Sharlee d’Angelo (Arch Enemy, The Night Flight Orchestra, Spiritual Beggars): „W metalu nie ma miejsca na bycie celebrytą”

Obstawiam, że Arch Enemy są jednym z najbardziej zapracowanych zespołów na świecie. Po albumie War Eternal ruszyli w trasę dookoła globu, w międzyczasie zarejestrowali nowe DVD As the Stages Burn i przygotowują się do wydania kolejnej płyty. Dlatego cierpliwie czekaliśmy, aż basista Sharlee d’Angelo znajdzie dla nas chwilę, żeby pogadać o Arch Enemy, celebrytach, szwedzkiej muzyce i The Night Flight Orchestra. Było warto!

Ostatnie 2 czy 3 lata były dla Arch Enemy bardzo pracowite. Wydaliście album War Eternal, nieustannie byliście w trasie, na dodatek w zespole pojawiła się nowa krew, więc trzeba było się też zgrać. W Arch Enemy nie ma czasu na odpoczynek?

Jakby to powiedzieć… Nie! W zasadzie wyluzowaliśmy trochę w zeszłym roku, bo nie jeździliśmy w trasy aż tak często, więc mieliśmy trochę więcej wolnego czasu. W większości spędziliśmy go na pisaniu, więc to też praca, ale jednocześnie moment na oddech. W okresie 2014-2015 zagraliśmy jakieś 250 koncertów. To sporo. Praktycznie nie było nas w domu. To nie jest łatwe, ale nie narzekamy, że życie muzyka jest takie trudne. Potrzebujemy jednak oddechu, żeby się nie wypalić, bo nie chcemy, żeby wszyscy dookoła nas byli w złym humorze, bo my cały czas jesteśmy w trasie. Teraz więc mamy trochę czasu, żeby napisać coś nowego.

Czyli nowy materiał nadchodzi.

Owszem.

I to będą pierwsze piosenki napisane z Jeffem. Nie uczestniczył przecież w tworzeniu materiału na War Eternal.

Nie, rzeczywiście nie, dołączył do zespołu już po premierze. Więc masz rację, to będą pierwsze piosenki napisane razem z nim.

Brzmią jakoś inaczej? Czy to będzie inne Arch Enemy?

Tak naprawdę to jeszcze nie wiemy. Jeszcze nie doszliśmy tak daleko w procesie twórczym, więc dopiero okaże się, jak duże piętno odcisnął na tej muzyce. Ale Loomis to Loomis – rozpoznasz jego styl choćby nie wiem co, więc wydaje mi się, że będzie jasne, kto gra na płycie.

I dobrze, Jeff to kawał bestii.

Totalnie, na dodatek to jeden z moich ulubionych gitarzystów, więc nie mogę się doczekać jak będzie niszczył na tym albumie.

Ucieszyłem się, kiedy dołączył do Arch Enemy. Wydaje mi się, że pasuje do was.

Zgadza się! Znaliśmy go zresztą od lat, wielokrotnie graliśmy trasy z Nevermore. Na poziomie osobowościowym zawsze wiedzieliśmy, że będzie do nas pasował. Problem w tym, że przez jakiś czas był niedostępny, więc dołączył do nas jakiś czas później.

Wasze koncertowe DVD As the Stages Burn ukazało się z końcem marca, dokładnie w moje urodziny.

To chyba dobry prezent, co?

Niewątpliwie. Zarejestrowaliście wasz występ na Wacken Open Air. Czy to był z jakiegoś powodu specjalny koncert? Dlaczego nie padło na jakiś występ klubowy albo z innego festiwalu?

Kiedy dostaliśmy potwierdzenie, że gramy na Wacken, pomyśleliśmy, że warto zrobić coś specjalnego z tego koncertu – grywaliśmy na tym festiwalu oczywiście wcześniej, ale teraz występowaliśmy jako headliner. Zainwestowaliśmy więc więcej czasu, wysiłku i pieniędzy w większą produkcję sceniczną, żeby zrobić dla ludzi coś innego niż zazwyczaj. Wtedy z kolei pomyśleliśmy, że skoro zrobiliśmy już to wszystko i możemy to sfilmować – bo mogliśmy – to czemu by tego nie zrobić? No i wiesz – Wacken to Wacken. Jeśli nigdy tam nie byłeś, to chcesz tam pojechać. Jeśli byłeś tam, to chcesz tam wrócić. To Mekka dla metali. Musisz pielgrzymować tam przynajmniej raz w życiu. Nagrywanie tam DVD to w zasadzie klasyczna rzecz. Kiedyś rockowe zespoły nagrywały koncertówki Live at Budokan. Teraz Live at Wacken to podobna sprawa dla zespołów metalowych. Stwierdziliśmy zatem, że to doskonała okoliczność. Poza tym nie wypuszczaliśmy DVD od jakichś 8 lat, prawie 9, więc warto było to nadrobić. No i nie wydaliśmy nigdy DVD z Alissą i Jeffem. Jak widzisz, powodów było wiele.

Ano właśnie, to pierwsza koncertówka z Alissą i Jeffem. Odniosłem wrażenie, że mieliście po dziurki w nosie pytań o Alissę zmieniającą w składzie Angelę, więc postanowiliście przy pomocy DVD pokazać, że to nie jest sprawa tymczasowa, że Alissa zostaje, że to ona jest teraz frontmanką Arch Enemy, koniec, kropka. Chcieliście pokazać jej koncertowy power przy pomocy nagrania live.

Przejrzałeś nas, cwaniaczku. Nie będę ukrywał, że to jeden z powodów. Był to też jeden z powodów, dla których koncertowaliśmy tak dużo w 2014 i 2015 – chcieliśmy przemierzyć cały świat jak najszybciej się da i pokazać ludziom, że wciąż jesteśmy Arch Enemy, może troszeczkę odmienionymi, ale na pewno nie gorszymi, że nie staliśmy się z ulubionego zespołu wielu ludzi zespołem najmniej lubianym. Chcieliśmy to wszystko udowodnić, ale także pozwolić Alissie samej dowieść swojej siły. I dlatego też wypuszczamy teraz DVD – ludzie, którzy nie widzieli nas w nowym składzie, albo widzieli jakiś czas temu, mogą zobaczyć jaki zrobiliśmy progres. Od 2014 roku, kiedy Alissa była nowa w zespole, sporo się przecież zmieniło. I tak już wtedy świetnie sobie radziła, ale w tym czasie zrobiła także niebywały wręcz postęp jako frontmanka. Jak wejdziesz sobie na Youtube, obejrzysz jedne z jej pierwszych występów z nami, na przykład z Sofii z Bułgarii w 2014, i porównasz z DVD z Wacken, zobaczysz, że to dwie różne sytuacje.

Przygotowaliście się do tego koncertu w jakiś specjalny sposób? Oczywiście poza samą produkcją.

Tak trzeba. Jest naprawdę dużo rzeczy, które trzeba w takim przypadku brać pod uwagę. Po pierwsze, graliśmy na Wacken dwa lata wcześniej, więc nie chcieliśmy zagrać dokładnie tych samych piosenek. Poza tym tym razem graliśmy późno w nocy, trzeciego dnia festiwalu, więc ludzie byli już mocno zmęczeni. Musieliśmy zatem włożyć w koncert mnóstwo energii. Ponadto musieliśmy zagrać inny set, niż na ostatnim DVD. Wiesz, zawsze musisz zmieścić w secie te wszystkie najpopularniejsze numery, ale chcieliśmy, żeby DVD reprezentowało także płytę War Eternal oraz było podsumowaniem trasy po całym świecie. Wszystko trzeba wziąć pod uwagę, kiedy komponuje się setlistę.

Uznajesz As the Stages Burn za pewnego rodzaju odbicie tego, czym Arch Enemy jest w tej chwili?

Tak, można tak powiedzieć. To naprawdę dobra reprezentacja tego, czym jesteśmy muzycznie i jako zespół grający na żywo. Pokazuje, w którym miejscu teraz jesteśmy. Będziemy oglądać ten materiał za kilkanaście lat i rozważać, co nam się podobało. Nagraliśmy nasze pierwsze DVD w 2004. Kiedy obejrzysz tamten materiał zobaczysz zupełnie inny stan, zupełnie inny zespół – przynajmniej my to widzimy. To trochę jak album ze zdjęciami, w którym możesz zobaczyć swoją przeszłość.

Kiedy oglądam własne stare zdjęcia czuję się nieco zakłopotany.

W naszym przypadku jest tak samo. Każdy chyba tak ma. Kiedy porównasz DVD z Wacken z tym pierwszym Live Apocalypse to muzycznie dostaniesz dwa różne zespoły. Przebyliśmy w tym czasie długą drogę.

Arch Enemy jest jedną z największych nazw w muzyce metalowej. Uznajesz siebie za gwiazdę rocka?

Nie. Jesteśmy daleko od tego typu spraw. Ciągle pracujemy nad tą rockową częścią, a ta gwiazdorska, jeśli kiedyś przyjdzie, będzie dodatkiem. Gwiazdy rocka dla mnie to Mick Jagger, Keith Richards. Oni stanowią moją definicję gwiazdy rocka i jakoś nie widzę siebie między nimi. Wydaje mi się, że jestem gdzie indziej. Ale to pewnie kwestia definicji – na dobrą sprawę chyba nie wiem co oznacza pojęcie „gwiazda rocka”. Chyba jesteś nią wtedy, kiedy sukces artystyczny łączysz z byciem na celebryckim topie, a my na nim nie jesteśmy. Jesteśmy zespołem metalowym. To ekstrema muzyczna. Nie ma w tym miejsca na bycie celebrytą.

Jestem z Polski. Jak pewnie wiesz mamy w Polsce jednego metalowego celebrytę.

Tak, ale jest pewna różnica. On dał radę przedostać się do polskiego mainstreamu dzięki swojej osobowości. Pewnie trochę mu to odpowiada jako człowiekowi, trochę to w jakiś sposób lubi. No i on jest chyba dobrą medialną osobowością, dobrze w nich wypada, podczas kiedy my jesteśmy nieśmiali. Nie mamy tego w sobie. Kiedy pierwszy raz spotkałem Nergala, a było to jakoś w 2001, widać było, że ma taką osobowość, że jest przebojowy. To był materiał na gwiazdę.

Ale poznałem go, więc wiem, że wciąż jest spoko i twardo stąpa po ziemi.

To prawda. I to pewnie stało się też jedną z przyczyn jego sukcesu – on po prostu taki jest, nie udaje, nie chce być jak ktoś inny. Pewnie wynika to z tego, że mimo wszystko gra undergroundową muzykę, bo metal właśnie taki jest. Pewnie byłoby inaczej, gdyby Behemoth był na poziomie grania na stadionach. Wtedy polskie media pewnie zajechałyby go w dużo większym stopniu, niż robią to teraz. Teraz może jeszcze to znieść, ale kiedy już wejdziesz na pewien wyższy poziom, to zainteresowanie twoją osobą robi się nie do zniesienia. I wiesz, Nergal nie ma też już 19 lat, jest dorosłym facetem, radzi sobie, jest twardą sztuką, więc wie, jak to wszystko zbalansować.

Wróćmy to was. Stwierdziłeś, że nie macie parcia na szkło i nie pragniecie popularności za wszelką cenę, ale Arch Enemy jest wciąż wielką marką w metalowym świecie, więc jesteście na okładkach pism branżowych, jesteście gwiazdami w programach i audycjach radiowych. To ja robię wywiad z tobą, a nie odwrotnie. Jesteście gwiazdami, stary.

(śmiech) Z tej perspektywy – tak. Ale to nie jest częścią naszego codziennego życia. Myślę, że różnica między mną, Michaelem, czy kimkolwiek w Arch Enemy, a Nergalem, jest taka, że Nergal wypromował się jako brand, stał się prorokiem we własnym mieście. Metal nie jest wcale zbyt popularny w Szwecji. Metal nie obchodzi mediów. Jedyne zespoły, na których media się skupiły chociaż trochę, to Sabaton i In Flames, bo w Szwecji to ogromnie popularne zespoły, ale nawet o nich nie było zbyt wiele w mediach. To metal – ludzie nie chcą wiedzieć o nim więcej. Media nie są nim zainteresowane, bo nie generuje sprzedaży czy kliknięć. Znów – wydaje mi się, że to kwestia osobowości. Większość szwedzkich zespołów, które znam, nie pożąda czerwonych dywanów. Żaden z nich nie próbuje się wkręcić w ten gwiazdorski świat. Może z wyjątkiem Joacima Cansa z Hammerfall, bo on robi mnóstwo innych rzeczy poza graniem, więc pojawia się w telewizji, bo robi musicale i inne sprawy. Wypracował sobie drogę do mainstreamu, pojawiał się na Eurowizji i tego typu wydarzeniach. My jednak nie jesteśmy tego częścią, bo po prostu nie czujemy się w tym dobrze. Ale jeśli odpowiada ci to, potrafisz się w tym poruszać, ciągnie cię do tego – super. Nas to jednak nie kręci. Pewnie gdybyśmy wylądowali w telewizji to bylibyśmy dziwni, milczący i zakłopotani.

To mogłoby być ciekawe. Ale powiedziałeś coś, co zabrzmiało dla mnie naprawdę dziwnie – że metal nie jest popularny w Szwecji. Trudno mi w to uwierzyć, zważywszy na to, ile zajebistych metalowych zespołów stamtąd pochodzi.

Wydaje mi się, że to dlatego, że w Szwecji nigdy nie było jakiejś sensownej sceny i idącego za tym przemysłu. Scena istnieje w rozumieniu istnienia zespołów, ale nie ma zbyt wielu szwedzkich wydawców takiej muzyki nimi zainteresowanych, a ci, którzy są, to jakieś małe labele. Dlatego w zasadzie wszystkie szwedzkie zespoły musiały starać się o kontrakty za granicą i jeździły do Niemiec, Francji, Stanów, gdziekolwiek się dało. Każdy szwedzki zespół jeździł w trasy wszędzie poza swoim krajem i poszukiwał kontraktów wszędzie poza Szwecją. Szwedzki metal nie był przez to jakimś specjalnym fenomenem tutaj. Mnóstwo zespół stąd pochodzi, ale nie ma sposobu, żeby zdobyć tutaj popularność. Zaledwie kilka naszych grup jest na poziomie grania w halach: Hammerfall, a przynajmniej kiedyś byli na tym poziomie, In Flames, Sabaton, powoli do tego etapu dochodzi Amon Amarth, no i jeszcze Ghost, jeśli uznasz ich za metal. To wszystko stało się zaledwie w ciągu ostatnich 5-7 lat. Hammerfall zaczął, za nimi poszli In Flames. Ale nic się poza tym nie stało. Żaden zespół metalowy się poza tym nie wybił. I nagle znikąd pojawił się Volbeat, stali się radiowym hitem. Zyskali popularność, In Flames zaraz za nimi. Poza takimi absolutnymi gwiazdami, jak Maiden, jest zaledwie kilka zespołów, które mogłyby pojechać w trasę po kraju i zapełniać hale. To w zasadzie dziwna sprawa.

Dla mnie nie tylko Szwecja, ale cała Skandynawia jest jedną wielką fabryką znakomitej muzyki i to nie tylko metalu. Robicie świetny rock, jazz, elektronikę, muzykę poważną, pop. Zawsze pytam skandynawskich muzyków skąd się to bierze. Dodają wam coś do wody?

Wydaje mi się, że to kwestia pogody. Jest taka ponura i naprawdę do niczego. To jest nudne. Większość muzyki, która stąd pochodzi, chyba właśnie to ma w sobie – to nie jest wesoła muzyka. Nawet jeśli posłuchasz Abby, to z początku wyda ci się, że to takie skoczne i wesolutkie, ale jak się wczytasz w teksty, to zrozumiesz, że to nie do końca tak. Jak na zespół popowy brzmieli dość posępnie. W zasadzie cokolwiek muzycznego udało nam się wyeksportować, miało w sobie taki pierwiastek. W takim szwedzkim charakterze leży melancholia, a to ma sporo wspólnego z tą ciemnością i pogodą. Ale z Polski też pochodzi sporo świetnej muzyki, tylko że Polska miała zupełnie inną historię, o wiele trudniejszą. Nie byliście wolnym krajem przez wiele lat, w XX wieku przez kilka dekad. Nie mogliście robić tego, co chcieliście, nie mieliście możliwości żeby wyjechać i rozpocząć karierę w innym kraju. Polska jest wciąż bardziej otwarta niż inne kraje byłego bloku wschodniego, ale wciąż istnieje spora różnica między Polską, a na przykład Niemcami, Danią czy Szwecją. Teraz to się będzie zmieniać i wydaje mi się, że coraz więcej polskiej muzyki będzie pojawiać się na świecie. Poza tym, jeśli pomyślisz o klasycznym polskim metalu, to masz na myśli black, death i inne gatunki, które brzmią przerażająco i mrocznie. Skąd to się bierze? Pewnie z historii. My mieliśmy więcej czasu żeby wypracować sobie umiejętności i oszlifować talenty w sprzedawaniu naszej muzyki za granicę i sprawianiu, że jesteśmy z tego znani. Dla was było to jakieś 30 lat, a właściwie nawet mniej.

Polskim zespołom metalowym jest trochę łatwiej pokazać się na świecie od jakichś 3-5 lat.

A teraz macie przynajmniej dwa bardzo znane zespoły, grające brutalny death metal.

Ja bym powiedział, że nawet trzy.

Racja, Behemoth, Vader i Decapitated. Pewne granice zostały już przerwane, pewne drogi wypracowane. Te zespoły wyznaczają drogę i pokazują innym, jak to zrobić na poziomie międzynarodowym. Ale spokojnie, to wymaga czasu.

Wspomniałeś też Abbę, a chciałem cię o nią zapytać, bo zdarzało mi się wykonywać jej piosenki. Czy to prawda, że każdy albo prawie każdy szwedzki muzyk inspiruje się Abbą? To była ważna grupa dla szwedzkiej muzyki?

Nie mogę się wypowiadać za wszystkich muzyków, ale pośród moich kolegów nie znam nikogo, kto nie lubiłby Abby. Kiedy byłem mały, byłem skrytym fanem Abby. Skrytym, bo Abba była dla dziewczynek, a chłopcy lubili Deep Purple i Black Sabbath. Wszystkie dziewczyny puszczały jednak Abbę, więc ją znałem. Ale kiedy dorastałem, a już na pewno kiedy sam zacząłem grać, okazało się, że to nie jest taki sobie tylko zwykły komercyjny pop. To jest intrygująca muzyka. Jeśli śpiewałeś te numery to wiesz, że te wszystkie harmonie wokalne i inne elementy są bardzo złożone. Znajdziesz w tym muzykę poważną, folkową, wszystko. Moim zdaniem Abba to najczystszy geniusz w pisaniu piosenek. Sporo dla mnie znaczą, myślę, że podobnie jak dla całej szwedzkiej muzyki, bo byli naszym pierwszym międzynarodowym zespołem, który tworzył hity. Wcześniej nikt nie miał pojęcia o Szwecji: „Szwecja? Gdzie to jest? Czy to gdzieś w Kopenhadze?”. Abba sprawiła, że Szwecja pojawiła się na muzycznej mapie świata.

Wróćmy jeszcze na chwilę do innego bardzo ważnego szwedzkiego zespołu. Arch Enemy to szwedzka marka, ale sam zespół jest mocno internacjonalny: Alissa pochodzi z Kanady, Jeff ze Stanów. Czy ta międzynarodowość stanowi jakiś logistyczny problem?

Nie powiedziałbym, że to problem. Po prostu trzeba planować wszystko dokładniej. Dawno temu, kiedy zakładałeś zespół, musiałeś go złożyć z ludzi, którzy mieszkali w pobliżu, bo jak inaczej mielibyście się spotykać na próbach? A próby są przecież ważne. Ale kiedy rozwijasz się jako zespół robienie prób trzy razy w tygodniu przestaje być potrzebne. Taka międzynarodowość jest pewnym utrudnieniem i nieco podnosi koszta, ale taka jest cena posiadania w zespole najlepszych muzyków. Kiedy zostaliśmy bez gitarzysty mogliśmy się zastanawiać, kogo możemy znaleźć w Szwecji. To bardzo ograniczona liczba. Tak samo z wokalistą – gdyby ona lub on musiała być ze Szwecji, nie mielibyśmy dużego wyboru. Ale zdecydowaliśmy, że zaprosimy po prostu najlepszych muzyków, jakich znamy. Trafiło, że pochodzą z Ameryki Północnej. Po prostu tak się złożyło. To może być utrudnienie, ale warto.

Na sam koniec chciałbym cię zapytać o inny zespół, w którym grasz – The Night Flight Orchestra. Jestem totalnie zakochany w dwóch płytach, jakie wydaliście, wiem, że na przykład Peter z Vadera też je lubi. Co się dzieje teraz w obozie The Night Flight Orchestra? Jesteście zajęci z Arch Enemy i Soilwork, czy może pracujecie nad jakąś trasą?

Jeśli chodzi o trasę, to akurat nad jedną pracujemy. Jeśli się uda, to odbędzie się pewnie gdzieś pod koniec lata i na początku jesieni. Jeśli zaś chodzi o nową muzykę, to właśnie zaakceptowaliśmy projekt okładki nowej płyty. Wszystko już gotowe, materiał jest zmiksowany, zmasterowany. No i uważam, że jest znakomity. Ukaże się jakoś w czerwcu albo lipcu, nie jestem pewien, musiałbyś to sprawdzić w Nuclear Blast (premiera 19 maja – przyp. J.M.). Ale album numer trzy nadchodzi!

Jak nazywać się będzie płyta?

Album nosi tytuł Amber Galactic.

Brzmi dobrze.

Tematem przewodnim płyty jest przestrzeń. To trochę jak taki retro-futuryzm (śmiech).

Jakub Milszewski

Jakub Milszewski

W tradycyjnych mediach obecny od 16-tego roku życia. Pisał już o wszystkim, więc nic już go nie ekscytuje. Na co dzień publikuje w "Top Guitar", Kvlt.pl i Anywhere.pl. Połowa duetu stojącego za książką "Gastrobanda".
Jakub Milszewski

Tagi: , , , , , , .