Johannes Persson (Cult Of Luna): “Ważna jest harmonia dobra i zła”

Szwedzka gwiazda post metalu, Cult Of Luna, udowodniła swoim ostatnim albumem A Dawn To Fear, że pomimo 20-letniego stażu na scenie, wciąż potrafi nagrywać świeżą, porywającą i pełną pasji muzykę. Przy okazji wyczekiwanego koncertu grupy w warszawskiej Progresji udało nam się porozmawiać z wokalistą grupy, Johannesem Perssonem.


 

Kamil Downarowicz: Wielu krytyków muzycznych twierdzi, że Wasz ostatni album „A Dawn To Fear”, który niedawno miał swoją premierę, jest najlepszym wydawnictwem w całej 20-letniej karierze Cult of Luna. Zgadzasz się z takimi opiniami?

Johannes Persson: Cóż, na pewno sama praca nad tą płytą była ogromnie satysfakcjonująca, odbyła się w znakomitej atmosferze i bez większych problemów… wiesz, zawsze jest tak, że kiedy wydajesz nowy materiał, to masz cichą nadzieję, że oto właśnie nagrałeś najlepszą i najbardziej ambitną rzecz w swoim życiu. Dopiero późniejsze zderzenie z rzeczywistością weryfikuje, czy miałeś rację. Prawda jest też taka, że obiektywnie ocenić dany album można dopiero w dłuższej perspektywie czasu, kiedy pewne emocje i oczekiwania ostygną. Patrzysz wtedy chłodno na robotę, którą wykonałeś, widzisz jej wszystkie zalety i wady.

W przypadku „A Dawn To Fear” rzeczywiście dochodzą do mnie głosy, że nagraliśmy bardzo dobrą płytę, może nawet najlepszą. To oczywiście ogromnie mnie cieszy, bo potwierdza, że pomimo upływu lat wciąż jesteśmy zespołem, który potrafi stworzyć coś świeżego, co podoba się ludziom i ma nich wpływ.

„A Dawn Of Fear” – co dla Ciebie osobiście oznacza ten tytuł?

Traktuję ten tytuł, jako swoiste zaklęcie, które ma mi przypominać o tym, że pewne bardzo przykre w życiu są nieuniknione. Możesz mieć wspaniałe życie, kochającą rodzinę, oddanych przyjaciół, ale i tak w końcu zetkniesz się z czymś, co cię bardzo zaboli. Ktoś z twojej rodziny umrze, inny zachoruje, popadnie w poważne kłopoty. Ostatecznie ty sam przecież pewnego dnia umrzesz. To naturalne procesy w życiu.

Myślenie o tych sprawach jest, co prawda, dość depresyjne, ale posiada w sobie także pewien aspekt pozytywny, ponieważ daje ci czas i siłę, by się na te wszystkie przykre sprawy odpowiednio przygotować. Nie możesz ignorować negatywnych stron życia i skupiać się jedynie na pozytywach, bo w pewnym momencie okaże się, że żyłeś w iluzji, w bańce bezrefleksyjnego optymizmu. Ważna jest harmonia dobra i zła. Tylko dzięki świadomości jak wszystko jest kruche, będziesz w pełni mógł docenić dar, którym jest życie, ze wszystkimi jego zaletami i wadami.

Wydaje mi się, że przy okazji tej płyty na nowo odnaleźliście w sobie pewnego rodzaju świeżość artystyczną, oddaliście fantastyczną energię oraz olbrzymie pokłady emocji, których być może brakowało na ostatnich krążkach.

Każdy ma prawo do swoich opinii w tym kontekście. Jedni twierdzą tak, inni inaczej, i to jest oczywiście dla mnie ok. Cieszy mnie to, że muzyka, którą z chłopakami tworzymy, wywołuje żywe dyskusje i emocje. O to przecież chodzi. Nie będziemy się obrażali na nikogo za to, że mówi, jacy to jesteśmy do bani. To byłoby po prostu śmieszne i małostkowe z naszej strony. Nie jesteśmy tego typu zespołem. Zawsze z chęcią i zainteresowaniem wsłuchujemy się w konstruktywną krytykę, bo to pomaga nam rozwijać się i rosnąć.

Z całą pewnością też złagodnieliście, jeśli chodzi o brzmienie. Nie zrozum mnie źle, to nie jest absolutnie żaden zarzut, po prostu wydajecie się obecnie dużo bardziej dojrzali, doświadczeni.

Jest w tym pewnie trochę prawdy. Człowiek dojrzewa, zmienia się z wiekiem, a co za tym idzie, zmienia się także muzyka, którą tworzy. To naturalny proces. To dobrze, że nie stoimy w miejscu, jak niektóre inne kapele. Sam na pewno znasz grupy, które wciąż grają tak samo, i wiesz, że nie jest do końca przyjemny widok. My nadal staramy się rozwijać, nie zamykać się w ciasnej szufladzie. Wydaje mi się, że wychodzi nam to dość dobrze.

Wylądowaliście pod skrzydłami wytwórni Metal Blade Records. Jakie macie wobec niej oczekiwania? Liczycie, że wskoczycie na wyższy level na rynku muzycznym?

Od zawsze mierzyliśmy wysoko, więc to dla nas nic nowego. Nie oczekujemy też, że wytwórnia będzie miała wpływ na to, jak będziemy brzmieć. Bardziej liczymy, że z powodzeniem zajmie się… nazwijmy to, „rzeczami organizacyjnymi”. I to Metal Blade Records robi właśnie znakomicie. Czujemy się, że trafiliśmy na ludzi, którzy nas rozumieją i podzielają nasze pasje muzyczne. To tak, jakby znaleźć się w domu, w którym czujesz się dobrze, bezpiecznie i na swoim miejscu.

Scena post-metalowa ma już za sobą sporą historię. Twoim zdaniem, w jakiej znajduje się ona obecnie kondycji?

Szczerze powiedziawszy nie mam pojęcia! (śmiech). Nie śledzę zupełnie, co dzieje się w tym światku. Może w końcu powinienem zacząć?

Czy zespół o takim statusie jak Cult Of Luna utrzymuje się we współczesnym świecie tylko i wyłącznie z grania? Czy może jednak musicie gdzieś „dorabiać na boku”?

Nie tyle musimy, co chcemy to robić z własnej, nieprzymuszonej woli. Dawno temu, koło 2005 roku, postanowiliśmy wspólnie, że nie poświęcimy się zawodowo tylko i wyłącznie pracy w zespole. Nie czuliśmy takiej potrzeby. Gdybyśmy podjęli wtedy inną decyzję, to musielibyśmy cały czas przebywać w trasie, grać wiele koncertów, wciąż dawać wywiady i dbać o marketing, aby zarobić przyzwoite pieniądze. A nam kompletnie na tym nie zależało i nie zależy. Nie chcę być w trasie przez cały czas, nawet nie wiesz, jak męczący potrafi być taki tryb życia. Spróbuj pojechać w zimie w trasę po Europie, to naprawdę nie lada wyczyn. Wciąż zimno, depresyjnie za oknem busa…nic fajnego. Dlatego wszyscy mamy „normalne”, regularne prace, które lubimy, i w których dobrze zarabiamy.

Moim zdaniem jesteśmy więc w bardzo uprzywilejowanej pozycji. Nie musimy martwić się, czy sprzedamy dużo czy mało płyt, i czy „zarobimy na siebie”. To daje nam artystyczną wolność i spore pole działania. Nie musimy odcinać kuponów, pisać hitów i podlizywać się nikomu.

Zagraliście w swojej całej historii kilkanaście dużych i małych tras. Którą z nich wspominasz najlepiej, a którą najgorzej?

Zdecydowanie najlepiej wspominam naszą pierwszą trasę. Chodzi zapewne o efekt świeżości. To było dla na zupełnie nowe doświadczenie, wszystko było nowe, zaskakujące. Teraz koncerty i trasy to po prostu część naszej pracy, w której panuje pewna rutyna. Śpisz w busie, wstajesz, próbujesz ćwiczyć fizycznie, by być w dobrej formie, potem jedziesz na próbę dźwięku, grasz koncert, wypijasz piwo i idziesz spać do busa…to naprawdę mało ekscytujące zajęcia. A podczas naszej debiutanckiej trasy chłonęliśmy wszystkie te rzeczy z neofickim entuzjazmem. Do tego występowaliśmy wspólnie z The Dillinger Escape Plan, czyli zespołem, który uwielbialiśmy. Byliśmy w europejskiej trasie jakieś siedem tygodni, to był naprawdę długi i intensywny okres w naszych życiach. Lubię czasem wracać do niego wspomnieniami.

Co nie oznacza, że obecnie granie koncertów nie sprawia mi przyjemności. Jest wręcz odwrotnie. Nasze trasy są przygotowywane z najwyższym profesjonalizmem, każdy szczegół mamy dopięty na ostatni guzik.

Czy na tej trasie koncertowej korzystacie z dwóch perkusistów na scenie, jak bywało to czasami w przeszłości, czy gra z Wami jeden pałkarz?

Na koncercie w Polsce zobaczycie dwóch perkusistów. Taka konfiguracja według mnie sprawdza się wyśmienicie.

Na koniec coś w innym „klimacie”. Ostatnio głośno jest o Twojej rodaczce Grecie Thunberg. Śledzisz jej działalność?

Heh, nie spodziewałem się takiego pytania! Z całą pewnością jest to bardzo inspirująca dziewczyna, od której my dorośli, możemy się wiele nauczyć. Dla mnie osobiście robi ona dwie bardzo ważne rzeczy. Po pierwsze, daje nam nadzieje na przyszłość, prowokując przy tym głupich ludzi do głupich reakcji, co jest dla mnie przezabawne, a po drugie edukuje nas wszystkich na temat klimatu, sprawia, że jesteśmy mniejszymi ignorantami w tej dziedzinie. Pewnie wiele osób zmieniło swoje nawyki konsumenckie dzięki Grecie, i to jest naprawdę super sprawa.

Też byłem kiedyś pełnym gniewu dzieciakiem, któremu bardzo nie podobało się to, w jaki sposób funkcjonuje wiat. Ale nie miałem nawet połowy zapału i mocy sprawczej, którą posiada obecnie Greta. Jeszcze niedawno siedziała przed budynkiem szwedzkiego parlamentu całkowicie sama (swoją drogą to dosłownie kilka kilometrów od mojego domu) i protestowała. Teraz stoją za nią miliony ludzi na całym świecie, to naprawdę niesamowite. Wyobraź sobie, że masz 16 lat i jesteś w stanie rozmawiać ze światowymi liderami, wywierać na nich nacisk…nie ogarniam tego umysłem (śmiech).

Sam interesujesz się takimi kwestiami, jak środowisko, zmiany klimatyczne itp.? Czy raczej nie zajmujesz tym sobie głowy?

Tak, zdecydowanie. Jeśli przy obecnym stanie wiedzy naukowej masz nadal w dupie środowisko, to znaczy, że jesteś totalnym ignorantem. Wiesz, ja posiadam własne dzieci, więc to jest też dla mnie sprawa bardzo osobista, nie tylko globalna. Kiedy słyszałem przemówienie Grety w UN, czułem się wstrząśnięty i wzruszony. Te wszystkie makabryczne rzeczy, które kiedyś się wydarzą, dotkną przecież dużo bardziej właśnie moje dzieci niż mnie samego.

Powiem ci coś jeszcze. Pod koniec lat 90. Studiowałem historię ekonomii i już wtedy podręczniki mówiły o tym, co czeka naszą planetę, jeśli nie zmienimy sposobu, w jaki żyjemy. Niektóre rzeczy, o których wtedy czytałem, dzieją się już teraz. Wymieranie gatunków, dewastacja przyrody itp. To ma miejsce właśnie w tej chwili, gdy sobie tak miło rozmawiamy. Kiedy 20 lat temu o tym pierwszy raz usłyszałem, była to dla mnie czysta abstrakcja, która obecnie nabrała bardzo realnych, przerażających kształtów. Bardzo dobrze, że społeczności na całym świecie, w tym i moja skromna osoba, domagają się radykalnych zmian i działań ze strony rządów.

Dziękuję za rozmowę i do zobaczenia wieczorem!

Za pomoc w przygotowaniu wywiadu dziękujemy Winiary Booking i Łukaszowi Andrzejewskiemu. 

Tagi: , , , , , , , .