Piotr Orban (Cipiersi): “Hejt jest opisem miłości”

Niektórym starszym czytelnikom Kvltu nazwa Cipiersi może się wydać dziwnie znajoma. I to niekoniecznie z powodu swego wydźwięku. Otóż ten pochodzący z Nowej Rudy zespół to nie nowicjusze. Grupa powstała ponad trzydzieści lat temu i w swoim czasie zdążyła sobie wyrobić pewną renomę, zaliczając po drodze kilka festiwali w Jarocinie. W zeszłym roku miała miejsce premiera trzeciego albumu Cipiersów o znamiennym tytule Miłość w dobie hejtu. O albumie i zawiłościach w historii zespołu opowiedział nam jego lider Piotr Orban.

 

Cześć. Przede wszystkim gratuluję pomysłu na oryginalną nazwę. Można ją odczytywać oraz rozumieć na kilka sposobów. Skąd w ogóle przyszedł Wam do głowy taki pomysł?

Zakładając zespół, byliśmy w przedziale wiekowym 17-20 lat. Chcieliśmy w jednym słowie zawrzeć nasze ówczesne fascynacje (śmiech). Ktoś rzucił hasło „Cipiersi”, co wywołało salwę śmiechu, a nazwa jednogłośnie została zaakceptowana. W tym pierwszym okresie byliśmy jajcarską kapelą, która z założenia miała szydzić z wszystkiego i wszystkich, i nie wpisywać się w żaden kanon, zatem nazwa jak najbardziej była właściwa. Wiesz, czterech kolesi w marynarkach, spodniach na szelkach… słowem klimat bigbitowo/post punkowy. Swoją twórczość definiowaliśmy jako thrash reggae, czyli ogólna ropierducha stylistyczna, która miała za zadanie funkcjonować poza utartymi schematami. Co ciekawe, słuchali nas wtedy przedstawiciele wszelkich formacji subkulturowych. Z czasem ten jajcarski image zaniknął, no ale nazwa pozostała, bo już się z nią zżyliśmy.

Działaliście w latach osiemdziesiątych jeszcze za starego ustroju. Czy przez tę prześmiewczą nazwę nie mieliście jakichś problemów z ówczesną cenzurą?

Wtedy nie. Po roku ’87 wyczuwalne już było rozluźnienie związane z cenzurą. Inna rzecz, że tyle dziwacznych nazw funkcjonowało w krajowym grajdołku szeroko pojętej alternatywy, że decydenci przywykli do sytuacji. Co ciekawe, problem pojawił się po reaktywacji w 2013 roku! Otrzymaliśmy propozycje zagrania na dniach miasta „Jakiegośtam”. Organizatorzy postawili warunek, że na ten koncert musimy zmienić nazwę. Oczywiście wyśmiałem pomysłodawcę i zdecydowanie odmówiłem, proponując jednocześnie, by zajrzał do kalendarza i przeczytał, który aktualnie mamy rok.

Skoro już nawiązaliśmy do tamtych czasów, to opowiedz, jak wspominasz tamtejsze występy w Jarocinie? Czy myślisz, że dzisiaj można odtworzyć tamten klimat?

Na deskach Jarocina występowałem łącznie 7 razy, więc całkiem sporo. FMR w Jarocinie to masa wspomnień, generalnie pozytywnych. Poza stricte muzycznym, czy też promocyjnym aspekcie, Jarocin dawał szansę poznania ciekawych ludzi oraz rozwijał w nas instynkt operatywności. Przypomnę – na czas festiwalu w mieście i gminie Jarocin panowała prohibicja, a jednak nabyliśmy umiejętność radzenia sobie w tak ekstremalnych warunkach. W końcu był to czas wakacji (śmiech). Tamtego klimatu już się nie odtworzy. Po prostu inne realia.

Co było powodem rozwiązania grupy w 1993 roku?

Tylko i wyłącznie zmęczenie, jakie wówczas mnie dopadło. Czas dla zespołu był bardzo dobry – świeżo wydana kaseta, która całkiem zacnie radziła sobie na rynku, obecność w mediach, zarezerwowane studio, by zrealizować kolejną płytę, aż tu nagle któregoś dnia powiedziałem sobie dość. Zmęczyło mnie kilka lat dźwigania wszystkiego na własnych plerach. Dodatkowo pojawiła się sposobność zrobienia nowego projektu z fajnymi ludźmi, którzy dawali gwarancję pracy zespołowej. I tak w 1993 roku powstał Ulisses, który z powodzeniem działał przez niemal 4 lata. Z Ulissesem zagraliśmy dwukrotnie w Jarocinie i wydaliśmy płytę Roots.

20 lat później doszło do reaktywacji zespołu. Jak po tylu latach udało Wam się ponownie skrzyknąć?

Przypadek. Udzielaliśmy się wtedy z kumplami w projekcie Outlet, z którym mieliśmy przystąpić do realizacji klipu. Wszystko umówione, pierwsze zdjęcia już poczynione, a pozostał jedynie ostatni dzień sesji z udziałem zespołu. No i raptem dwóch kolegów wymiksowało się ze składu. Czujesz? Najnormalniej w świecie sobie odeszli! A że jeden z nich to był wokalista, no to komplikacja zrobiła się poważna. No i raptem któryś z kolegów zaproponował żebym to ja stanął przy mikrofonie, oczywiście tylko na potrzeby klipu, a potem „jakoś to będzie”. Po zdjęciach usiedliśmy do kolacji, a temat został kontynuowany. Padło stwierdzenie, że skoro już stanąłem przy mikrofonie, to może powinniśmy wrócić do nazwy Cipiersi. Stanowczo odmówiłem, argumentując to tym, że moje pojawienie się przy mikrofonie to jedynie plan awaryjny. Jednak finalnie uległem (śmiech). 

W zeszłym roku na rynek trafił Wasz album Miłość w dobie hejtu. Uważacie, że zjawisko zwane powszechnie „hejtem” jest obecnie rzeczywistym problemem, czy może najzwyczajniej w świecie raczej robi się z tego „z igły widły”?

Hejt zawsze był i zawsze będzie. Jest on wręcz nieodzowny. Dzięki jego obecności mocniej uwypuklają się te pozytywne emocje, jak choćby miłość. Hejt jest opisem miłości. Gdyby nie istniał, miłość byłaby nijaka i szara. Ważna jest tylko równowaga między skrajnymi emocjami i ich proporcje. Nie ma anioła bez diabła, czerni bez bieli, ciepła bez zimna czy dnia bez nocy. Bez skrajnych odniesień pozbawieni zostalibyśmy umiejętności oceny skali tych dobrych emocji.  Także nie hejtujmy hejtu.

Nawiązując do współczesnych odniesień dotyczących relacji międzyludzkich, a także i tytułu płyty, booklet Waszego wydawnictwa wygląda dość ciekawie. Mianowicie widać wtuloną w siebie parę, która jednak za swoimi plecami trzyma smartfony i zdaje się, że skupia się bardziej na nich niż na sobie. Na obrazku obok widzimy tę samą parę, tylko zamiast smartfonów są… noże wbite w plecy. Skąd pomysł na tak sugestywne ilustracje?

Projekt graficzny autorstwa Pauliny Zaleś doskonale harmonizuje z przekazem płyty. Miłość w dobie hejtu to koncept-album, w którym wszystkie elementy, czyli muzyka, teksty i grafika są ze sobą powiązane i nawzajem się uzupełniają. Jest w nich mowa o pułapkach nowoczesnego świata. Nie jest to apel, by zrezygnować z technologii, lecz by nauczyć się z niej mądrze korzystać. Dzisiaj każdy w swojej kieszeni nosi pudełko, w którym ma codzienną prasę, encyklopedie, słowniki, dostęp do książek, muzyki czy wiadomości sportowych. Słowem – wszystko. Nie pozbywajmy się tego genialnego wynalazku, ale nie może on wyplewić tradycyjnego kontaktu ludzkiego. Po prostu więcej rozmawiajmy ze sobą, a nie klikajmy, spotykajmy się, a nie czatujmy. Umiar i jeszcze raz umiar. Jego brak może ranić, co doskonale oddaje projekt Pauliny.

W swoich tekstach często stosujesz grę słów. Powiedz, taka koncepcja ma zmusić słuchacza do wytężenia umysłu?

Nie jest to zabieg planowany. Tak wychodzi naturalnie, więc z tym nie walczę. Teksty, choć proste w przekazie, pozostają niedopowiedziane, zatem odbiorca ma margines na własne interpretacje. Choć zarówno tekstowo, jak i muzycznie staram się nie kluczyć, lecz zmierzać prosto do celu, to odrobina przestrzeni jednak pozostaje. Zdecydowanie jednak nie są to jakieś słowne szarady.

W utworze Profilove śpiewasz: “Nie udostępniam apeli o adopcje bezdomnego psa/ nie wklejam mądrości życiowych od mędrców tego świata (...)” i tak dalej. Jak rozumiem życie w świecie wirtualnym Cię przeraża? Czy może drażni? Jak to jest?

Bardziej zadziwia. Choć mechanizmy w światach wirtualnym i realnym są podobne, to jednak ten wirtualny mocniej brnie w pewne reakcje. Mam tu na myśli przede wszystkim wszelaką akcyjność oraz uniformizację bytu jednostki w świecie wirtualnym. Jednostka przez to traci swą jednostkowość i staje się elementem tak samo myślącej i działającej masy. Jako indywidualista zdecydowanie to odrzucam. Zwróć uwagę jak wygląda statystyczny profil na Facebooku. Związek: to skomplikowane; praca: szlachta nie pracuje; szkoły: szkoła życia na błędach własnych itd. Potem zrób przegląd albumu zdjęć profilowych. Zmieniają się tylko nakładki: Jestem z dzikiem, Murem za Owsiakiem, Nie strzelam w Sylwestra, Nie obchodzę Halloween, Czarny piątek, Tłusty czwartek, Środa popielcowa, Zapnij rozporek bo dzisiaj nie wtorek, Nie lubię poniedziałku, To ostatnia niedziela… Uffffff…. Tablica masowych ogłoszeń i nic poza tym. Natomiast udostępniane na tablicy treści, to przeklejone złote myśli brazylijskiego mędrca o wrażliwości Niewolnicy Izaury, apele o adopcję bezdomnych psów, czy dowartościowujące quizy typu sprawdź jakim otwieraczem do konserw jesteś. Ogólny upadek i jedna wielka katastrofa oraz dominacja konsumentów memów. Oczywiście generalizuję teraz.

Pogadajmy więc o innych piosenkach. Kawałek Nafochana określiliście jako „szowi’n’roll”. Nie boisz się ataków ze strony zwolenników przesadnej poprawności politycznej? Żyjemy w czasach, gdzie coraz mniej ludzi ma poczucie humoru.

Piosenka ma satyryczny posmak i jak ktoś tego nie dostrzega, to przypisuję istnienie problemu po jego stronie. Bez względu na opcję polityczną, uwarunkowania klimatyczne, kondycję gospodarczą, formę strzelecką Arkadiusza Milika, wyniki Justyny Żyły w „Tańcu z gwiazdami” lub stadium rozwoju uczuć między Julią Wieniawą i Baronem, to kobieta na fochu stanowi realne zagrożenie,  a wchodzenie z nią w tym czasie w interakcję rodzi ryzyko poważnego uszczerbku na zdrowiu. Dlatego wziąłem na siebie odpowiedzialność i postanowiłem ostrzec przed tym zagrożeniem.

Ruda miłość ma to dość sentymentalny utwór opowiadający o Waszym mieście, mianowicie Nowej Rudzie. Często nachodzą Cię sentymenty? Jaki wpływ ma to na muzykę Cipiersów?

Ruda… jest wyjątkiem w naszym repertuarze. Jeśli spojrzeć na niego przez pryzmat emocji, jest to jedyny kawałek o sentymentalnym posmaku. Nową Rudę opuściłem wiele lat temu, jednocześnie pozostając z nią w stałym kontakcie. W pewnym momencie poczułem potrzebę przekucia skumulowanych emocji w dźwięki i słowa. Do tego utworu udało się również zrealizować klip, który został ciepło przyjęty przez noworudzką społeczność.

W tym kawałku wspominasz o lokalnym klubie piłkarskim Piast Nowa Ruda i latach jego świetności, gdy grywał w drugiej lidze. Rozumiem, że byłeś zapalonym kibicem. Dalej śledzisz poczynania Piasta?

Tak, jestem na bieżąco. Ilekroć jestem w Nowej Rudzie, a w tym czasie odbywa się mecz, to melduję się na stadionie Piasta. I nie ma tu znaczenia, na jakim szczeblu rozgrywek akurat występuje. Kocham Piasta i basta!

Mimo że początek Waszej działalności datuje się na wspomniane „ejtisy”, album Miłość w Dobie Hejtu to już wczesne brzmienie lat 90., do tego zdaje się jesteście mocno zasłuchani w brit-popie. Jakie są Twoje muzyczne inspiracje obecnie, a jakie były w okresie, gdy zakładałeś Cipiersów?

Zawsze najchętniej sięgałem do muzyki lat 60. i 70. I to akurat się nie zmieniło i łączy czasy obecne z kombatanckimi. Preferuję też wyspiarskie granie. Zarówno w sferze samych dźwięków, jak i brzmienia. Pewnie, że docierają do mnie naleciałości różnych gatunków, które zapewne też gdzieś się przemycają do tego, co gramy. Uwielbiam wyspiarskiego punka, czy też glam rocka, no ale przede wszystkim The Beatles, The Rolling Stones, The Who, The Kinks, Them itd.

Podsumowując naszą rozmowę – z jednej strony (przepraszam za szczerość) głupawa nazwa zespołu, z drugiej poruszacie istotne kwestie czasów, takie jak wirtualizacja świata. Gdzie chcecie się znaleźć, jakie macie plany? Robić po prostu swoje czy powiedzieć coś istotnego?

Nie jesteśmy korporacją, przygotowującą długofalowy biznesplan. Działamy raczej impulsywnie.  W tej chwili chcemy jak najszerzej i jak najgłębiej dotrzeć do słuchaczy z “Miłością”. Promocja płyty to cel nadrzędny. Zdarzyło mi się już obwieszczać dalekosiężne plany, a później ich nie realizować. A co będzie dalej, czas pokaże. Na pewno po nagraniu płyty należy naładować akumulatory i sformatować twarde dyski.

Zdjecie: Konrad Lubański

 

 

Tagi: , , , , , .