Devilish Impressions: “Metalowców jest dziś mniej niż kilkanaście lat temu”

Pierwotnie myślałem, że wywiad ten ukaże się najpóźniej pod koniec 2016 roku, jednak ze względu na długi czas oczekiwania (od zakończenia prac w studiu) na premierę  The I (recenzja) musieliśmy trochę poczekać. Jesienią bieżącego roku niemiecka wytwórnia Lifeforce Records wydała czwarty album zespołu Devilish Impressions na CD i winylu. W moim odczuciu jest to najlepsze wydawnictwo Quazarre‘a i spółki. Nie pozostało mi nic innego jak przeprowadzić z Przemkiem rozmowę i zapytać o kilka kwestii, nie tylko związanych z nową płytą, ale i o przeszłości. Serdecznie zapraszam do wywiadu “rzeka” z endorserem Kameckiego, wokalistą Asgaard oraz wokalistą i gitarzystą formacji Devilish ImpressionsPrzemysławem Olbrytem.

Interview in English (PDF file)



Nie jesteś debiutantem, można by powiedzieć, że z niejednego pieca jadłeś chleb. Najpierw Asgaard, poźniej Devilish Impressions… Czy po tylu latach grania nie masz dość? Nie czujesz się wypalony? Czy może masz jakiś patent na twórczą długowieczność?

Nie mam… Dopóki wciąż coś tam w głębi mnie płonie dopóty tworzyć będę, czy pod takim, czy innym szyldem.

Uważasz się za muzyka spełnionego? Pytam bo odnoszę wrażenie, że coś ciągle hamuje Devilish Impressions i nie pozwala mu być w jednym szeregu z najbardziej znanymi polskimi kapelami ze sceny ekstremalnego metalu.

Poczucie bycia spełnionym oznaczałoby zapewne kres dalszych poszukiwań. Ja natomiast wciąż czuję, ze mam jeszcze sporo do powiedzenia. Nadal chcę tworzyć, pisać, poruszać za sprawą własnej twórczości tematy, jakich do tej pory nie dotykałem. Nie jest jednocześnie moją ambicją stawać w szranki z innymi. Muzyka to nie sport, to nie konkurencja, w której możesz być gorszy lub lepszy od innych… Kreując pewien świat za sprawą takich czy innych słów i dźwięków zaspokajam przede wszystkim potrzeby własne. Oczywiście, budująca jest świadomość, że mimowolnie znajdujemy pewną grupę odbiorców, dla których ten świat staje się bliski, jednak nie mamy przecież wpływu na to, czy grupę tą będą stanowić setki, tysiące czy miliony.

Tak się zastanawiam, pewnie część naszych czytelników również, czy dla zespołu nie jest problematyczne fakt, że Icanraz mieszka w Białymstoku, BP w Finlandii a ty w Opolu. Jak sobie w ogóle z tym radzicie? To dlatego tak rzadko można was oglądać na scenie?

Od samego początku funkcjonowaliśmy w takiej właśnie rozsypce i w pewien sposób miało i ma to przełożenie miedzy innymi na naszą aktywność sceniczną. Niewątpliwie łatwiej jest zagrać lokalny gig zbierając do kupy towarzystwo mieszkające niedaleko od siebie. W naszym przypadku w grę wchodzą raczej dłuższe lub zwyczajnie bardziej opłacalne wyjazdy.

Poruszmy kwestię BP (Ben Pakarinen, gitarzysta i wokalista Coprolith). Co zadecydowało, że zasilił on szeregi DI?

Bena poznaliśmy podczas ‘Adventvs Tour 2014’, na której to Coprolith otwierał koncerty Devilish Impressions. Na pewnym etapie naszej działalności inicjatywa współpracy, która to zresztą wyszła od bezpośrednio zainteresowanego, brzmiała nad wyraz interesująco. Jak się jednak okazało, wspólnie udało nam się zagrać tylko jedną trasę. Tak, nie ogłaszaliśmy tego nigdzie oficjalnie, jednak BP nie ma w składzie Devilish Impressions już od ponad roku.

To kto w takim razie pełni (pełniłby) rolę drugiego gitarzysty i basisty w przypadku koncertów?

Na szczęście za każdym razem gdy stajemy w obliczu konieczności przetasowań w składzie dość szybko znajdujemy muzyków gotowych objąć rzeczone funkcje w zespole. Oficjalny line-up Devilish Impressions ujawnimy w swoim czasie.

Czy nie łatwiej, lepiej dla zespołu byłoby znaleźć osoby do grania zdecydowanie bliżej Opola? Na przykład ktoś z wrocławskiej sceny.

Z wrocławskiej sceny powiadasz? Swego czasu mieliśmy w szeregach mieszkającego we Wrocku Domina z Lost Soul. To niezwykle utalentowany gitarzysta, który w dłuższej perspektywie z pewnością mógłby do zespołu wnieść sporo dobrego. Zagrał z nami dużą trasę w krajach Bałtyckich, Rosji i Europie Wschodniej oraz kilka festiwali. Z pewnych jednak względów nie przypieczętowaliśmy naszej współpracy. Obecnie ciosa w Hate i… życzymy mu jak najlepiej, przy okazji zaś z chęcią wychylimy browara, albo ze dwa, hehehe.

A co z Vraathem jeśli mogę spytać? Jest szansa na jego powrót? Muszę przyznać, że się totalnie wpasował w zespół i jego współpraca wokalna z Tobą zgrywała się bezbłędnie.

Też tak sądzę. Konglomerat osobowości składających się na DI z Vraath’em w szeregach uważam za jedną z najwspanialszych rzeczy, jakie przytrafiły się temu zespołowi.

Podbiję pytanie. Czy są szansę aby Vraath wrócił do składu? W ogóle czy któryś z przeszłych muzyków ma “zamkniętą drogę powrotu” czy rozstania z zespołem zawsze odbywały się w przyjacielskiej atmosferze?

Chciałbym wierzyć, że większość muzyków, jaka przetoczyła się przez skład Devilish Impressions miło wspomina wspólnie spędzony czas: wszystkie wyjazdy, próby, wizyty w studio, koncerty, momenty największych uniesień, jak i te, w których zdawało się, że gorzej już być nie może, wspólne imprezy, zdarzenia dosłownie ocierające się o szaleństwo, czasem wyjątkowo wręcz durne, totalnie niebezpieczne, spotkania z ludźmi, niezliczone do białego rana rozmowy na tematy mniej lub bardziej ważne, mordercze kace, poczucie wspólnej misji, braterską jedność itd. Niestety, czasami dochodzą nas słuchy, że ktoś, mimo pozornie poprawnych – że tak to ujmę – stosunków, przy różnych okazjach robi nam koło dupy. Cóż, życie… Ci, którzy mieliby drogę otwartą doskonale o tym wiedzą, podobnie jak o braku takiej możliwości doskonale wiedzą ci, których w tym zespole za chuja nie chcielibyśmy już widzieć nigdy więcej.

Pamiętam wasz koncert w Bielsku-Białej podczas trasy koncertowej promującej EPkę Adventvs i tą słabą frekwencję. Czy wychodząc na scenę i widząc zaledwie garstkę fanów – irytuje Cię to czy masz to gdzieś i robisz swoje – robiąc show tak samo jakby na koncercie było 100-200 osób?

Wiesz co? W różnych okresach istnienia i popularności zespołu zdarzało nam się grywać zarówno dla 50, jak i dla 500 lub większej ilości osób. Nie mówię tutaj o festach, tylko o sztukach z DI w roli headlinera. Naszą dewizą zawsze było, jest i będzie grać tak, jakby to był koncert dla 50 tysięcy. Na pełnej kurwie! Być może naiwnie wierzymy w to, że czasem pośród garstki osób znajdzie się choćby ta jedna, która po obejrzeniu naszego występu zostanie z nami już na zawsze.

To może być frustrujące, ale może znasz przyczyny takiego stanu rzeczy? Dlaczego tak mało ludzi chodzi w dzisiejszych czasach na koncerty?

Nie wiem czy mało. To przecież zależy od popularności zespołu. Behemoth czy Mgła zapychają przecież kluby pod korek. Zakładam też, że gdybyś wbił na koncert nieznanej Ci nazwy disco polo lub hip hop klubas również byłby zapełniony po brzegi. Z koncertami mniej znanych grup metalowych natomiast jest tak, że aktualnie jest u nas jak w większości krajów Europy Zachodniej – imprezy te odbywają się cyklicznie i, że pozwolę sobie ująć to w ten sposób, wszyscy widzieli już wszystko. Znamiennym dla czasów dzisiejszych są też w Polsce tzw. ‘weekendówki’. Z perspektywy zespołów, promotorów czy właścicieli klubów inicjatywy najbardziej opłacalne. Dlaczego? Bo w tygodniu wszyscy zajebani robotą i prozą dnia codziennego do tego stopnia, że każdy do tematu podchodzi bardzo wybiórczo. Do tego oczywiście dochodzi czynnik ekonomiczny, zasobności ludzi, którym w obliczu nadmiaru wydatków trudno jest mimo wszystko wybrać się na koncert. Nie stać nas, jak chociażby sąsiadów zza Odry, by wbijać tłumnie i podczas gigu zakupić koszulki, płyty, do tego wypić parę browarów przy barze i następnego dnia z uśmiechem na ustach pójść do tyry i udawać, że jest fajnie. Nie ma co też ukrywać, że metalowców jest dziś zdecydowanie mniej niż miało to miejsce kilkanaście lat temu.

Emocje po Dark Fest już dawno opadły, choć wasza nazwa przejawiała się w kontekście tej imprezy czasami i to nie w pozytywnym tonie. Czy chciałbyś to jakoś skomentować? Czy naprawdę poszło o corpse paint?

A czy nie uważasz, że reakcja publiczności na nasz występ i chęć jego przedłużenia mogła być najlepszą na to zamieszanie odpowiedzią? Nie mówię o tych, co to w domysłach i po myśli ludzi nam nieprzychylnych wyrobili sobie opinię na nasz temat. W razie dalszych wątpliwości – już w momencie naszego wejścia na dechy organizatorzy mieli przeszło trzy godziny obsuwy. Mieliśmy zakontraktowany czas zarówno na soundcheck jak i sam koncert, w czasie tym zmieściliśmy się i to nam w bardzo nieprofesjonalny sposób koncert przerwano. W momencie, gdy szykowaliśmy się do sztuki na scenę wszedł koleś, który oznajmił, że zespól zbyt długo przygotowuje się do występu w związku z czym – rzekomo w imieniu organizatorów – postanowił skrócić nam czas występu do zaledwie jednego numeru. Jeżeli więc ktokolwiek ma jakieś do nas pretensje raz jeszcze powtarzam, że to nie my byliśmy najebani, nie my – jak chciano sądzić – „przygwiazdorzyliśmy”, nie my dopuściliśmy do tak poważnych opóźnień, nie my zatem powinniśmy zebrać gówno, jakie spadło na nas wyłącznie z uwagi na to, że ktoś postanowił nas bezzasadnie osądzić. Koniec, kropka!

Wróćmy jeszcze na chwilę do „Adventvs”. Materiał ukazał się w przepięknym digipaku (własnym sumptem) oraz na winylu nakładem zasłużonej w Europie marki – Hammerheart Records. Dlaczego wersja „international” zawierała tylko 2 utwory? To była wasza decyzja?

To była decyzja Hammerheart, nie polemizowaliśmy, bo to na wydaniu tych właśnie nowych numerów zależało nam najbardziej. Niepublikowane wcześniej oficjalnie demo „Eritis sicvt Devs…” stanowi dodatek do wersji wypuszczonej na CD.

W maju 2015 roku ogłosiliście, że zaczynacie rejestrować materiał na czwarty album DI. Trochę czasu od tamtej deklaracji upłynęło, z tego co wiem sesja się przedłużyła, możesz powiedzieć dlaczego? Naprawdę tak intensywnie pracowaliście nad tą płytą czy to wszystko było po to, żeby podkręcać atmosferę przed premierą?

Nie mamy bazy fanów rzędu takich tuzów jak chociażby Machine Head, Kreator czy Sepultura zatem o podkręcaniu atmosfery w oczekiwaniu na nowy album w sposób, jaki sugerujesz mowy być raczej nie może. Fakt, że nagrania odbywały się w kilku miejscach determinował konieczność dopasowania się do terminarza osób odpowiedzialnych za poszczególne etapy sesji. Bardzo długo pracowaliśmy też nad brzmieniem finalnym, bo gdy np. znaleźliśmy już zajebisty sound bębnów okazywało się, że niekoniecznie dobrze sprawdza się on w konfiguracji z brzmieniem gitar. Trzeba było więc kombinować dalej. Sporo czasu pochłonęły też miksy, później prace nad oprawą graficzną płyty itd. Suma summarum, zeszło nam trochę dłużej niż pierwotnie przewidywaliśmy, ponieważ jednak nie mieliśmy choćby narzuconego przez wytwórnię deadline’u niekoniecznie też chcieliśmy te prace jakoś sztucznie przyspieszać. Zależało nam, by The I dopieścić pod każdym calem, by był to album, którego odkrywanie wzbudzałoby w słuchaczach tyleż samo emocji i przynosiłoby tyle samo satysfakcji co nam, jako jego twórcom.

Pomówmy w końcu o nowej płycie. Ślady bębnów na nowy krążek zostały nagrane w Dobra 12 Studio, natomiast cała reszta jak i produkcja w Impressive-Art Studio wraz z Przemysławem Nowakiem. Jaki argument przeważył za wyborem tego studia i tego producenta? Ktoś Ci polecił Przemka czy może urzekło cię brzmienie, które wykręcił na przykład na debiucie Outre?

Wiesz co, ja do tej pory nie pamiętam nawet jak trafiłem na Impressive Art, czy to za sprawą wzmianki w jakimś czasopiśmie, czy wyświetlonego gdzieś posta? Po prostu za cholerę nie potrafię sobie tego przypomnieć. Bardzo chcieliśmy, by The I zabrzmiała inaczej od wszystkiego, co wypuściliśmy wcześniej, w związku z czym wyboru dokonaliśmy niemal w ciemno. Outre i ich – notabene genialny – album Ghost Chants poznałem dopiero dzięki Przemkowi, właścicielowi studia. A skoro już przy tym jesteśmy, Impressive Art baaaardzo gorąco polecam innym zespołom.

W kwestii warstwy litycznej na płycie „The I” nie raz wtrąciłeś fragmenty tekstów polskich autorów? Skąd pomysł na takie urozmaicenie. Swoją drogą wyszło to kapitalnie!

Już przy okazji EP „Adventvs” z 2014 roku, we wspomnianych wcześniej nowych utworach użyliśmy fragmentów „Dzieci Szatana” Stanisława Przybyszewskiego. Przy okazji „The I” postanowiłem jeszcze bardziej zagłębić się w świat stworzony przez wybranych autorów reprezentujących tzw. Meteorę Młodej Polski. Kilka lat wcześniej nie przypuszczałbym nawet, że mimo wszystko spróbuję w ramach Devilish Impressions zaśpiewać cokolwiek w języku ojczystym. Obawiałem się, że nie będzie podobnie dźwięczny i wdzięczny jak chociażby angielski, czy łacina, od której również nie stroniliśmy. Tym bardziej cieszy mnie, że zabieg ten uznaje się za tak udany.

„Adventvs” postawiło wysoko poprzeczkę dla Devilish Impressions. Czy nowy materiał uważasz za kontynuację EPki? Osobiście myślę, że ma sporo cech wspólnych.

Zdecydowanie! To właśnie na Adventvs po raz pierwszy użyliśmy 7-strunowych gitar, przez co automatycznie zabrzmieliśmy znacznie ciężej, to też na Adventvs zrezygnowaliśmy nie tylko z orkiestracji, ale i niemal całkowicie z instrumentów klawiszowych. The I jest zatem logiczną kontynuacją drogi zapoczątkowanej w utworach Adventvs Regis i Meteoron. Jest mroczniej, ciężej i w ogólnym kontekście bardziej nieprzewidywalnie.

Od początku istnienia zespołu to ty jesteś jego spiritus movens. Nie myślałeś aby chociażby na zasadzie eksperymentu dać reszcie zespołu nieco więcej do powiedzenia czy też zagrania?

To nie jest tak, że w zespole nikt poza mną nie ma nic do powiedzenia. Aranżacje perkusji na The I chociażby to w stu procentach dzieło Icanraza. Samą muzykę natomiast od lat piszę samodzielnie gdyż mam określoną wizję tego, jak powinna ona zabrzmieć w całości. Gdyby jednak ktokolwiek podsunął mi riff na tyle ciekawy i pasujący do przyjętej wcześniej koncepcji to… czemu nie?! Oczywiście, z uwagi na „staż” i funkcję w zespole to pewnie ja miałbym decydujące zdanie odnośnie finalnego kształtu poszczególnych numerów. Na szczęście mam bardzo dużo niezrealizowanych jeszcze pomysłów więc i w przesadnie demokratyczne zasady komponowania w ramach Devilish Impressions bawić się nie zamierzam.

Na nowym albumie gościnnie wystąpili: Mike Wead, Ronny Hovland oraz opolski projekt Bön. Skąd pomysł akurat na takich a nie innych gości na płycie? Możesz opowiedzieć trochę szerzej o tym jak doszło do waszej współpracy?

Zacznę w takim razie od opolskiego projektu Bön. Jak wiesz, na Adventvs można usłyszeć kilka dość egzotycznie brzmiących instrument ów oraz śpiew alikwotowy, za które to odpowiedzialny był Contemplatron. Gdy zagaiłem go o wznowienie współpracy na poczet nowego albumu okazało się, że jest również częścią Bön. Od słowa do słowa dogadaliśmy temat w ten sposób, że dostaliśmy kilka nagrań z różnych ich rytuałów oraz przysłowiowe „zielone światło” dotyczące sposobu w jaki moglibyśmy użyć poszczególnych fragmentów tychże nagrań. Ostatecznie wybraliśmy fragmenty najbardziej naszym zdaniem pasujące i to właśnie z ich wykorzystaniem postanowiliśmy otworzyć i zamknąć płytę. Ronny Hovland, szerzej znany jako Ares, jest wokalistą i gitarzystą Aeternus, zespołu, z którym zagraliśmy absolutnie pierwsze koncerty pod szyldem Devilish Impressions. To była fenomenalna trasa, podczas której bardzo mocno się zżyliśmy, a powstałe wówczas przyjaźnie trwają do dzisiaj. Uznaliśmy, że trudno o lepsze przypieczętowanie tejże przyjaźni jak gościnny udział Ronny’ego na naszym nowym albumie. Napisałem do niego, do tematu podszedł bardzo entuzjastycznie i… tyle! Po jakimś czasie wysłał zarejestrowane przez siebie ślady, których teraz można wysłuchać w utworze Ipse philosophvs, daemon, Devs et omnia. Pomysł zagrania solówki przez Mike Weade’a wyszedł natomiast od Icanraza, który poznał go podczas jednej z tras, na której zajmował się techniką bębnów. Podobnie, jak w przypadku Aresa, również Mike ochoczo przystał na propozycję, efektem czego wyśmienita partia solowa w rozpoczynającej części tego samego utworu, czyli Ipse…. W przeszłości zapraszaliśmy już innych artystów do gościnnego udziału w nagraniach, na „Diabolicanos” mamy Cezara z Christ Agony i nieżyjącego już Szymona Czecha z Antigama i Nyia. Na „Simulacra” jest Orion z Vesania i Behemoth, Jacek Grecki z Lost Soul, Wojtek Kostrzewa z Asgaard, Romek Bereźnicki z Lecter i Lestath z METrasmissionAL. Za sprawą „The I” do grona tych artystów dołączyli Ares z Aeternus, Mike Wead z Mercyful Fate i King Diamond (także Candlemass i Edge of Sanity) oraz Bön. Jesteśmy cholernie dumni, że wszyscy ci wspaniali muzycy zechcieli pozostawić piętno na krążku z dźwiękami Devilish Impressions.

Na pewno część z naszych Czytelników chciałaby poznać jak wygląda proces rejestracji wokali. Czy stosujesz jakieś „wspomagacze” przy nagrywaniu głosu czy jest to w 100% twój własny sound?

Jeśli pytasz o efekty, czy przestery to zdecydowanie nie. Jest to, a właściwie są, bo to samo w przypadku wokali Vraath’a, w stu procentach nasze, niemodyfikowane w sztuczny sposób głosy.

Jesteś endorserem Kameckiego. Jak naprawdę sprawdza się jego gitara w Devilish Impressions? Prezentuje się okazale, ale czy jesteś w pełni zadowolony z jej brzmienia?

Oczywiście, że jestem zadowolony! Paweł jest niezwykle uzdolnionym lutnikiem i prawdziwym magikiem jeśli chodzi o instrumenty strunowe. Gitara, jaką dla mnie wykonał doskonale sprawdza się w warunkach tak scenicznych, jak i studyjnych. Tak, wszystkie gity, jakie słychać czy to na „Adventvs” czy teraz na The I zostały zarejestrowane na tym właśnie wiośle.

„The I” to pierwsza pełnometrażowa płyta DI nagrana na siedmiostrunowym wiośle. Czy to oznacza, że nie zaprzestałeś swoich progresywnych poszukiwań i na nowej płycie również usłyszmy sporo tego typu grania?

Powiem tak, po „ósemkę” sięgać póki co nie zamierzam. Co się zaś tyczy progresywnych poszukiwań, ich obecność na płytach Devilish Impressions tłumaczyć może fakt, że lubuję się w bardzo różnych gatunkach, stąd też często pewnie nie do końca świadomie inkorporuję do naszej twórczości takie czy inne zagrywki. Czy jednak znajdą się na kolejnym albumie? Tego chyba póki co nie wie nawet sam Diabeł, hehehe.

Jak wygląda kwestia grania koncertów i dużych tras w kraju i za granicą? Macie nowy materiał i na pewno warto byłoby go porządnie ograć na scenach w Europie. Współpracowaliście z The Flaming Arts ale nie przełożyło się to chyba na waszą wysoką aktywność koncertową. Teraz macie deal z Extreme Management Group. Czy już planujecie koncerty i festiwale w ramach promocji nowej płyty?

Plany planami, a rzeczywistość swoje. Dosłownie w tej chwili mieliśmy według pierwotnych założeń być w trasie z Onslaught. Niestety, choroba gitarzysty tegoż doprowadziła do odwołania trasy, jednocześnie agencja koncertowa odpowiedzialna za booking tejże nie miała wystarczająco dużo czasu, by podmienić, że tak powiem, headlinera. W efekcie aktualnie siedzimy w domach. Oczywiście kminimy co zrobić, by za jakiś czas pojechać z płytą tu i ówdzie, czas jednak pokaże, czy to się uda.

Czy oprócz zaplanowanych na marzec kilku koncertów macie coś w zanadrzu? Mam na myśli głównie europejskie festiwale, których w Europie nie brakuje patrząc na Concerts-Metal.com.

Jak wspomniałem, wspólnie z EMG sprawdzamy pewne tematy. Nie chcemy jednak niczego cisnąć na siłę, pewnych zaś spraw mimo najszczerszych chęci i pełnej gotowości bojowej zwyczajnie nie da rady przeskoczyć. O wszystkich potwierdzonych koncertach zawsze informujemy na stronach zespołu.

Rok temu odbyliście trasę koncertową obejmującą Tajwan i Chiny. Powiedz jak tam było? Czy publika różni się znacząco od tej lokalnej? Czy może dla nich ten cały ekstremalny metal jest u nich „towarem ekskluzywnym”?

Wbrew pozorom trochę bandów tam grywa, chociaż zabawne, że wielkość poszczególnych zespołów jakimi znamy je czy to w Europie czy w Stanach nie przekłada się na frekwencję na ich koncertach w Azji. Dla przykładu, na pierwszej sztuce w Szanghaju mieliśmy jakieś 500 osób. Po zakończeniu chińskiej części trasy mieliśmy kilka dni wolnego przed wylotem do Tajwanu, polataliśmy trochę po mieście, a w przeddzień wylotu udaliśmy się na gig Amorphis. Ten sam klub 3 tygodnie później i… ludzi mniej niż u nas. Podobnie w Tajwanie, gdzie w Taipei zebraliśmy więcej fanów niż Nightwish, którzy tutaj są przecież zespołem arenowym! Jest to zatem rynek cholernie nieprzewidywalny z realiami totalnie nieprzystającymi do tych, jakie znamy z Europy. Jak było? Jak dla mnie fantastycznie. Mam nadzieję, że za jakiś czas znów zostaniemy tam zaproszeni, a że kraj dupny, to i jest gdzie grać, hehehe.

Czy tak doświadczony muzyk jak ty jeszcze ma jakieś „muzyczne marzenia”? Np. z kim chciałby dzielić scenę lub z kim nagrać płytę?

Nie przesadzajmy, jest przecież mnóstwo muzyków, nawet biorąc pod uwagę wyłącznie nasz grajdołek, którym to ze swoim doświadczeniem do pięt nawet nie sięgam. Muzycznych marzeń mam mnóstwo, podobnie jak i artystów, z którymi chciałbym kiedyś dzielić dechy. Wymieniać można by w nieskończoność. Ubolewam, że to nigdy nie uda się z Lemmy’m, Schuldiner’em, Quorthon’em, Nodtveidt’em, czy zmarłym kilka dni temu Dane’em.

Ciekawi mnie też jak wygląda sytuacja w obozie Asgaard. Pytam, bo niemal 3 lata temu była mowa o następcy „Stairs to Nowhere”. Czy mógłbyś się podzielić jakimiś szczegółami? Czy chłopaki faktycznie nagrywają nową muzykę?

Owszem, nagrania nowej płyty Asgaard w toku. Zarejestrowaliśmy już partie perkusji oraz gitar, na dniach podchodzimy do basu. W większości gotowe są również klawisze. Oczywiście, wciąż jest jeszcze bardzo dużo rzeczy do zrobienia, w tym czekająca mnie niebawem praca nad tekstami, przygotowaniem i późniejszą rejestracją partii wokalnych, w konsekwencji zaś miks, mastering itd. Już teraz ze stu procentową pewnością mogę natomiast powiedzieć, że będzie to album zupełnie inny. Charakter nowych kompozycji niejako narzucił sposób użycia instrumentów klawiszowych, zaskakujący nawet jak na Asgaard. Całość ma bardziej chyba rockowy niż metalowy feeling, być może z uwagi na bardzo klasyczne, piosenkowe wręcz struktury utworów. Mam nadzieję, że wyjdzie z tego coś naprawdę ciekawego.

Na rynku muzycznym w Polsce działasz bez mała od ponad 17 lat. Jak postrzegasz zmiany, które dotknęły całą gałąź muzyki na przestrzeni tego czasu? Też narzekasz na internet i to jak zmienił oblicze branży?

Gdyby tak zmierzyć czas, od kiedy na różną modłę cisnęliśmy ten swój metal w domach, garażach, czy Ozimskim Domu Kultury, to trzeba byłoby sięgnąć wstecz jeszcze dalej, bo aż do 1993-1994 roku. Zmieniło się w zasadzie wszystko. Zmienił się sposób postrzegania subkultury metalowców przez resztę społeczeństwa, doszło do ogromnego przewartościowania ideałów, znaczeń. Jak wielu moich rówieśników – o starszych ode mnie nie wspominając – byłem świadkiem zmian popularności poszczególnych podgatunków, przychodzących i odchodzących trendów, malutkich lub większych „wojenek” w obrębie sceny. Byłem świadkiem nadejścia ery digitalizacji, słabnącej z dnia na dzień sprzedaży płyt na nośnikach fizycznych. Czy narzekam na Internet? Hmm, moim problemem ogólnie jest to, że nie nadążam za nowinkami technologicznymi, przeraża mnie czasem, że to wszystko tak zapierdala, że ludzie stracili ze sobą ten prawdziwy, realny kontakt na poczet „przyjaźni” wirtualnie tkanych gdzieś na łamach społecznościowych portali. I chyba dość długo zajęło mi zrozumienie faktu, że przecież nie wygramy z tym wszystkim, że skoro nawet nieliczni giganci jak Tool dotychczas wzbraniający się przed sprzedażą swoich utworów za sprawą platform pokroju Spotify czy innych Deezerów ostatecznie w tej batalii polegli, to przecież tym bardziej my, działający w przepastnych otchłaniach undergroundu nie jesteśmy w stanie walczyć dalej z wiatrakami dla samej tylko idei prowadzenia tej walki. Młodsi ode mnie muzycy wiedzą z pewnością o wiele lepiej, jak skutecznie wykorzystać potencjał tkwiący w Internecie, w narzędziach, za pomocą których możemy docierać do najdalszego nawet zakątka na świecie i chyba w tym kontekście wkroczenie Internetu w świat muzycznego przemysłu otwiera drzwi, jakie dotychczas dla znakomitej większości nie tylko były zamknięte, my po prostu nie wiedzieliśmy nawet o ich istnieniu…

W tym kontekście jak sobie wyobrażasz Devilish Impressions za kilka lat? Wybiegasz myślami w przód, planujesz? Czy może pozwalasz wypadkom toczyć się po własnym torze?

Od pewnego czasu raczej to drugie. Oczywiście, pewnym kwestiom zawsze należy pomóc, w związku z czym jak najlepiej uprzednio je zaplanować. Nie skupiam się natomiast na tematach potencjalnie umiejscowionych w czasie nazbyt od teraźniejszości odległym.

Nie myślałeś aby stworzyć jakiś nowy muzyczny projekt? Może nawet w zgoła innym klimacie, nie wiem… w klimatach heavy albo technicznego death metalu?

Ani jedno, ani drugie hehehe. O ile lubię heavy metal, to za technicznym death metalem nie przepadam. Pomysłów na inną muzykę mam naprawdę dużo, z pewnością jednak nic z wymienionych tu przez Ciebie gatunków.

Country/rock w stylu King Dude czy coś w black metalowym klimacie? Czy pomysły o których mówisz, że masz są w fazie pomysłów czy w wolnej chwili komponujesz i rejestrujesz muzykę?

Z wolnym czasem ostatnio u mnie wyjątkowo kiepsko, nie oznacza to jednak że pewne rzeczy już gdzieś tam kiedyś nie powstały, mnóstwo innych natomiast tylko czeka na uwolnienie… Black metal uwielbiam i niewykluczone, że elementy tego właśnie gatunku poszłyby na tapetę w przypadku kolejnego projektu. Jeśli country to zdecydowanie bardziej ‘dark’, aczkolwiek nie leży w zakresie moich zainteresowań paranie się akurat tym nurtem. Poza tym, nie zapominaj, że w chwili obecnej jesteśmy jeszcze w fazie promocji „The I”, za chwilę natomiast dość poważnie będę musiał oddać się sprawom związanym z nowym albumem Asgaard. Na ten moment to właśnie są moje priorytety. Ale, kto wie, może całkiem niedługo narodzi się również coś zupełnie nowego?

Abstrahując od muzyki, chciałem spytać czy zaprzątasz sobie głowę naszą przyziemną rzeczywistością, polityką, czy może jest ci to kompletnie obojętne?

Oczywiście że sobie zaprzątam, jednak nie chciałbym tutaj o tym rozmawiać. Wydaje mi się, że na tym łez padole byłoby znacznie przyjemniej, gdyby w całym tym gównie dodatkowo nie mieszali ludzie ze sfery „sztuki”. Wystarczająco dużo jest tych, którym najwyraźniej dobrze jest, gdy mogą wsadzić kij w mrowisko i przy okazji wzbudzać piętrzące się w nas animozje. Jedno, przed wyznaniem czego wzbraniać się nigdy nie będę, to że jestem za absolutną wolnością słowa i wyznania. A w katolandzie o te właśnie, konstytucyjnie nam rzekomo zagwarantowane wartości ostatnimi czasy niezwykle trudno.

Pytanie na koniec. Czy kolejna płyta Devilish Impressions ukaże się w krótszym odstępie aniżeli ta obecna? Na tą czekaliśmy 5 lat.

Hmm, nowy album planowaliśmy już na przyszły za rok, ale… Może ukaże się za lat 10? Kto wie?… 😉

Czego Ci życzyć w 2018 roku?

No jak to czego? Zdrowia, niegasnącej weny twórczej i sześciu zer na koncie. Reszta jakoś się poukłada, hahaha.

Dzięki za czas i wytrwałość przy tym wywiadzie-rzeka 🙂

Dziękuję za rozmowę.

Również dziękuję. Pozdrawiam Czytelników i zachęcam do sięgnięcia po The I.

Devilish Impressions w sieci: Facebook | Twitter | Instagram | WWW

Zdjęcia pochodzą z archiwum zespołu.
Tłumaczenie wywiadu na język angielski – Wadim Filiks

Piotr

Piotr

Głównodowodzący KVLTowi, fan undergroundu oraz maniakalny zbieracz płyt CD.
Piotr

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .