Krzysztof “Prosiak” Owedyk: ,,Nie konkuruję z polityczną rzeczywistością”

Rodowity Polak, niezależny twórca komiksów i rysownik trzeciego obiegu; zasłynął przede wszystkim wśród członków kontrkultury punk, szczególnie za sprawą pasków komiksowych w zinie Pasażer. W 2016 roku zrobiło się o nim głośno za sprawą komiksu “Będziesz się smażyć w piekle“, w którym dość dosadnie, ale z pewną dozą specyficznego humoru opowiedział o przyjaźni, miłości i odpowiedzialności w oparach metalowego świata. Publikacja spotkała się z dużym odzewem, nic więc dziwnego, że komiks doczekał się kilku nagród, takich jak Nagroda Polskiego Stowarzyszenia Komiksowego czy Nagroda Międzynarodowego Festiwalu Komiksu w Łodzi. Przed Państwem Krzysztof Owedyk, znany jako Prosiak, z którym miałam przyjemność porozmawiać podczas tegorocznej Metalmanii dzięki uprzejmości Metal Mind Productions. Zapraszam!

Cześć! Jestem Ada i reprezentuję webzine Kvlt. Miło mi, że możemy porozmawiać. Zacznijmy więc od  Twojego pseudonimu. Skąd taki pomysł? Czytałam już dwie różne historie z nim związane i zastanawiam się, która z nich jest prawdziwa.

Najprawdziwsza prawda jest taka, że na około 18-letnią starość przeczytałem sobie “Kubusia Puchatka” i zostałem fanem Prosiaczka. Zrobiłem sobie z nim przypinkę, którą nosiłem gdzieś między naszywkami czy własnoręcznie malowanymi koszulkami Voivod, Samhain, D.R.I., Napalm Death. Nie udało mi się nimi zaimponować koleżankom z liceum plastycznego. Zdawały się ich nie dostrzegać, ale wiadomo, że słodkie zwierzątko wypatrzą wszędzie… No i zaczęły mnie przez tę przypinkę zwać Prosiakiem.

Opowiedz nieco o swojej działalności. Tworzysz grafikę, rysunki od dawna. Skąd pomysł na subkulturowych bohaterów?

Komiksy rysowałem już jako 13-latek. Fantastykę, fantasy, potwory, rakiety, roboty, wybuchy atomowe i inne przygody. Zwykłymi cienkopisami, potem piórkiem i tuszem, a kolorowałem kredkami i akwarelami. Początkowo w zeszytach w kratkę i linie, bo za komuny nie było co wybrzydzać. Oczywiście była to twórczość do szuflady. A kilka lat później byłem już zbuntowanym młodzieńcem słuchającym punka i hardcore’a. Scenę hc/punk tworzyli tacy ludzie jak ja, i dla takich jak ja. Metoda DYI powodowała, że nie było potrzeby oglądania się na wydawców czy wytwórnie, bo sami je tworzyliśmy. Pozwoliło mi to uczestniczyć dość aktywnie w życiu sceny: współpracowałem z wieloma kapelami, sklejałem fanziny, projektowałem wzory na koszulki, na okładki kaset i płyt, a przed wszystkim prowadziłem bogatą korespondencję i dzieliłem muzyczną pasję. A kiedy zetknąłem się z pierwszymi artzinami i zinami komiksowymi („Zakazany Owoc” Pały, „Schizol” Tarasa), to było dla mnie jak oświecenie. Wiedziałem już, że nie muszę rysować do szuflady, że sam mogę wydawać swojego autorskiego zina. Zacząłem zatem tworzyć komiksy o środowisku, w którym się obracałem i dla tego środowiska.

Twoje komiksy mocno nawiązywały i uderzały w sprawy polityczne, odnosiły się do ówczesnej rzeczywistości. Rozumiem, że obecna sytuacja Polski  jest wciąż tak, powiedzmy – interesująca, jak ta z ubiegłych dekad?

Obecna sytuacja Polski to raj dla satyryków i rysowników komiksów społeczno-politycznych. Powiedziałbym nawet, że to czas żniw! Urodzaj lepszy niż kiedykolwiek. Często mam wrażenie, że rzeczywistość bije na głowę moje historie z dawnych komiksów. Można garściami czerpać pomysły z mediów i nawet ich nie zmieniać. Sam bym tego lepiej nie wymyślił. Dlatego nie konkuruję z polityczną rzeczywistością, nie mam szans. Staram się skupić na dłuższych historiach, na czymś ponadczasowym.

Czy widzisz jakieś zmiany na scenie komiksowej?

Zależy jaki okres wziąć pod uwagę. Jeśli mówimy o moich fanzinowych początkach i współczesności – to jasne, jest różnica. Kiedy zaczynałem publikować, upadały wielkie wydawnictwa komiksowe, na ich miejsce powstawały nowe, wydające komiksy w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy i też upadające, bo nikt już nie chciał tego kupować. Znikali dawni klasycy, na których wszyscy się wychowali. Do dziś stykam się z ludźmi, dla których polski komiks zatrzymał się na Tytusach i Kajku i Kokoszu. Są zaskoczeni, że ów żyje, że coś się rysuje i wydaje. Nakłady są oczywiście nieporównywalnie niższe, za to oferta bogatsza. Są też komiksy wydawane niezależnie, autorsko, ale raczej rzadko jest to komentarz społeczno–polityczny. Ten raczej przeniósł się do internetów i realizowany jest często w formie pojedynczych rysunków satyrycznych i memów. To tak w wielkim skrócie. Natomiast jeśli chodzi o moją działkę, to też się sporo zmieniło. Przede wszystkim zrzuciłem z siebie ciężar wydawania i dystrybucji komiksów na wydawcę, aby móc poświęcić się tylko rysowaniu. Natomiast nadal tworzę niezależnie. Nie rysuję komiksów na zlecenie, realizuję się w komiksie autorskim.

Pozostańmy w temacie sceny. Jakie są Twoje upodobania muzyczne? To prawda, że tworząc „Będziesz smażyć się w piekle”, przy pracy towarzyszył Ci ambient?

Tak, ale tylko w niektórych etapach pracy nad komiksem. Głównie na początku, podczas pracy nad scenariuszem. Muszę wtedy skoncentrować się na słowie pisanym, myśleć nad dialogami, a muzyka z wokalem przeszkadza mi wtedy tak samo, jak gadanie żony…  Później, w trakcie researchu i szkiców mogę włączyć już coś głośniejszego, albo coś, co wyobrażam sobie jako ścieżkę dźwiękową do rozgrywanej sceny. W ostatniej fazie, gdy kładę tusz i powstaje gotowy rysunek, to w tle może już lecieć wszystko, łącznie ze słuchowiskami i audiobookami, bo to już jest ta faza, gdy myśli są gdzie indziej, a rysuje się niejako automatycznie. Jest to zresztą mój ulubiony etap. Następnie jest skanowanie, obróbka i wpisywanie tekstów w dymki i tu znowu wracam do ambientu ze względu na pisany tekst.

Oczywiście nie jest to pogodny ambient, jakieś newage’owe plumkanie. To musi być dark ambient, jak Raison d’etre, Desiderii Marginis, Atrium Carceri czy Alphaxone, ewentualnie z jaśniejszych rzeczy Steve Roach czy Tor Lundvall.

Podczas pracy nad “Będziesz smażyć się w piekle” słuchałem masy metalu, jaką byłem raczony przez wspierających mnie kolegów – jeden z nich zaprojektował logo i wszystkie okładki Deathstar, drugi został uwieczniony w komiksie jako techniczny zespołu Deathstar. Przez trzy lata pracy można naprawdę wiele muzyki wysłuchać, trudno tu coś wyróżniać.

Oczywiście był też punk, post-punk, hardcore, industrial i pop z lat 80. Nie wyobrażam sobie tworzenia bez dźwięków!

Krążąc wokół muzyki, nie mogę nie wspomnieć o Metalmanii. Byłeś na wcześniejszych edycjach? Jeśli tak, na pewno widzisz różnice w formie tego festiwalu. Jak podoba Ci się ta obecna?

Ostatnie Metalmanie, na jakich byłem, miały miejsce jakieś 30 lat temu. Więc rzeczywiście, porównując z tegoroczną, były pewne różnice… Po pierwsze, nie zauważyłem, żeby załogi ze Szczecina kogoś kroiły. Ani milicja. W ogóle była zadziwiająco sielska, spokojna, przyjazna atmosfera. Bardzo mi się to podobało. Zmieniła się również średnia wieku fanów, jak i muzyków. Mniej ludzi z wąsami, za to więcej z przerzedzonymi włosami… Nie przypominam też sobie, aby kiedyś w Spodku można było kupić płyty, koszulki, naszywki, książki i inne cuda. Nie mówiąc o jedzeniu. I nie mówiąc o akcentach kulturalnych, jak wystawa logotypów czy – na wcześniejszej edycji – wystawa fotografii koncertowej. I nie mówiąc o nagłośnieniu czy oprawie wizualnej. W sumie nie ma ani jednego punktu, w którym obecna forma nie przebiłaby starej. Może tylko sentymentu do starych kapel, ale to już zupełnie inna bajka, rządząca się innymi prawami.

Byłeś też jednym z gości specjalnych Metalmanii AD 2018. Jak doszło do współpracy?

O to najlepiej zapytać organizatorów, bo to oni mnie zaprosili. Zaczęło się od Wojtka Kałuży z Metal Mind Productions, który zapytał, czy nie przyjechałbym ze względu na oddźwięk, jakim cieszy się w metalowym świecie mój komiks. Później wszystko dla mnie i Kultury Gniewu organizowała i koordynowała Asia Szyra. Za co chciałbym w tym miejscu bardzo podziękować, bo to strasznie mili i fajni ludzie.

Jak wrażenia po spotkaniu z fanami, czytelnikami, ciekawskimi?

Bardzo pozytywne. Była bardzo serdeczna, niemal rodzinna atmosfera. I było trochę inaczej niż na festiwalach komiksowych, gdzie czytelnik przychodząc z albumem do autora, wie, że dostanie rysunek. Tutaj ludzie byli czasami zaskoczeni, że coś im tam wrysowuję. Jedna dziewczyna przyszła ze swoim szkicownikiem, gdzie rysowała sobie muzyków (np. Asphyx), a ja dołożyłem swojego bazgroła. Byli goście, którzy znali mnie jeszcze z fanzinów z lat 90., były spotkania ze starymi znajomymi po ponad 2 dekadach. Parę osób przyniosło do podpisania moje komiksy sprzed 20 lat. Poza tym nadawaliśmy na tych samych falach, bo łączyła nas pasja do muzyki. Chętnie spotkałbym się jeszcze raz.

Oczywiście muszę też zapytać o Twoje najbliższe plany. Szykujesz coś specjalnego czy może zrobiłeś sobie mały odpoczynek?

Nie ma czasu na odpoczynek! Jesienią ukaże się zbiorcze wydanie „Blixy i Żorżety”, komiksu z czasów punkowych. W przyszłym roku będą „Bajki Urłałckie” – duży zbiór krótkich wiejsko-czarodziejskich opowieści w klimatach absurdalnego i czarnego humoru. Właśnie jestem w trakcie ich rysowania. Natomiast wyobraźnią jestem już gdzie indziej, bo równolegle piszę scenariusz dużego, fabularnego komiksu, którego akcja będzie rozgrywać się w realiach II wojny światowej.  Myślę, że co najmniej rok muszę liczyć na pisanie scenariusza. I wiem, że to będzie dla mnie mój najtrudniejszy do napisania i narysowania komiks. Ale nie będzie to kolejna pompatyczna opowieść typu „chwała bohaterom”. Jak ktoś zna moje komiksy, może mi wierzyć na słowo: nie idę z prądem 🙂

Bardzo dziękuję za rozmowę! 🙂

Latest posts by Adrianna Karandys (see all)

This entry was posted in Wywiady. Bookmark the permalink.