Eternal Deformity: „Muzyka uczy człowieka pokory i cierpliwości”

Eternal Deformity – nazwa doskonale znana na polskiej scenie metalowej. Kapela z długim stażem, niestety cholernie niedoceniona, jakiś czas temu powtórnie wydali swój najnowszy – i niestety chyba ostatni – album No way out. Zapraszam do lektury, a po części do małej podróży przez historię kapeli. Wyczerpujących odpowiedzi w imieniu kapeli udzielił Arkadiusz Aro Szymuś – gitarzysta w Eternal Deformity. 

 

Witaj, przede wszystkim gratuluję nowego kontraktu! Ostro trzymałem za Was kciuki! Poprzednie dwie płyty wydaliście dla włoskiej wytworni, która mówiąc delikatnie, jakoś nie przesadziła z promocją Waszej twórczości. 

Witaj, rzecz jasna gratulacje przyjmuję i za nie dziękuję. Nas również cieszy fakt ponownego podpisania kontraktu z zachodnią wytwórnią, zawsze daje to  szerszy zakres i obszar dotarcia do potencjalnych odbiorców. Tym razem wydawcą jest szwedzka Temple of Torturous, zatem w jakimś stopniu jest to także spełnienie jednych z naszych nastoletnich marzeń, ponieważ, jakby na to nie patrzeć, jest to szwedzka wytwórnia, czyli dawna kolebka szwedzkiego death metalowego grania. Jednocześnie mamy pełną świadomość, że na chwilę obecną zakres jej działania  jest jeszcze niewielki i wymaga wzmożonych działań. Widzimy jednak, że ludzie działający w firmie starają się angażować, aby zakres ten zwiększać, zatem pozostaje nam trzymać kciuki, aby wszystko przebiegało w tym względzie pomyślnie.

Odnośnie działań promocyjnych naszych poprzednich wydawców Aural Music i Code 666, muszę przyznać, że masz rację, na pewne rzeczy nie mamy jednak wpływu. Nasz włoski wydawca nie potrafił zapewnić sobie w Polsce dobrej dystrybucji, nie dogadali się w tym zakresie z żadną z polskich wytwórni, co niestety miało swoje przełożenie na brak szerszej dostępności naszych poprzednich albumów Frozen Circus oraz The Beauty of Chaos w naszym kraju. Włosi okazali się też mało elastyczni , utrzymując przez długi okres wysoką cenę naszych albumów, które dla naszych rodaków zwyczajnie były zbyt drogie. Wszystkie te aspekty odbijały się niestety na nas rykoszetem. Było, minęło. Dziś nie ma już możliwości zweryfikowania, co by było, gdyby itd. Przeciwności losu często bywają budujące, także uznaję to za kolejne wzbogacenie moich doświadczeń życiowych.

Ale nic to, wreszcie nowe dzieło jest. Nagrana tradycyjnie w Zed Studio, które chyba Wam naprawdę pasuje. Sporo tam się dzieje i mogę rzec – z pozycji mega laika – że są to indywidualnie brzmiące produkcje.  Zatem bezpieczeństwo, wygoda czy też świadomość, że tam będziecie dobrze „zrozumiani”?

Zgadza się, w Zed Studio czujemy się bardzo dobrze, a osoba realizatora – Tomasz Zalewski – jest przez nas traktowany jako szósty członek zespołu. Tomek z każdym kolejnym albumem udowadnia, że cechuje go wyjątkowa cierpliwość w stosunku do nas, umiejętność wysłuchania naszych wizji i oczekiwań, jakie pokładamy przy każdej z realizowanych płyt i chęć ich zrealizowania. Możemy także liczyć na jego spostrzeżenia i cenne uwagi, a to jest bezcenne.

Co ciekawe, album No Way Out ma de facto drugą premierę, a to za sprawą ponownego wydania, tym razem przez Temple of Tortorous. Skąd taki pomysł?
Nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Faktem jednak jest, że dziś coraz trudniej znaleźć potencjalnego wydawcę. Proces poszukiwań często od momentu nagrania płyty do momentu jej faktycznego wydania potrafi trwać bardzo długo. Tym razem podjęliśmy decyzję, że wydamy ten album własnym sumptem w limitowanym nakładzie i jednocześnie będziemy poszukiwać wydawcy. Jeśli uda się nam takowego znaleźć to super, jeśli nie – to przynajmniej materiał nie będzie przysypany kurzem. Mamy też pewne grono naszych oddanych odbiorców, oni zawsze niecierpliwią się i mocno oczekują na nasze kolejne wypociny, tym razem chcieliśmy w ten sposób wyjść im naprzeciw, dając tym samym wyraz naszego wielkiego szacunku dla nich. To też swego rodzaju forma podziękowania za wszystkie te lata, w których wspierali nas w tych dobrych i złych chwilach.

Pierwsze wydanie No Way Out klimatem – czy jak kto woli – sposobem zaprojektowania wkładki nieco mi przypomina debiut Sirrah, czyli czarno-biała szata, nieco archaiczna, jakiś label Metal Duma Production. Wszystko to trąci raczej demem, nie zaś płytą kapeli, która miała tak pięknie wydane wcześniejsze albumy. Skąd to zerwanie z estetyką? Co dalej ze współpracą z Iwoną Drozdą–Sibejin? Nie będziecie tej kolaboracji już kontynuować?

Może zacznę od końca Twego pytania, czyli współpracy z Iwoną, cytując klasyków: „nigdy nie mów nigdy”. Współpracę z Iwoną bardzo sobie cenimy i być może jeszcze kiedyś skorzystamy z jej usług. Tym razem mieliśmy inną wizję oprawy graficznej płyty, chcieliśmy spróbować czegoś innego. Postanowiliśmy wziąć sprawę w swoje ręce i tak na wspomnianej przez Ciebie okładce wykorzystaliśmy kolaż fotografii autorstwa Andrzeja (Rycha) Marka i naszego perkusisty. Efekt w moim odczuciu wyszedł bardzo ciekawie i świetnie podkreślił mroczną aurę tego albumu. W tym miejscu chciałbym także coś naprostować: otóż Metal Duma Productions nie jest żadną wytwórnią, to inicjatywa naszego starego znajomego i fana jednocześnie, który prowadzi na facebooku stronę, na której stara się promować wszelką działalność, jaka ma miejsce na naszej rodzimej scenie podziemnej.  Czyni to zupełnie bezinteresownie, angażuje się także w organizację małych klubowych koncertów na Warmii, Mazurach i Pomorzu. Wiele razy udzielał nam swej pomocy i wsparcia. Umieszczenie loga jego strony, które znalazło się we wnętrzu książeczki płyty, jest więc swoistą formą wdzięczności i szacunku.

Nie ukrywam, że mocno ascetyczne, polskie wydanie najnowszego albumu od razu dało mi niezbyt wesołe skojarzenie ze stanem nastrojów w kapeli. Czy to nowy wydawca podsunął nowe spojrzenie na płytę? Zachodnie wydanie, które w digipacku pięknie się prezentuje nie ma jednak tej nutki nostalgii, tylko w pełni profesjonalny booklet.
Inicjatywa nowej oprawy graficznej wyszła ze strony naszego obecnego wydawcy Temple of Torturours rec, na co chętnie wyraziliśmy zgodę. Nam podobają się obie formy wydawnicze, zarówno ta przygotowana przez nas, jak i ta, którą zaprojektował dla nas nasz znajomy Mariusz Harasymow. Każda jest na swój sposób bardzo ciekawa i jednocześnie różna od grafik, jakie towarzyszyły naszym dotychczasowym albumom. Nastroje w zespole nie miały wpływu na wygląd okładek, ich zadaniem jest podkreślenie aury albumu No Way Out.

Żałuję, że nie dorzuciliście żadnego bonusa na wydanie zachodnie. To byłby miły prezent dla tych, którzy kupują Wasze wszystkie płyty.

Jasne, fajnie by było, gdyby taki bonusowy utwór znalazł się na wydawnictwie szwedzkim, jednak nagranie kolejnego utworu, to dodatkowe koszta, którymi niestety nie dysponowaliśmy. Po za tym No Way Out jest płytą ściśle wybranych i wyselekcjonowanych przez nas utworów, który w naszym odczuciu tworzy zwarty monolit, do którego ciężko byłoby nam dopasować kolejną kompozycję i jednocześnie nie zepsuć klimatu czy też koncepcji płyty.

Powyżej już padło parę słów o tym, co Was skłoniło do poszczególnych zmian, pozwól jednak, że poproszę Cię o zafundowanie nam małej wyprawy w przeszłość.  A zatem mamy rok 1998 “In The Abyss of Dreams… Furious Memories” i debiut w Demonic Rec.

https://youtu.be/9gydu34x350

Okres wydania In The abyss of dreams… Furious memories wspominam bardzo miło. W tamtym okresie udało nam się zagrać trochę  koncertów, a także gościć w wielu audycjach radiowych. Najmilej wspominam jednak sam proces nagrywania tego albumu, który miał miejsce w Alkatraz Studio, należącym do zespołu Kat i nieżyjącego już Jacka Regulskiego, z którym bardzo dobrze się rozumiałem. Jacek był super gościem i świetnym gitarzystą. Nasze rozmowy o metalowej muzie często kończyły się o zbyt późnych godzinach nocnych. Naprawdę jest mi bardzo smutno, kiedy powraca do mnie wspomnienie o dniu, w którym otrzymałem informację o śmierci Jacka, mocno to przeżyłem, to był wstrząs. Jacek miał plany stworzenia i rozkręcenia wytwórni fonograficznej, był wstępnie zainteresowany wydaniem Eternal Deformity, chyba dostrzegł w nas jakiś potencjał. Niestety jego nagła śmierć w wypadku drogowym przekreśliła realizację tych zamierzeń.

Dlaczego tam wydawaliście swoje płyty? Swego czasu zarówno Demonic, jak i Baron to były  naprawdę dobrze rokujące wytwórnie. A jak Wy to wszystko wspominacie?

Dlaczego w tamtym czasie wydaliśmy nasze płyty i taśmy w firmach Baron rec. czy Demonic rec.? Odpowiedź jest prosta: ponieważ wykazali oni zainteresowanie naszą twórczością, a my potrzebowaliśmy wsparcia wydawcy. Baron rec. początkowo była faktycznie firmą piracką, w tamtym okresie miała jednak świetną dystrybucję w naszym kraju. To była dobra decyzja, żeby wydać nasz debiut właśnie w tej firmie. Z perspektywy czasu w ogóle tego nie żałuję, nazwa zespołu poszła w eter. Demonic records owszem miała szansę większego zaistnienia na polskim rynku, z tym że – tak mi myślę – Grzegorz Jakubowski (właściciel firmy) popełniał wiele błędów, co ostatecznie doprowadziło do unicestwienia wytwórni. Wypalanie płyt na domowym komputerze nie było dobrym posunięciem. Fakt ten z czasem zaczął źle rzutować na debiutującego wydawcę, co jest w pełni zrozumiałe. Wiele zespołów, które były w tamtym czasie wydawane przez Demonic rec. bardzo narzekało na brak odpowiedniej promocji. Dziwiło mnie trochę takie podejście, bo przecież była to dopiero raczkująca podziemna firma, oczekiwania jej właściciela chyba także przerastały rzeczywistość, z jaką przyszło mu się zmagać. Nam współpraca z tą wytwórnią układała się dobrze i obie strony były z niej w tamtym czasie zadowolone. Płyta ukazała się zarówno na taśmach magnetofonowych, jak również na wypalonych w domu płytach, z których i tak byliśmy wtedy zadowoleni. Był to dla nas dobry czas – z tego co mówił Grzegorz, album dobrze mu się sprzedawał. Szkoda, że wydawca wziął na siebie chyba zbyt dużą ilość zobowiązań, których później nie potrafił zrealizować i ostatecznie zakończył swoją działalność. Z tego, co mi wiadomo, wyjechał chyba do Stanów. Z perspektywy czasu żałuję także, że nie miałem możliwości poznania osobiście szefa tej firmy. W tamtym czasie porozumiewaliśmy się tylko listownie i telefonicznie.  

To niemal dwie dekady temu, ale przez ten deal nadal nie można nigdzie dorwać Waszej płyty, nie mówiąc o wydawnictwie, które wyszło spod skrzydeł Baron Rec., czyli “Nothing Lasts Forever” z 1994. Nie pytam o roszady personalne, te można prześledzić na Wikipedii, interesuje mnie, dlaczego nie weszliście w układ z konkretniejszymi wydawcami. Można było zauważyć, że wtedy, w 1994 roku, jednak Baron mocno inwestował w polskie podziemie. Niestety czy -stety podobno legalny rynek wykończył tego – jakby nie było – pirata?

Małe sprostowanie: Baron Rec. nie był wydawcą taśmy Nothing last’s forever – firma ta wydała tylko nasze pierwsze wypociny, czyli w zasadzie taśmę demo Forgotten Distant Time. Ze strony innych firm nie otrzymaliśmy w tamtym czasie oferty, zresztą nie ma się co dziwić – byliśmy zupełnymi świeżakami na scenie, mającymi po 16-17 lat. Zatem wydanie w Baron rec. było dla nas naprawdę “czymś”, jak już wspominałem w odpowiedzi na Twoje poprzednie pytanie. Dziś nie żałuję tej decyzji.

https://www.youtube.com/watch?v=cXpKozS8-oM&t=787s

Odnośnie Demonic rec. – szkoda, że właściciel tej firmy, w zasadzie na jej dość dobrze zapowiadającym się starcie, po “bądź co bądź” jednak krótkim okresie funkcjonowania, po prostu się poddał.
Wracając do Baron rec., to rzeczywiście jak już pisałem początkowo, była to wytwórnia piracka, z czasem jednak to się zmieniało. Właściciel tej firmy Janusz Baron był typowym nowobogackim biznesmenem, kiedy mógł sprzedawać muzykę bez płatności podatków i rozliczania się, zapewne uzyskiwał wysokie dochody, natomiast przychody z płyt i taśm licencyjnych musiały być stosunkowo małe, podjął więc decyzję, że znika z rynku muzycznego. Z tego, co słyszałem, zajął się branżą mięsno–masarską. Wiesz, dla mnie to był człowiek, który lepiej pasowałby do sceny disco polo niż metalowej. Jednak scena disco polo była już przejęta przez większych od niego. Ten człowiek kompletnie nie znał się na muzyce metalowej, w ogóle jej nie czuł i nie rozumiał. Dlatego z czasem zaczął zatrudniać u siebie ludzi związanych z tą branżą, pracował u niego np. Flauros z Mastiphal. I przez jakiś czas tak to się tam wszystko kręciło.

Starsze pozycje to już definitywnie rozdział zamknięty? Z perspektywy czasu jak oceniasz te materiały? Tylko nostalgia czy jednak pełnoprawne utwory?

Starym nagraniom zawsze towarzyszy nostalgia, to w końcu jakaś część naszego życia. Dziś często podchodzę do nich jednak z uśmiechem na ustach z różnych względów. Sentyment jednak pozostał.  Dziś raczej nie wykonujemy tych utworów na koncertach, ponieważ dość mocno odstają od tego, co gramy i tworzymy obecnie.

Planujecie jeszcze kiedyś wrócić do pisania tekstów w języku polskim? Może to zabrzmi głupio, ale na In The Abyss Of Dreams… Furious Memories macie najwięcej „hitów”, które jakoś mi zapadły w pamięć i być może własnie za sprawą tekstów w rodzimym języku.
Nie wykluczam takiej możliwości.

A co z albumem Eternal Deformity  The Serpent Design z 2002 roku? Dorwać go, to też sztuka. Przyznam, że wspomniana pozycja jest chyba najmniej przeze mnie znana. Dziś doskonale czuć, że czas najmniej łaskawie obszedł się z tym materiałem. Po nim nadchodzi 6 lat Waszego milczenia. No i powrót w dość odświeżonym stylu. Przerwa w graniu mocno na Was wpłynęła? 

Tak, i to nie lada sztuka, bo tak naprawdę uważam, że produkcja tej płyty jest zwyczajnie bardzo zła. Podjęliśmy więc w pewnym momencie decyzję, że nie będziemy już rozprowadzać tego albumu. Nagrywaniu tej płyty towarzyszył ciąg pechowych zdarzeń. Dziś ten album po prostu kłuje nas w uszy, zresztą podobnie jak produkcja Nothing last’s forever – te pozycje w naszej dyskografii uważam za wyjątkowo słabe. Brzmienie tych pozycji w naszym przekonaniu jest fatalne, że już o graniu nie wspomnę. Po nagraniu The serpent design zastanawialiśmy się nad tym, czy chcemy dalej kontynuować naszą działalność jako Eternal Deformity. Był to czas, kiedy chyba ten przysłowiowy oddech był nam zwyczajnie potrzebny. Ostatecznie postanowiliśmy kontynuować naszą muzyczną drogę. Od tego momentu zaczął się nowy rozdział naszej działalności. Zaczęliśmy bardziej skupiać się na tym, aby nasze albumy były bardziej spójne i tworzyły przemyślaną całość. Wcześniej nie przywiązywaliśmy do tego większej wagi.

Planujecie wydać któreś albumy ponownie? A może chociaż wybrane, poszczególne kompozycje nagrać w formie bonusów? Jakiś czas temu podczas rozmowy z Wami, wspominaliście o reedycji swoich płyt. Jest to realne na chwilę obecną? Taki box (np. 4 pierwsze płyty) byłby świetnym podsumowaniem Waszego początku. Swego czasu Tenebris w ten sposób wydał swoje wszystkie płyty.

Obecnie nie mamy w planach ponownego wydawania naszych starych taśm czy płyt. Być może kiedyś podejmiemy się wybrania poszczególnych utworów i poddania ich nowym aranżacjom czy też formie, kto wie, może byłoby to nawet ciekawe. Takie przekucie starego w nowe. Czas pokaże, czy taka inicjatywa zostanie kiedyś przez nas podjęta. Można by te utwory nagrać także w starej formie, ale z dobrym brzmieniem, jednak jak już wspomniałem, dziś takowych planów póki co nie mamy. Czas jednak wszystko zweryfikuje. Osobiście wolę tworzyć nowe niż wracać do przeszłości. Podobny stosunek mam do coverów. Mam wielki szacunek do wielu starych zespołów, nie czuję jednak wewnętrznej potrzeby oddawania im hołdu w postaci grania ich utworów.

Zawsze postrzegałem ED jako zespół, który ma świetny kontakt z fanami. Pamiętam jak szybko odpisywaliście na papierowe listy, jak zapytawszy w liście o debiut, otrzymałem go od Was w formie CD z porządnie skserowaną w kolorze wkładką. Po uprzednim listownym ustaleniu, po płytkę miałem się udać… do Urzędu Wojewódzkiego w Katowicach. Swoją drogą, to było ciekawe przeżycie – wnętrza, które grały gmachy III Rzeszy u Wołoszańskiego, jako petent siedzi „mały satanista”, cierpliwie czekający u wrót do jakiegoś departamentu i nagle wychodzi facet i wręcza mi płytę.

Wiesz, jesteśmy zwykłymi ludźmi, którzy lubią spotkać się, pograć ze sobą i cieszy nas, jeśli uda nam się stworzyć utwory, które nas zwyczajnie rajcują. Fakt, że ktoś lubi i szanuje muzykę przez nas graną jest dla nas po prostu miły. W naszym odczuciu niczym nas jednak nie wyróżnia od tych ludzi, którzy lubią naszą twórczość. Traktujemy się wzajemnie na równym poziomie, to wszystko. Odnośnie drugiej części Twojego pytania, czy raczej stwierdzenia – no to masz fajne wspomnienia! Przyznam, że zaskoczyłeś mnie tym, od razu wydrukowałem pytania i zabrałem je ze sobą na próbę, zaznaczając wcześniej właśnie to jedno z pytań. Po czym pokazałem go Smykowi, uśmiechnął się  i myślę, że jemu także zrobiło się miło. Taki swojski wspomnień czar.

Kontynuując wątek podejścia pro: to bardzo fajna postawa z dystrybucją waszych CD z Włoch po cenach bardzo korzystnych. Wiem, bo sam brałem u Was obie płyty. Wbrew pozorom nie jest to wcale popularne, kapele odsyłają często do jakichś sklepów, distro i tyle. Dostajecie jeszcze papierowe listy czy już cyfrowy świat wyparł wszystko?

Może Cię zaskoczę, ale do dziś dostaję nawet kartki pocztowe z różnych okazji, typu Sylwester czy urodziny. W większości pochodzą one z zagranicy. Zawsze mnie to zaskakuje i zobowiązuje do odpisania. Natomiast nie da się ukryć, że w porównaniu z masą listów i korespondencji, jaką prowadziliśmy kiedyś do tej otrzymywanej obecnie – to nie ma żadnego porównania. Jest ona zdecydowanie mniej liczna. Dziś rządzi Internet. Co się tyczy dystrybucji naszych płyt wydanych przez Code 666 i Aural Music, to takowej w naszym kraju zwyczajnie nie było, nad czym mocno ubolewam. Ludzie, którym przypadło do gustu to, co gramy, kontaktowali i kontaktują się z nami poprzez naszą stronę na Facebooku, bowiem tylko w ten sposób można nabyć nasze albumy, poza koncertami rzecz jasna, jeśli nie zapomnę ich zabrać, co też parę razy mi się zdarzyło. Dostępność naszych płyt w Polsce była i jest mocno ograniczona. Nasze płyty wcześniej nabywaliśmy u naszych włoskich wydawców, które mogliśmy kupować po zaniżonych cenach i stąd różnica w cenie płyt zakupionych bezpośrednio u nas, a ceną, za którą można było nabyć nasze albumy u Włochów.

A propo tych albumów: Frozen Circus (2007)  i The Beauty of Chaos (2012) sporo czasu je dzieli, jaki jest tego powód? Skąd w ogóle wzięło się to Code666, które  Was zaczęło wydawać?

Po wydaniu Frozen Circus przyszło pierwsze rozczarowanie wydawcą oraz składanymi nam przed podpisaniem kontraktu obietnic. Okazało się, że nie możemy liczyć zarówno na wsparcie finansowe w merchu tj. koszulki czy naszywki, wsparcie przy produkcji klipu, że o naszych marzeniach o wydaniu płyt na winylach już nie wspomnę. Nastąpiło więc w zespole zrozumiałe rozprężenie i zeszło trochę przysłowiowe powietrze. W tym czasie wokalista i basista Kofi podjął decyzję o wyjeździe z kraju, gdzie do dziś mieszka i pracuje. Klawiszowiec wyjechał za pracą do Krakowa i oświadczył, że kończy z graniem. Zmuszeni więc byliśmy rozpocząć poszukiwania nowego klawiszowca. Ostatecznie udało mi się znaleźć Piotrka Rokosza, człowieka, z którym świetnie mi się gra do dziś. Szalony typ, ale bardzo go lubię i darzę dużym szacunkiem. Ostatecznie mogę chyba stwierdzić, że udało mi się tchnąć nowego ducha w zespół. Pierwszy raz zacząłem też tworzyć szkielety poszczególnych utworów.

Na poprzednich płytach zazwyczaj przynosiłem poszczególne riffy. Od tego momentu można więc powiedzieć, że zacząłem szerzej myśleć muzycznie. No i ponownie udało mi się wciągnąć chłopaków w granie i wspólną pracę nad aranżacjami poszczególnych utworów. To wszystko miało wpływ na cztery lata przerwy między płytami. Kolejna sprawa to  proza życia, która i nas w końcu dopadła, chłopaki: Smyku (git) i Tymon (dr) zostali tatusiami i zwyczajnie zmuszeni byli więcej czasu poświęcać swym pociechom. W tym miejscu muszę także dodać, że u nas zawsze proces tworzenia przebiega bez pośpiechu, czasem decyzje podejmowane są miesiącami zanim stwierdzimy, że dany utwór dobrze brzmi i możemy uznać, że jest skończony. Takie z nas już są marudy.

Macie jakieś informacje zwrotne od Code666, jak sprawa wygląda z odzewem na Wasze płyty za granicą? Były jakieś koncerty, a może dopiero plany?  Nie ma co ukrywać, że teraz bez totalnego zaangażowania ciężko wywołać wokół siebie zainteresowanie…

Niestety nie otrzymaliśmy żadnej informacji ze strony Aural Music i Code 666 na temat ilości sprzedanych płyt. Z tego, co nam wiadomo, od paru zespołów również związanych z tymi firmami, one także nie były o tym informowane. Obie płyty zebrały natomiast fajne recenzje w zinach, webzinach i magazynach. Co do planów koncertowych, to kiedy decydowaliśmy się na podpisanie kontraktu, oczywiście zapewniano nas, że zajmie się nami manager, który będzie nam pomagał w aktywności koncertowej itd. itp. Niestety na zapewnieniach się skończyło. Szkoda, bo wówczas wydaje mi się, że byliśmy gotowi na przeżycie przygody związanej z graniem większej ilości koncertów czy zagraniem paru tras, ale było minęło, dziś nie ma co gdybać.

Tak naprawdę uważam, że mało jest w Polsce kapel, które grają w Waszym stylu. Nie wiem dlaczego, ale uważam, że tzw. klimatyczna muzyka w jakiś sposób zanikła. Brakuje na scenie Sirrah (chociaż qip – projekt członka Sirrah – wydał świetny debiut), Cemetery of Scream nie wiadomo gdzie egzystuje, za to hord death metalowych czy black-, post-  jest multum. Nie sądzisz, że to też efekt jakiegoś pędu do brutalizowania, na siłę unikania posądzenia o złagodnienie? W Polsce kapela, która by zaczęła ewoluować, jak np. Anathema czy Tiamat miałaby już konkretne łatki, gdzie słowo “komercja” byłoby najłagodniejsze. Bynajmniej nie zarzucam Wam złagodnienia! Nawet bym rzekł, że najnowszy album wydaje mi się surowszy.

Polska scena jest bardzo specyficzna i w moim subiektywnym odczuciu mocno hermetyczna, mało elastyczna, bardzo podatna na nowe trendy docierające do nas z zachodu. Dziś, tak jak i Tobie, brakuje mi na polskiej scenie różnorodności, zespołów takich, jak wymieniony przez Ciebie Sirrah, który bardzo sobie ceniłem, czy Mordor, których nowej płyty jakoś nie mogę  się doczekać, a ciągle czekam, brakuje mi też melodyjnego death metalu, jaki wykonywał wrocławski ElysiumMisiek i jego zespół byli naprawdę bardzo dobrzy w tym, co grali. Bardzo żałuję, że się rozpadli. Do dziś chętnie wracam szczególnie do ich dwóch ostatnich płyt. Ubolewam też nad małym zainteresowaniem zespołem Tenebris. Wiesz, inne podejście do metalowej muzy, zupełnie indywidualne, mam dla nich wielki szacunek.

Cieszy mnie także fakt, że Cezar pozbierał się i z Christ Agony przeżywa obecnie chyba swoją drugą młodość.  Co do Cemetery of Scream, to podobno wkrótce mają wypuścić nowy album, z tego, co mi wiadomo za pośrednictwem Metal Mind Productions, także poczekamy, posłuchamy, zobaczymy. Generalnie odnoszę wrażenie, że w Polsce ludzie boją się grać inaczej, boją się krytyki, hejtu i takie tam, a szkoda, bo dzięki temu scena robi się różnorodna i ciekawsza. Mimo to uważam, że dzisiejsza polska scena to potęga, z której jestem dumny. Mamy całą masę niesamowitych zespołów, prezentujących bardzo wysoki poziom.
A wracając do Eternal Deformity – gramy inaczej, bo tak chcemy grać, tak czujemy, choć też zauważam, że nasza muzyka przez te liczne lata mocno ewaluowała. Przykładamy jednak dużą wagę do tego, aby opierała się ona na silnych metalowych fundamentach. Lubimy melodię w muzie i nie chcemy się od tego odcinać, to część naszego stylu – i kropka. Inni obecnie nie chcą tego robić, bo to teraz “be” – ich sprawa.

Na jednej z płyt zamieściliście kower Depeche Mode, zresztą bardzo nieoczywisty, bo Little 15. Macie zamiar czasem jeszcze powrócić do takich pomysłów? Pytam, bo sam jestem niepoprawnym entuzjastą interpretacji szczególnych utworów jako bonusów czy swoistego przerywnika. Zwłaszcza, gdy coverowany utwór jest spoza kanonu, bo kolejny cover Venom czy Slayer powoduje u mnie torsje. Stanowczo wolę oryginały.

Może jeszcze kiedyś jakiś cover zespołu wykonującego muzykę z innego kręgu stylistycznego niż metalowy zrobimy. Czas pokaże.

Jak sprawa wygląda z koncertami? Niestety mam wielkiego pecha, ciągle coś przeszkadza, by Was zobaczyć. Coś w najbliższym czasie planujecie? 

Gramy stosunkowo mało koncertów, niestety, i mocno nad tym faktem ubolewamy. Składa się na to wiele czynników, rozpoczynając od naszego sędziwego już wieku (śmiech), zobowiązań związanych z wykonywanymi obowiązkami w naszych zawodach, dziećmi, na stałym pobycie naszego wokalisty i basisty Kofiego w Anglii kończąc. Na tę chwilę mamy złożone jeszcze dwa zobowiązania koncertowe, które przewidziane są na sierpień bieżącego roku. O wszystkim będziemy w swoim czasie informować na naszych stronach w Internecie. W tym miejscu chciałbym już oficjalnie powiedzieć, że będą to ostatnie koncerty Eternal Deformity w dotychczasowym składzie.
Obecnie powstaje materiał na kolejny album, na dzień dzisiejszy nie wiem jednak, czy nadal będzie on sygnowany nazwą Eternal Deformity. Także jeśli ktoś ma ochotę zobaczyć nas i posłuchać w dotychczasowym składzie, to zapraszam na wspomniane koncerty w sierpniu. O szczegółach poinformujemy zapewne niebawem. Zatem Tomku, jeśli chcesz wiedzieć co wykonujemy na koncertach zapraszam i Ciebie. 

Dzięki! Na pewno się postaram na któryś koncert dotrzeć. Wracamy do Waszych wydawnictw. Gdybyś miał porównać trzy ostatnie płyty, to jakbyś określił rozwój kapeli? Czy można mówić o wykrystalizowanym stylu? Ja nie potrafię wskazać, która jest lepsza.

Każda z naszych ostatnich trzech płyt ma swój specyficzny klimat, wszystkie je szanuję i cenię, jestem z nich zadowolony. Osobiście najbardziej cenię sobie jednak nasz ostatni album No Way Out, ze względu na jej mroczniejszy charakter i chyba fakt, że byłem zaangażowany w jej tworzenie jak nigdy wcześniej. Dodatkowo uważam, że udało nam się na tym albumie uzyskać niezłe brzmienie. Ciągle jednak uważam, że stać nas na więcej i jeszcze nie powiedzieliśmy ostatniego słowa. Stale się czegoś uczymy i staramy rozwijać. Muzyka uczy człowieka pokory i cierpliwości, jest ciągłym poszukiwaniem i zaglądaniem w głąb samego siebie.

Życzę Wam udanego startu w nowym miejscu, tym razem atak idzie ze Skandynawii, nie zaś z rozgrzanych Włoch. Jest klip. Jak go oceniacie? Warto było? To Wasz pomysł czy wytwórni?

Tak tym razem atakujemy z zimnej Skandynawii i nawet pasuje to do charakteru płyty. Klip do utworu Sweet Isolation tworzyliśmy przy współpracy z realizatorem Adrianem Kawą, jestem z niego zadowolony jak najbardziej, choć nie wszystko zostało zrealizowane w nim tak, jak tego oczekiwałem, moja wizja była bogatsza i bujniejsza od tej, która ostatecznie została zrealizowana. No ale raz – Adrian miał trochę inną wizję, a dwa – dysponowaliśmy dość ograniczonym budżetem. Pomimo tego obraz wyszedł dość ciekawie.

Zakończę tak: z takim albumem, jak najnowszy, nie może się nie udać. Trzymam kciuki! Dwa słowa na finał.

Dzięki za wywiad– naprawdę to już koniec? Nie wierzę! Jeśli dotrwaliście do jego końca, podziwiam za wytrwałość, to chyba jeden z najdłuższych wywiadów, jakiego przyszło mi udzielać. Jeszcze raz zapraszam na nasze sierpniowe koncerty. Oczekujcie naszego kolejnego wydawniczego objawienia, prawdopodobnie już pod inną nazwą. Pozdrawiam, do usłyszenia i zobaczenia. Szanujcie polską metalową scenę, wspierajcie ją, bo jest tego warta jak żadna inna!

Tomasz

Tomasz

Jako totalne beztalencie muzyczne mogłem zostać tylko internetowym krytykantem, tfu, recenzentem. W wolnych chwilach nabijam kabzę spekulantom sprzedającym płyty CD.
Tomasz

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .