękkich przyrodzeń” – pancerny Dreadnought przygotowuje się do wydania płyty The Light Shalt Be Ungiven. W dniu premiery zespół organizuje specjalny minifestiwal. Więcej o samej płycie, tym wydarzeniu oraz samym Dreadnought opowiadają Łukasz, Michał, Maciej i Oskar.

Byliście kiedykolwiek na prawdziwym, wojskowym okręcie pancernym? Utożsamiacie z takowym swój zespół, bo?

Łukasz: Nikt z nas nie służył w marynarce, a sprawa jest trochę cięższa, niż wydawać by się mogło, cywile nie mają wstępu na pokład, chyba że w jakimś skansenie, kiedy mamy do czynienia z jednostką wyłączoną z użytku. Gdy pracowałem na stoczni, miałem okazję widzieć z bliska jedną z naszych koronnych jednostek, ale nie oszukujmy się – potężnej floty nie posiadamy. Pancerniki są fajne, zrewolucjonizowały pojęcie bitew morskich w okresie I WŚ, a na szczególną uwagę zasługują te pod brytyjską banderą. Tak dobrze się składa, że tutaj wszystko sprowadza się do Bolt Throwera, na którego punkcie mamy jobla. Klimat Warhammera 40k (do którego odwołuje się wcześniej wspomniana formacja) niesie ze sobą właśnie śmiercionośne maszyny pod wdzięczną nazwą Dreadnought. Taka ma być właśnie ta kapela, jeżeli pociski z dział nie trafią celu, to w zwarciu odrąbie kończyny piłą mechaniczną.

Jak wygląda historia Dreadnought?

Łukasz: To całkiem rozległe pytanie, można by tu płomiennie rozpisywać się o roku założenia, miliardzie rotacji, „wkładzie” każdego, ale w tym wypadku będzie troszeczkę inaczej. Fundament jest najważniejszym elementem budowli, ale szalunki się zdejmuje i konstrukcję stawia się dalej. Zresztą do tego, jak powstały piramidy rzekomo jeszcze nie doszli, więc skupimy się na tym, co jest w środku. Lubimy rumor, który za nami idzie, więc nie po słowach, a po czynach go poznacie. Mamy od długiego czasu dopięta łatkę „skandalu”, chociaż nic w nas wyjątkowego, po prostu nie mamy miękkich przyrodzeń.

Za kamień milowy, od którego zaczynamy liczyć aktualną i rzeczywista historię obieramy sobie moment, kiedy zaczął grać z nami Michał Bławat „garujący” wcześniej w gdańskim Repulsorze. Stworzyliśmy wtedy power trio, rzeźbiliśmy małymi krokami materiał i zagraliśmy dość osobliwy koncert na wsi pod Szczecinem w towarzystwie traktorów. Nie wiem, czy był to efekt substancji odurzających, czy uderzyła nas prawdziwa twarz surrealizmu, ale zdaliśmy sobie wtedy sprawę, że trzeba coś z tym fantem zrobić. Szczególnie z paprykarzem szczecińskim w aucie. Dołączył do nas Maciek, z którym znam się od podstawówki i zaczęliśmy razem kręcić duże lody. Nagrywając razem materiał na pełnograja. Myślę, że w tym momencie urwę myśl, bo fajnie będzie wrócić do tego pytania za pół roku.

Wszystkie armaty Dreadnought zostaną odpalone 20 kwietnia przy okazji premiery płyty The Light Shalt Be Ungiven. Jak będzie wyglądał sam dzień premiery, bo zdaje się przygotowujecie specjalny koncert?

Michał: Tak, będzie to duże wydarzenie w formie minifestiwalu. Łącznie zagra siedem kapel, dwaj uznani goście z Niemiec, dwa dobrze zapowiadające się zespoły stąd, ekipa ze Śląska oraz my i dawno nie widziany gość, powstający z popiołów gdański Repulsor, w którym będę miał przyjemność zagrać po ponad dwuletniej przerwie. Myślą przewodnią będzie oczywiście wydanie naszej płyty, ale chcieliśmy zrobić to z należną pompą, stąd koncepcja minifestu w dużym znanym klubie w centrum miasta. Dominować będzie każda forma ekstremy, od thrashu, przez death, po black. Jeśli chodzi o muzykę metalową, będzie to jedno z większych wydarzeń tego roku nad Bałtykiem.

The Light Shalt Be Ungiven to Wasz pierwszy pełny krążek. Jak długo pracowaliście nad tą płytą i czy jest ona kontynuacją drogi obranej na poprzednich, mniejszych wydawnictwach, czyli Domination of the Void oraz The Day of Extermination?

Michał: Praca nad materiałem rozpoczęła się niedługo po moim przyjściu do zespołu, to znaczy na początku 2017 roku. Od początku obraliśmy sobie raczej luźną formę tworzenia; bez narzucania czegokolwiek, stworzyliśmy wszystko, jammując sobie w przyjacielskiej atmosferze z przerwami na alkohol, papierosy oraz inne używki. Od początku było jasne, że będzie to zupełnie nowa jakość; chcieliśmy, żeby numery były długie, by uderzały raczej w klimat niż technikę, by opowiadały pewną historię. Naszym celem było wylać na tym albumie tkwiące w nas, a tak istotne w muzyce deathmetalowej smutki, cierpienia i troski. Owocem jest niemal godzinny materiał, inspirowany starą szkołą deathu, death’n’rolla i atmosferą spod znaku post-rocka czy post-metalu.

Nowy album ma być niemal concept albumem. Na jakieś osi muzyczo-tekstowo-fabularnej go oparliście?

Oskar: Nie niemal, a jest! Relacja między muzyką, a tekstami polega na tym, że tworzą wspólny obraz fabularny. Teksty opowiadają historię, a muzyka uwydatnia emocje, nakreśla je i odzwierciedla to, co oczami wyobraźni powinien widzieć odbiorca – pełen, czytelny świat przedstawiony. The Light Shalt Be Ungiven to jeden wielki liryczny wybryk budowany na kanwie poematów z późnego romantyzmu, jedynie leciutko nacechowany mistycyzmem i egzotyką, a w lwiej części oblany demonizmem (nie w postaci kultu, ale tworzenia bytów jeszcze bardziej paskudnych i osobliwych niż przyjęło nam się normalnie rozumieć i pojmować) z nihilizmem ze szkoły dekadentyzmu.
Cała akcja utworu dzieje się w zaświatach pełnych mroku, ciemności i zapomnienia. Jedynymi postaciami w utworze są postacie duchowe i demoniczne, ogólnie – eteryczne. Świat przedstawiony w tekstach jest, mówiąc w skrócie indywidualnym piekłem artysty. Nie chcę przedstawiać całej fabuły, ponieważ mija się to z celem atoli przedstawię początkowy zarys fabularny:  Jedna z istot zamknięta w ciemnościach przez wieki pełniąca znienawidzony cel ma zamiar uwolnić się z okowów świata, w którym została zamknięta i powrócić do własnego w celu nakarmienia głodu zemsty, który ją trawi. W tym celu musi zawrzeć pakt z bóstwem panującym w świecie, w którym się znajduje oraz dokonać olbrzymiego poświęcenia, ponieważ wszystko ma swoją cenę.

Znamy już okładkę The Light Shalt Be Ungiven. Kto jest jej autorem?

Łukasz: Autorem okładki jest artysta z Czech, Vojtěch Doubek znany szerzej pod pseudonimem „Moonroot”. Mamy nadzieję, że w niedługiej przyszłości będziemy się mogli pochwalić jeszcze paroma niuansami graficznymi.

Zapewne album będzie można kupić na koncercie 20 kwietnia. Gdzie jeszcze?

Maciej: Jak najbardziej, dodatkowo wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że album będzie dostępny na jeszcze innym fizycznym nośniku niż CD. Poza tym wersja cyfrowa będzie dostępna na Bandcampie, a w momencie kiedy pada pytanie nt. dostępności fizycznej kopii, to takie zamówienie będzie można złożyć bezpośrednio przez wiadomość prywatną.

Jak wyglądają plany Dreadnought na 2019 rok?

Maciej: W tym momencie szykujemy się do boju, który rozpocznie całą serię podbojów. W planach oprócz znaczących miast Polski pojawią się lokalizacje zagraniczne, w tym momencie na cel obrany jest zachód Europy, ale nasze oczy są skierowane również w przeciwną stronę. Oczywiście nie skupimy się tylko i wyłącznie na koncertowaniu, jesteśmy mocno zmotywowani do pisania kolejnego materiału, ale owego nie wypada przechwalać przed premierą aktualnego!

 

Tagi: , , , .