Lilla Veneda: “Sztuką jest potraktować każdy utwór maksymalnie indywidualnie”

Muzyka nie ma granic, inspirować może wszystko, więc czemu by nie wyswatać muzyki ciężkiej z…. wieszczem Słowackim? Da się. Zespół Lilla Veneda z Wrocławia, grający black/death metal, nie miał żadnego problemu z łączeniem sztuki wysokiej. Zapraszam do wywiadu, w którym tajemniczy muzycy opowiedzieli nam o początkach grupy, historii jej nazwy, pracy nad drugim krążkiem i kręceniu pierwszego profesjonalnego teledysku.


Cześć Panowie. Cieszę się, że możemy chwilę porozmawiać, zacznijmy zatem od Waszej wizytówki. Jakie były początki Lilla Veneda? Jak się poznaliście?

Virian: Cześć. Poznałem się z Antrisem w 2010 roku. Zostałem wówczas bez muzyków w Lilla Veneda, która dopiero co raczkowała, a Antris tworzył z kolegami ze swojego zespołu muzykę hardrockową. Kiedy postanowili powołać do życia zespół poruszający się w stylistyce melodyjnego death metalu/black metalu, a ja miałem dołączyć do nich w roli wokalisty/autora tekstów, to stwierdziliśmy, że ich nowa muzyczna ścieżka idealnie wpasowuje się w wizję, jaką miałem na temat muzyki Lilla Veneda, i pod tym szyldem postanowiliśmy kontynuować razem działalność. Skład tak naprawdę ustabilizował się dopiero po wydaniu pierwszej płyty Diagnosis w 2012 roku, kiedy do mnie i Antrisa dołączył Andrew i Kindroth, z którymi znam się od dziecka, ponieważ pochodzimy z jednej miejscowości. Tylko stanowisko basisty było tak naprawdę przechodnie aż do wiosny 2018 roku, kiedy to dołączył do nas Boro, i to jest właściwy człowiek na właściwym miejscu.

Pytanie-pewniak: czym się inspirowaliście, tworząc ostatni album?

Antris: Kiedy układam utwór, kieruje mną jedna podstawowa zasada: gram to, co sam chciałbym usłyszeć na dobrej metalowej płycie. Podstawą jest nie robić nic na siłę, nie ma to sensu. Jest to właśnie tak okrutnie proste. Wiele pomysłów zostało przez lata pominiętych, gdyż nie spełniały moich oczekiwań, czy też nie wpływały na mój gust. Sztuką jest potraktować każdy utwór maksymalnie indywidualnie, zachowując przy tym spójność całego materiału. Czy się udaje? Nie mi to oceniać. Wiem natomiast jedno: wałkując po raz setny ten sam utwór, musi mi się on choć trochę podobać. Co do inspiracji, to ciężko wskazać jedną, konkretną. O muzyce nie wspominam, bo to jest oczywistość. Natomiast na każdy riff składa się duża ilość czynników, np. aktualny stan trzeźwości (śmiech). Każde narodziny utworu niosą ze sobą inną historię, niektóre powstały ze zwykłego zbiegu okoliczności (te zazwyczaj są najlepsze). Reasumując, inspiracją jest życie, które staram się wykorzystać najlepiej jak potrafię.

Fot. Agata Kurczak

Zdradźcie proszę, co oznacza ta, powiedzmy, dość elegancka nazwa zespołu Lilla Veneda. Skąd  w całym pomyśle wziął się Słowacki?

Virian: Oryginalny reprint Lilla Weneda autorstwa Juliusza Słowackiego otrzymałem w prezencie od taty w 1992 roku (doceń proszę inwencję ojca kupującego sześciolatkowi takie dzieło). Wiele lat przeleżał na półce, ale za każdym zwracałem na niego uwagę przechodząc obok, właśnie ze względu na nazwę, która kłuła mnie w oczy. W czasach liceum w końcu dojrzałem do decyzji, by przeczytać to dzieło i wchłonąłem je momentalnie. Wywarło na mnie ogromne wrażenie ze względu na klimat, oraz intrygę w nim opisaną. To jest tragedia na poziomie największych dzieł mistrza gatunku – Szekspira, tyle że ze słowiańskim rodowodem. Czyż może być lepiej? W każdym razie, co do nazwy na zespół, to chciałem żeby była nieoczywista, miała to „coś” w sobie i posiadała drugie dno. Ludzie często ją kojarzą, ponieważ wpisała się na stałe w naszą kulturę. Kiedy po nią sięgną to zrozumieją, że jest to liryczna apoteoza mroku, która idealnie koresponduje z naszą muzyką. By zachęcić ich bardziej, postanowiliśmy nagrać liryczny koncept-album bazujący na tej tragedii, by już w pełni wyczerpać temat. Rozpisałem Lillę Wenedę po angielsku na dziewięć utworów (stworzyłem swoiste jej streszczenie), wplatając kilka moim zdaniem najbardziej pikantnych cytatów w naszym rodzimym języku, by polscy fani mieli punkt zaczepienia. Zauważ, że na naszej pierwszej płycie Diagnosis pojawiły się z kolei cytaty z prozy Josteina Gaardera, norweskiego pisarza, więc motyw literacki jest cały czas obecny. Jest to nasz pomysł na połączenie dwóch, wydawałoby się niekoniecznie ze sobą korespondujących dziedzin sztuki – metalu i literatury. W tym momencie zdecydowanie bardziej przemawia do mnie opisywanie ciekawych historii niż silenie się na tworzenie pseudointelektualnych i napompowanych tekstów, jakich w metalu nie brakuje.

Dzieje się u Was sporo. Niedawno zaprezentowaliście swój pierwszy teledysk, w którym wykorzystaliście fragmenty sztuki teatru Centrala „Lilla Veneda”. Za Wami  również pierwsza trasa koncertowa z Percival Schuttenbach. Jak wrażenia?

Virian: Najpierw klip. Powiem nieskromnie, że robi bardzo dobre wrażenie i na pewno wybija się ponad przeciętność na tle innych klipów zespołów metalowych. Duża ilość pozytywnych reakcji z Polski i nie tylko  na pewno potwierdza tę opinię. Co do ujęć z teatru, to nasz teledysk jest tym razem bardzo ciekawym połączeniem trzech dziedzin sztuki – literatury, teatru i muzyki metalowej. Wszystko to Lilla Weneda/Veneda. Chyba nic więcej nie muszę dodawać.

Trasa z Percival Schuttenbach spełniła w stu procentach nasze oczekiwania. Przypomnę, że zagraliśmy sześć z jedenastu koncertów trasy Druga Tura, Tura. Na każdym gigu było około trzystu szalejących pod sceną osób. Dla tych kilkudziesięciu minut adrenaliny na scenie w takich okolicznościach naprawdę warto poświęcać znaczną część swojego życia dla tworzenia zespołu. Poza tym poznaliśmy też bardzo ciekawych ludzi ze wspomnianego Percival Schuttenbach oraz innych zespołów wspierających: Varmia, Merkfolk i Stelarius, których serdecznie pozdrawiamy. Nowy rok przyniesie kolejne, bombastyczne niusy koncertowe plemienia Venedów…

Ulubiony kawałek z płyty?

Virian: Trudne pytanie. Kwestia indywidualna. Poza tym u każdego z nas zmienia się to jak w kalejdoskopie. Niemniej obraz stworzyliśmy póki co pod Divination, więc niech to będzie wskazówka. 😉

Okładka! Świetna robota, wspaniała kompozycja. Czy możecie coś więcej o niej opowiedzieć – uczestniczyliście w jej powstawaniu czy daliście wolną rękę artystce? Czy planujecie robić koszulki właśnie z tą grafiką (chętnie kupię!)?

Virian: Tak się składa, że Anna Sobczak to moja żona, i bardzo zdolna artystka, która stworzyła dla nas już drugą okładkę oraz cały booklet w najnowszym dziele. Jeśli chodzi o współpracę, to jesteśmy w bardzo komfortowej sytuacji, ponieważ nikt nie zna naszej twórczości tak dobrze jak Ania, i nie musimy jej tłumaczyć, co konkretnie pasowałoby do charakteru naszej muzyki i np. tekstów bazujących na dziele Słowackiego. Mamy podobne gusta i oglądamy, słuchamy podobnych dzieł. Taka swoboda twórcza daje najlepsze rezultaty, co zresztą sama zauważyłaś. Koszulki z motywami z bookletu trafiły już do sprzedaży online. Serdecznie zapraszam do zakupów! Logo z kolei zaprojektował nasz tragicznie zmarły przyjaciel – Wojciech Siudeja. Szalenie zdolny twórca. Niepowetowana strata. Na pewno przez to, co dla nas stworzył część jego będzie cały czas z nami i ludźmi, którzy sięgną po nasze płyty. „Vita brevis ars longa” – „Życie jest krótkie, a sztuka wieczna”.

Jak opisalibyście różnice między Waszymi albumami?

Virian: Zmieniamy się cały czas, zachowując swój pierwotny rdzeń. Jest to nieustanna ewolucja, a nie rewolucja. Gdzie nas zaprowadzi – czas pokaże. Na razie jestem spokojny o to, że nie będziemy się powtarzać, a nasz styl będzie rozpoznawalny. Mamy pomysły na co najmniej kilka albumów.

Muzyka to pomysł na życie czy tylko hobby?

Virian: Muzyka jest od dziecka największą miłością każdego z nas. Oczywiście póki co ma formę hobby. Podchodzimy jednak do tematu najbardziej profesjonalnie jak to tylko możliwe, i jesteśmy ciekawi, gdzie nas to zaprowadzi. W obecnych czasach bardzo ciężko jest się wybić i tylko nielicznym ta sztuka się udaje. Nie nastawiamy się, ale robimy wszystko, co w naszej mocy, by muzyka, jaką tworzymy była wyjątkowa pod każdym względem. Być może właśnie takie podejście jest najbardziej zdrowe i długofalowo przyniesie najlepsze rezultaty.

Najlepsze wspomnienie koncertowe podczas nagrywania materiału czy  promocji?

Virian: Zapytaj mnie proszę za pięć lat. Wierzę, że będę miał wtedy dużo więcej do powiedzenia w tym temacie.

Czy już jesteście rozpoznawalni na wrocławskich ulicach (śmiech)?

Virian: Nie ma o tym mowy, póki co natomiast znamy się doskonale z ludźmi tworzącymi wrocławską i ogólnie polską scenę metalową.

A może macie jakieś muzyczne marzenia dotyczące kolaboracji, artystów, z którymi chcielibyście wspólnie coś nagrać?

Virian: Jeśli w przyszłości będziemy chcieli zaprosić kogoś do współpracy, to będzie to osoba, która może wnieść jakiś magiczny pierwiastek do naszej muzyki. Niekoniecznie chodzi nam o wielkie nazwisko, a o brakujący element w danej frazie. Na naszym najnowszym dziele gościnnie wystąpił Jacek Dzwonowski, utalentowany skrzypek i prywatnie mój znajomy. Dzięki jego partiom wybrane fragmenty brzmią zdecydowanie pełniej, wytwarzając specyficzny nastrój melancholii.

Dziękuję za rozmowę i do zobaczenia na koncertach!

agigagi

agigagi

melodic death metal, female fronted metal, underground, antymainstream
agigagi

Tagi: , , , , , .