Heretique: „siła kapeli tkwi w napierdalaniu”

Ostatnimi czasy Via Nocturna rozwija swoje żagle, czego przykładem jest obecność zespołu Heretique w katalogu wytwórni, którego najnowsze dzieło De Non Existentia Dei jest świadectwem piekielnie (nie)dobrego połączenia death i black metalu. Warto się nad nim pochylić, o czym macie okazję przeczytać w mojej recenzji. Tymczasem skontaktowałem się ze Strzygą, który opowiedział mi znacznie więcej o tzw. „zapleczu” najnowszego krążka, lecz nie tylko o nim…

Witaj Strzyga! Na wstępie zapytam, jak się czujesz jako „stary wyga” polskiej sceny metalowej? Nie uszło z Ciebie powietrze i nie zraziłeś się do grania muzyki „diabelskiej” i zdecydowanie „mało komercyjnej”?

Cześć! No z tym starym wygą to trochę przesadziłeś. Ja bym powiedział raczej… „Młody Wilk”(śmiech). Może zwiódł Cię mój spuchnięty od bimbru ryj i siwe włosy – zapewniam Cię, że to tylko złudzenie. Ale prawda jest taka, że nie zamierzam rezygnować z tego, co jako jedna z nielicznych rzeczy przynosi mi satysfakcję (w moim zapchlonym żywocie). Może to i banalne i mało skromne, ale mam takie wrażenie, że bycie częścią kolektywu jakim jest band; dzielenie z nimi dech na scenie to jedyna rzecz, która sprawia, że czuję się spełniony.

Nowy rok rozpocząłeś z Heretique w iście mistrzowskim stylu. Nowy album De non existentia Dei posiada niepokojący feeling, mocne kompozycje w postaci ciężkiego black/death metalowego łomotu. Jak z dzisiejszej perspektywy oceniasz swe najnowsze dzieło?

Nie wiem co mam rozumieć przez pojęcie „niepokojący feeling”; na razie nikt nie popuścił ekskrementów podczas słuchania, przynajmniej nic nam o tym nie wiadomo (śmiech). A tak na poważnie – ciężko mi to oceniać. Jak wałkujesz ciągle ten sam materiał, to po którymś tam razie staje się on dla Ciebie bezpłciowy. Przynajmniej ja tak mam. Poza tym są osoby, które stricte się zajmują ocenieniem i chyba im tą kwestię pozostawię.

Pierwsze informacje o nagraniu ścieżek na nowy krążek pochodziły z kwietnia zeszłego roku. Czemu tak długo zwlekaliście z rejestracją całego materiału?

Nie chcieliśmy sobie narzucać jakichkolwiek ram czasowych, żeby nie robić nic na siłę; i ten fakt można przedstawić jako główny powód. Kolejny to nasze prace, które niejednokrotnie kolidują z czasem przeznaczonym na muzykowanie. O tym, kto się opierdalał przy nabijaniu tracków przez grzeczność nie wspomnę (śmiech). Poza tym dość sporo czasu pochłonął nam mastering – przez co brzmienie na De Non… jest naprawdę dopieszczone i fakt ten nie ulega wątpliwości. Jak ktoś się będzie chciał przyjebać to na pewno nie do brzmienia.

Postawiliście na produkcję w różnych studiach nagraniowych. Bębny były rejestrowane w No Fear pod czujnym uchem Krzysztofa Leona Lenarda, wokale w Czyściec Studio Nihila, a gitary u Piotra Nowaka w Młyn Studio. Opowiedz o zdarzeniach związanych z pracą z tymi realizatorami?

W ”No Fear” i „Czyśćcu” nabiliśmy jedynie tracki (perkusja i wokale). Cała reszta była rzeźbiona u Piotrka w „Młynie” i zajęła praktycznie 6/8 całkowitego czasu poświęconego na rejestrację naszych utworów. Stało się tak, ze względu na brak sprzętu do nagrywania bębnów i wokali. „No Fear” znamy już dobrze z poprzednich realizacji więc nie zastanawiając się długo wybraliśmy Leona do nabicia bębnów. Jeśli chodzi zaś o kwestię wokali to nagrałem je podczas dwóch enigmatycznych sesji u Nihila w „Czyśćcu”. Ot cała historia.

Heretique 2016 cd

Obróbka dźwięku została wykonana przez Piotrka w Młynie. Czy jego osoba wpłynęła na to jak brzmi dziś Non existentia Dei?

Oczywiście że tak! Piotrek Nowak nie tylko zajął się masteringiem, ale stał się przede wszystkim producentem De Non… Gitarzyści przy nabijaniu ścieżek dostali potężny wpierdol; tam nie było miętkiej gry; Piotrek przejechał nimi po podłodze i wykręcił ich jak szmaty. Często też służył radą, niejednokrotnie proponując zmiany w aranżu którejś z gitar (czasami były to zaledwie małe smaczki – ale za to jak dodały kunsztu riffom). Tak naprawdę to On jest „szarą eminencją” tej płyty. Peter (Gitara) przesiadywał tam długie miesiące łamiąc palce na solówkach, a jego wątroba nabrzmiała do wielkości arbuza (śmiech).

Na najnowszym krążku słychać, że klasyczny wymiar death metalowego wyziewu był dla Was główną inspiracją, ale chciałbym zapytać o From the Black Soil, który osadzony jest już w black metalu. Skąd pomysł na taki nagły zwrot akcji?

Numer ten lirycznie odbiega tematyką od pozostałych, to też celowo „zakotwiczyliśmy” w nim nuty Black Metalu. Chcieliśmy, żeby od początku do końca odbiorca miał świadomość, że jest on o czymś innym, nawet jeśli nie ma przed oczami tekstu. I jak widać pomysł ten się sprawdził. W odróżnieniu od pozostałych utworów From The Black Soil jest związany z tematyką Śląska; opowiada o jego wzlotach i upadkach; o bratobójczych bitwach; jest pieśnią, którą napisałem pod wpływem szargających mną potężnych emocji; jest to też wyraz szacunku dla moich przodków. Myślę, że forma Black Metalu akurat najlepiej ukształtowała strukturę tego utworu. Zawsze klęczę jak gramy ten numer na żywo.

Jak w ogóle przychodzą inspiracje do tworzenia w Heretique? Siedzicie z instrumentami po ciemku w garażu, czy sali prób? Organizujecie jam session i nagrywacie swoje improwizacje?

Bywa i tak. Czasem ktoś przyniesie pomysł, który potem jest wspólnie obrabiany, łączony z innym, mielony, łamany. Zdarza się się też tak, że Strzyga przyniesie gotowy numer i go tam pitoli kalecznie chłopakom (bo grać nie umie); oni stwierdzają, że jest chujowy i mam wypierdalać, a suma sumarum i tak go potem gramy (śmiech) – patrz utwór Dimension. Tak, że – taka sytuacja.

Nakręciliście świetny klip do utworu Dimension. Czemu akurat on został wybrany?

Poprzednie dwa klipy nakręciliśmy do szybkich, dynamicznych utworów. Tym razem chcieliśmy stonować nastrój, przyciemnić światło, zwolnić tempo. Dodatkowym bodźcem, który ułatwił nam wybór był pomysł Hektora (reżysera), który zaproponował nagrywanie z elementami slow – motion.

Obraz zrealizowaliście z ogromnym rozmachem. Wszystko wyszło bardzo profesjonalnie. Aktorzy, który odegrali swe role spisali się znakomicie. Kto odpowiada za zrealizowanie tego projektu?

Realizacją video do utworu Dimension zajął się Hektor Werios, któremu z tego miejsca pragnę serdecznie podziękować, za to, że odwalił kawał świetnej roboty. Chłop naprawdę ma „łeb na karku”, bezlik pomysłów i zajebiste podejście do tego, co robi. Generalnie bardzo fajna przygoda. Co prawda nad ranem – pod koniec zdjęć wszyscy chodzili jak zombie, ale i tak bardzo miło wspominam tamten wypad; a kondycję podrasowaliśmy czterdziestoprocentowym sokiem, dzięki czemu aktorzy i statyści dzielnie znosili niską temperaturę i dali z siebie wszystko – wielki ukłon dla Nich!

Poza ciekawą scenerią umila oko pewna naga niewiasta. Jakie musiała spełniać kryteria, by zakwalifikować się do ścisłego finału i wreszcie wystąpić w teledysku?

(śmiech) Tą kwestią zajął się Hektor. Generalnie wyglądało to w ten sposób, że koleżanka odezwała się na naszego facebooka, po czym przekierowaliśmy ją do Hektora po dokładne informacje i wskazówki. Tak naprawdę do końca nie wiedzieliśmy kto jaką kwestię będzie odgrywać, dlatego nie ustalaliśmy żadnych kryteriów i nie bawiliśmy się w żadne castingi. Zaskoczył nas fakt, że w ogóle był jakikolwiek odzew na nasze ogłoszenie (ku naszej uciesze ofkors).

Heretique clip 2

Gdzie chcielibyście zajść, co osiągnąć z Heretique?

Kurczę, muszę przyznać, że jest to dobre pytanie… obecnie ścieramy się z naszą szarą rzeczywistością, więc nasze cele skupiają się przede wszystkim na niedalekiej przyszłości. Na chwilę obecną chcemy dobrze wypromować nasz nowy materiał, a najlepiej promuje się materiał grając sztuki.

De non existentia Dei to w wolnym tłumaczeniu nieistnienie Boga. Bóg jako postać fikcyjna już z zasady nie może istnieć – Wy jednak poczuliście potrzebę podkreślenia tej teorii. Do kogo kierujecie te słowa?

Słowa te kierujemy do każdego. Skoro „słowo boże” jest kierowane do wszystkich to i „słowo świeckie” też może. Słowa te skierowane są i do ludzi „naszego pokroju” – po to aby nie poczuli się osamotnieni w swoich tezach i poglądach; jak i dla tzw. „wiernych” – min po to, żeby zatrzymali się na chwilę w swoim ślepym (świętym) galopie, odłożyli krucyfiks, odłożyli różaniec, modlitewnik i choć przez moment zastanowili się nad formułami, które tak codziennie klepią z pamięci(nad ich sensem); żeby choć przez chwil kilka zaczęli je analizować; żeby czasem poczytali też inne książki… ale z drugiej strony nikogo na siłę nie zamierzamy przekonywać.

Tytuł Waszej nowej płyty De non existentia Dei łudząco przypomina dzieło filozofa Kazimierza Łuszczyńskiego, który w XVII wieku stworzył koncepcję społeczeństwa bezklasowego. Opowiedz o tej postaci, czemu stała się ona aż tak ważna dla Twojego zespołu, że postanowiłeś poświęcić jej najnowszy album?

Płyta De non … nie tyle łudząco przypomina, co w rzeczy samej jest hołdem złożonym Kazimierzowi Łyszczyńskiemu – pierwszemu polskiemu Herytykowi. Pomimo faktu, że XVII wieczna Polska nosiła miano państwa wolnego od stosów, został on publicznie osądzony, skazany na śmierć i w końcu stracony – za to, że był ateistą. Spod jego pióra wyszedł właśnie traktat De non existentia Dei, który niestety (w oryginale i jako jedyny egzemplarz) został zniszczony przez kościół (to tak w wielkim skrócie). Powiem więcej: tekst naszego sztandarowego numeru, o tym samym tytule to ( przełożony na język angielski) fragment tegoż właśnie traktatu, który uchował się w Bibliotece Kórnickiej. Ogólnie jest to bardzo ciekawa historia, która ukazuje hipokryzję kościoła i dla tego chcieliśmy ją ukazać światu.

Ten filozof popełnił pierwszy polski traktat filozoficzny, prezentujący rzeczywistość z perspektywy dialogu wierzącego z ateistą. Według niego koronnym argumentem na rzecz ludzkiego pochodzenia religii była obecność wielu sekt i grup religijnych. Został on skazany na wyrok śmierci za ateizm. Dziś pomimo, iż mamy XXI wiek osoby wyrażające poglądy antyreligijne są piętnowane. Czy wyobrażasz sobie, że singiel Heretique mógłby być puszczony w oficjalnym radiu?

Nie tworzymy muzyki z tą myślą, żeby leciała ona w komercyjnych rozgłośniach. Z resztą pokaż mi , która komercyjna stacja puszcza w biały dzień takie kawałki – w tej kwestii jesteśmy realistami. Myślę, że dla ludzi „tego dziwnego pokroju” Metal jest bardzo nieczytelny i nie mają oni zielonego pojęcia, jaki przekaz mamy na celu. Dla nich po prostu jesteśmy „szatanistami” z długimi kudłami, którzy będą się za swoje grzechy smażyć w piekle. Ja z tego błędnego myślenia nie zamierzam nikogo wyprowadzać; bo czy będę drzeć ryja o wojnie, czy będę drzeć ryja o szatanie, czy o jego nie istnieniu – to im to różnicy nie zrobi. Tak czy siak, jak będą chcieli to mnie oplują.

Kawałki z nowego krążka posiadają ogromny potencjał koncertowy. Poza death i black metalem słyszę u Was dużo groove i taki styl znakomicie sprawdza się na koncertach. Czy macie w planach szerzenie herezji na żywca?

Oczywiście!!! Moim zdaniem cała siła kapeli tkwi w napierdalaniu na lajfie. Wtedy tak naprawdę widać jaki zespół ma potencjał; bo – nie oszukujmy się – w dobie dzisiejszej techniki materiał studyjny to sobie może każdy nagrać i dopieścić.

Heretique live

Poza działalnością muzyczną związany jesteś z festiwalem Niech Cisza Milczy. W tym roku szykuje się już piąta edycja festu. Jakich zespołów możemy się spodziewać w tym roku?

Fakt. W sumie główne skrzypce gra Bocian (Spatial) i to on o wszystkim decyduje – jak Prezes (śmiech); ja pełnię jedną z pobocznych funkcji. Dlatego też nie będę wyskakiwać prze szereg i tylko co mogę: to polecić śledzenie „festiwalowego facebooka”, gdzie sukcesywnie jest aktualizowany line-up.

Dzięki za wywiad. Na koniec proszę o kilka słów dla czytelników Kvlt Magazine.

Również dziękuję za chęć przeprowadzenia konwersacji z tak mało interesującą osobą jak ja…
Pozdrawiam wszystkich i zapraszam na koncerty Heretique!

About Tomash

Uprawiam pisanie do góry nogami.
This entry was posted in Wywiady. Bookmark the permalink.