Deivos: “Na modę nie ma rady”

Nazwy Deivos nikomu w Polsce raczej nie trzeba przedstawiać, jeśli jednak komuś coś umknęło, to szybko należy ten stan rzeczy zmienić. Formacja od końcówki lat 90. niezmiennie regularnie wydaje albumy reprezentujące wysoki poziom muzyki death metalowej. W związku z wydaniem szóstego krążka noszącego tytuł Casus Belli zapraszam do wywiadu z wokalistą zespołu Hubertem, z którym porozmawialiśmy o przeszłości i przyszłości, zahaczając o czasy współczesne.


Tytuł nowej płyty brzmi Casus Belli, co oznacza „wypowiadać wojnę”, czy tak? A więc komu i dlaczego zespół Deivos ją wypowiada?

Czołem. Dokładnie to oznacza „przyczynek do wojny”, co robi różnicę. Wspomniana wojna nie jest wypowiedziana przez nas jako zespół, bardziej przez nas jako gatunek ludzki. Teksty na nowej płycie traktują o różnych rzeczach, ale tytuł je spina w całość. W ogólnym zarysie ma oznaczać destruktywną działalność człowieka wobec wszystkich i wszystkiego, co go otacza, nie zważając na konsekwencje, acz nie jest to płyta o wydźwięku ekologicznym. Najprawdopodobniej nie skończy się to dla nas dobrze, perspektywy są dość ponure, a na horyzoncie majaczy cień gorzkiego końca. Odsyłam do tekstów we wkładce, tam jest wszystko wyjaśnione.

Płytę nagrywaliście w wielu lokalizacjach. Co było przyczyną takiego posunięcia?

Płyta była nagrana na raty w studio ZED (gitary i wokal), w studio Roslyn (perka) i w domu (bas, solówki). Wynikło to zarówno ze w względów logistycznych, Roslyn jest bliżej nas niż ZED, jak i ze względów brzmieniowych, Wizunowi (Krzysztof Saran) bardziej siedzi brzmienie Roslyn. Sola za każdym razem są nagrywane w domu, a bas po raz pierwszy, ale i tak później był reampowany w ZEDzie. Ogólnie rzecz ujmując, chodziło też o naszą wygodę, wycieczka do studia to jest jednak konieczność rezerwacji czasu czy wzięcia urlopu w pracy. Na koniec i tak całość została poddana miksowi i masteringowi w ZEDzie. Myślę, że wyszło gites.

Nowa płyta to już szósta w kolejności w Waszej dyskografii, taka cyfra to nie przelewki. Czy odczuwacie odpowiedzialność z zajmowanej obecnie przez zespół poważnej pozycji na scenie w Polsce czy może nawet na świecie?

Sześć płyt minęło jak jeden dzień. Nie poczuwamy się do żadnej odpowiedzialności, jesteśmy muzycznymi lekkoduchami i nie myślimy za bardzo o przeszłości. Liczy się to, co jest teraz, nowa płyta i perspektywa nowych koncertów. Z tą pozycją w Polsce i na świecie to bym też nie przesadzał, egzystujemy raczej w drugim jak nie trzecim obiegu. Jak możesz zauważyć, nie istniejemy na przykład dla organizatorów festiwalów w Polsce, a co tam o świecie mówić. Czy to dobrze, czy źle, to zależy jak patrzeć. Można było zrobić kilka rzeczy lepiej lub inaczej, ale było – minęło. Otwieramy kolejny rozdział i zobaczymy co się wydarzy.

Pogadajmy więc o technice. Gdybyście musieli wybrać pomiędzy precyzją a brutalnością grania – na co by padło?

Precyzyjną brutalność, ha! No ja przynajmniej brutalność lubię i doceniam trochę wyżej niż technikę, ale koledzy gitarzyści mogą się ze mną nie zgodzić. Pokochałem death metal właśnie za to, tego szukałem w muzyce od młodzieńczych lat, żeby waliła młotem w ryj. No i mam to, co lubię, i fajnie. Reszta może się powygłupiać na gryfie do woli. Oczywiście nie chciałbym popadać w skrajności i grać tak brutalnie jak się da kosztem techniki czy generalnie tzw. piosenkowości, ważne jest, żeby całość nie przypominała jednego 40-minutowego numeru pociętego na części.

Nagraliście kolejną bezlitosną i w dużym stopniu nastawioną na prędkość płytę. Nurtuje mnie bardzo kwestia, co jest takiego w wolnych tempach, że tak bardzo ich unikacie i czy istnieje możliwość nagrania przez Was albumu pozbawionego blastów?

Gdy się człowiek śpieszy, to się diabeł cieszy, więc nie ma opcji żeby nie było blastów. Nie zgodziłbym się z tym, że nie ma zwolnień, bo cała płyta jest nimi przeplatana tu i ówdzie, zresztą w mniejszym lub większym stopniu jest tak już od kilku nagrań. W ogóle to mając Wizuna za garami, za wolno grać się nie da, bo chłopak usypia. Poza tym tak nam po prostu pasuje, death metal ma napierdalać, toteż napierdalamy. Jedni wolą wolno, a my lubimy szybko.

Od kiedy pamiętam jednym z charakterystycznych elementów muzyki Deivos jest użycie przez perkusistę cowbella (czyli instrumentu perkusyjnego przypominającego dźwięk dzwonka mocowanego na szyi krowom). Pamiętacie moment, gdy pojawił się on po raz pierwszy w utworze zespołu i w jaki sposób stał się stałą składową Waszego stylu?

Nie pamiętam tego, bo nie było mnie jeszcze w składzie. Za to powiem Ci, że o ile jakoś w Deivos krowi dzwonek stał się charakterystycznym elementem, to nie my go użyliśmy w tej odmianie muzyki popularnej jako pierwsi, bo już wcześniej Wizun w cowbella namiętnie nataraniał chociażby w Parricide, a wziął to chyba od ich wcześniejszego pałkera Juji. Obecnie Wizun przemyca te pastewne inspiracje, także grając w Straight Hate. Mógłbym w sumie powiedzieć, że to sprytna szydera z baranków bożych, ale kto to łyknie?

Niedawno natrafiłem na wypowiedź Davida Ingrama (Benediction), iż techniczny death metal to bezduszna młócka, z kolei Karl Sanders (Nile) w jednym z wywiadów stwierdził, że old schoolowe kapele stoją w miejscu. Jak Wy zapatrujecie się na to zagadnienie?

To ciekawe co mówisz, bo mam wrażenie, że gramy wypadkową tych dwóch stylów, co by tłumaczyło dlaczego nasza kariera jest tak bezdusznie wolna. Myślę, że takie ferowanie wyroków „co jest cool, a co nie” w stosunku do całego nurtu nie ma większego sensu, bo to kwestia gustu, nic innego. Oczywiście, że są kapele, gdzie technika uber alles, no i płyta przelatuje jak japońskie metro z milionem stacji po drodze, ale żadnej nie jesteś w stanie odróżnić. Staro-szkolne kapele może i stoją w miejscu, i często grają na sentymencie do czasów minionych, ale nie każdy chce wymyślać koło na nowo. W sumie po trosze też tak mamy, wystarczy nam granie death metalu bez jakichś rewolucji. Sam Nile zresztą swoim Amongst the catacombs of Nephren-Ka swego czasu odświeżył formułę, ale też nie słyszę, żeby od tamtej pory jakoś dużo zmienili w specyfice swojego stylu.

Od wydania Waszego pierwszego demo Praised by Generations w tym roku mija dwadzieścia lat. Jak oceniacie realia istnienia na polskiej scenie na początku kariery i teraz?

No zmieniło się bardzo dużo. W międzyczasie mieliśmy rewolucję cyfrową, odejście od kaset na rzecz CD, potem odejście od CD na rzecz Mp3, teraz znowuż wszystko jest dostępne na platformach streamingowych, za to coraz więcej kapel wydaje kasety. Zmianie uległo podejście samych słuchaczy tego gatunku czy metalu jako takiego. Raczej za wiele osób nie wymienia się muzyką, no chyba, że przesyłając kumplowi linka do jakiejś płyty. Co istotne, technika poszła do przodu, nie potrzebujesz już na dobrą sprawę całego studia, żeby nagrać płytę, i przy odrobinie pracy zrobisz wszystko w domu. W związku z powyższym jest cała masa kapel i projektów, i nikt już nie jest w stanie tego skonsumować, żeby być na bieżąco. Przez to w takim gąszczu łatwo przegapić coś wartościowego.
Na tej scenie jak zauważyłeś jesteśmy już dość długo i bez większych przerw, więc trudno ocenić ją samą, nie mając niejako perspektywy z boku. Można snuć teorie, że „ło panie, kiedyś to była scena, tera to nie ma sceny”, ale ile w tym prawdy, a ile wspomnień własnych młodszych lat, gdzie już nawet z racji wieku podchodziło się do tematu bardziej emocjonalnie. Podsumowując, nie do końca za tymi realiami momentami nadążamy, może dlatego jesteśmy w tym miejscu – w którym jesteśmy.

Jesteście zespołem, który wydał część dyskografii poza granicami kraju. Zagraniczny kontrakt to błogosławieństwo czy przekleństwo dla polskiej kapeli?

Wszystko ma swoje dobre i złe strony, i tu nie ma wyjątku. Z perspektywy czasu oceniam, że kontrakt z Unique Leader to był dobry pomysł, kapela zaistniała w świadomości globalnej, co procentuje do tej pory, bo sporo zamówień na nową płytę przychodzi z zza oceanu, ale nie tylko. Problemem była tylko dystrybucja na Polskę, no i bariera odległości i języka zrobiła swoje. Niemniej to było dla nas ważne i cenne doświadczenie. Obecnie mamy większą kontrolę nad każdym etapem wydania i promocji płyty, i dobrze się nam współpracuje z Selfmadegod.

W ostatnim czasie doszedłem do smutnego wniosku, że niegdyś najmocniejsza odmiana polskiej sceny jaką jest death metal lekko została wyparta do podziemia na rzecz innych gatunków. Zgodzicie się z moimi przemyśleniami?

Death metal zawsze był w podziemiu, więc nigdzie nie wrócił. Na mody nie ma rady, możesz się do nich dostosować albo robić swoje. Wybieramy to drugie.
Rzeczywiście polski death metal nie jest już chyba tak silny jak niegdyś, sporo kapel już przestało grać, ale szczerze powiedziawszy w okresie jego prosperowania nie bardzo za nim przepadałem, zawsze wolałem amerykańską szkołę, zwłaszcza w momencie, gdy co druga kapela nagrywała w studio Selani i brzmiała tak samo. Także nie tęsknię do tych czasów, a z drugiej strony żal takich kapel jak Devilyn, Yattering czy Dissenter.

 

Brzeźnicki
Latest posts by Brzeźnicki (see all)

Tagi: , , , , , , .