The John Doe’s Burial: “Diabeł tkwi w szczegółach”

Choć na scenie działają już 15 lat, to dopiero w 2010 zdecydowali się by zasilić szeregi polskiej sceny metalowej. The John Doe’s Burial, bo o nich mowa, niedawno wypuścili swój premierowy materiał No God No MastersNa kilka moich pytań dotyczących samego zespołu jak i najnowszego wydawnictwa odpowiedział Kaplon, perkusista zespołu.

Zacznijmy od punktu zwrotnego w waszej karierze czyli śmierci Johna Doe. Dlaczego hc/punk przestał wam wystarczać i zdecydowaliście się odbić w mocniejszym kierunku?

Prawdę mówiąc chodziło o umiejętności techniczne i generalne inspiracje całego zespołu. Metal zawsze płynął w naszych żyłach, ale jeszcze 10 lat temu miał on dopisek “core”. Z biegiem czasu zmieniliśmy go na death. Zawsze chcieliśmy grać mocno i ciężko. Nasz skład stanowił mieszankę metalowców i hardcore’owców co odzwierciedlała muzyka. Ciężar wziął jednak górę, a potem było już tylko grubiej.

Koniec waszego poprzedniego projektu datuje się na rok 2010. Coś szczególnego sprawiło zmianę stylu?

To wyszło samo z siebie. Kapele, które miały szczególny wpływ na nasz przełom to The Black Dahlia Murder oraz Behemoth. Inspiracje pochodziły z konkretnego i melodyjnego przytupu tych pierwszych, a także z solidnie jadącego oraz rozpędzonego walca za którym stał Inferno. Dodaliśmy do tego trochę zwolnień i w ten sposób powstała nasza muzyka. 

Czyżby te makijaże stanowiły dowód na konkretne inspiracje? Obstawiałem raczej symboliczny powrót Johna Doe z martwych w zupełnie nowej odsłonie.

Działamy na scenie od dawna i przeżyliśmy różne mody na róże gatunki muzyczne. Ja to sprowadzałem generalnie do metalu, a dla mnie metal od zawsze charakteryzował się mrocznym klimatem i solidnym muzycznym wpierdolem. Bez obrazy, ale różowa koszulka spotykająca spodenki koszykarza w połączeniu ze srogim metalem, i nie daj diable czystymi wokalami, to miks przyprawiający mnie o mdłości. Makeupy, banery i flagi to takie uzupełnienie muzyki, które ma tworzyć konkretny klimat death metalu w dobrym stylu. Dla mnie poza muzą bardzo istotny jest sposób w jaki ją podajesz. Nawet najlepiej wyprodukowana płyta puszczona na laptopie będzie brzmiała jak gówno. Dobrze wystylizowana, ale słabo grająca kapela też nie robi wrażenia. Natomiast muzyczny wpierdol w towarzystwie wspomnianych już różowych koszulkach z nadrukami bagnistych potworków to po prostu jakaś komedia. Nową stylizacją chcieliśmy podkreślić bardziej metal niż core.

Oryginalny skład dotrwał do momentu wydania waszego mini Threnady. Po jego wypuszczeniu rozpoczęliście poszukiwania nowego wokalisty. Można więc śmiało przyjąć, że dopiero wtedy nastała prawdziwa śmieć Johna Doe i wówczas miał miejsce pogrzeb. Czego dowodem była trasa Funeral Banquets.

Threnady już była płytą nowego wokalisty. W zasadzie starego bo to gitarzysta, Plasma, który grał w kapeli praktycznie od początku. Jak się okazało chłopak jest wszechstronnie uzdolniony w muzyce i przy tym przez lata wypracował sobie całkiem srogą chrypę. Tak więc ta produkcja była pierwszym krokiem w mrok i jednocześnie zejściem w niższe brzmienie. Na Youtube można znaleźć nagrania wideo, które pokazują nasze zmagania w studio z tej właśnie okazji.

Kolejnym punktem był …from ashes z roku 2012, który opatrzyliście również videoklipem. Co działo się z zespołem po premierze tego wydawnictwa?

Jeśli chodzi o koncerty z tym związane to właśnie wtedy zaczynaliśmy przechodzić do konkretów. Dobraliśmy gitarzystę, który zastąpił Plasme. Pojawiła się druga centrala przy perkusji i tak to dalej poleciało. Większą uwagę zaczęliśmy także przywiązywać do tego jak wyglądamy na scenie. Światła, banery itp. Powoli kreował się nowy pomysł na kapelę. 

Tym sposobem jesteśmy tu i teraz, czyli w momencie gdy chwilę temu miała miejsce premiera No Gods No Masters. Od pierwszych chwil słychać wyraźny krok w przód ku brutalności. Nie mówiąc już o bezpośrednim przekazie. Opowiedzcie jak przebiegał proces tworzenia tego materiału. 

To fakt, któremu nie da się zaprzeczyć. W pewnym sensie spełniliśmy trochę marzenia muzyczne i produkcyjne. Do realizacji nagrania wybraliśmy specjalistę z najwyższej, światowej półki. Na szczęście poza tym, że przebywa wszędzie w świecie, można go znaleźć w Warszawie lub w każdym innym studio które spełni jego wymagania. Chodzi o Maltę znanego z produkcji takich nazw jak Decapitated czy Behemoth. W praniu okazało się, że faktycznie jest mega specjalistą od produkcji metalu, a przy tym jest mega zabawnym i zwariowanym gościem. Dzięki temu atmosfera w studio była jak nigdy wcześniej. Co prawda pod względem technicznym dał nam strasznie w kość i zostało po tym parę słynnych zabawnych historii. Jak to mówią diabeł tkwi w szczegółach, a ten diabeł wszystkie te szczegóły wyłapał i kazał skorygować. Materiał brzmieniowo naprawdę spełnia nasze oczekiwania. O pracy nad tym albumem z tym człowiekiem można by napisać książkę, ale nie mamy tego w planie  Najpierw Sound Division w Warszawie, a potem nasze ulubione Mania Studio w Koluszkach, stworzyły niepowtarzalną atmosferę i brzmienie godne katowania domowego sprzętu do granic wytrzymałości. 

Skąd pomysł na cały koncept materiału oraz okładkę?

Jeśli chodzi o kwestie muzyczne czy warstwę tekstową to Plasma jest zasadniczo nastawiony negatywnie do wielu spraw i łatwo się wkurwia. Właśnie ten solidny wkurw stanowi motor dla każdej ciężko grającej kapeli. Metal to nie rurki z kremem, z głośników promieniuje negatywna energia i potężna dawka adrenaliny. Po zarzuceniu naszego materiału powinieneś stać się gotowy by niszczyć wszystko co na Twojej drodze. Obrazem tego jest właśnie okładka, którą nazwaliśmy roboczo “kozak przeciw wszystkim”. Widać tu postać, która w dupie ma to co jej się narzuca – symbole, stereotypy i wszystko co próbują nam wmówić. Tworzymy własną rzeczywistość i mamy wpływ na wszystko co nas otacza. Do tego doszła mieszanka wybuchowa stylów muzycznych Ucha i Słoka. Typowym mixem tych trzech postaci w naszym zespole jest utwór promujący czyli Dead End. Każdy włożył coś od siebie co skończyło się solidną dawką death metalu ze zwolnieniami oraz “czarnym zakończeniem”. Połącz to z potężnym wokalem i pozamiatane.

Na No God No Masters zamieściliście również materiał z wcześniej wydanego …from ashes. Dlaczego zdecydowaliście się na ponowną realizację tych utworów? 

To nie do końca ponowna realizacja. Ten materiał był wcześniej dostępny tylko w formie cyfrowej. Mieliśmy bardziej poczucie niedokończonego dzieła, które czekało na uzupełnienie. Jeśli chodzi o stylistykę to jest ona bardzo spójna. Pozostają tylko małe różnice brzmieniowe, ale tego już nie dało się ogarnąć. Z całości jesteśmy bardzo zadowoleni i szczerze powiem, że męczę ten album w aucie do bólu. Mam nadzieję iż nie stracę przez przypadek z tego powodu prawka… 

Jak wyglądają wasze plany po wydaniu No God No Masters​? Zapewne w tym roku już ciężko będzie cokolwiek zdziałać, ale możecie chyba zdradzić co szykujecie dla fanów w nadchodzącym 2017?

Aktualnie zajmujemy się promocją materiału w mediach, a fizycznie skupiamy się nad tworzeniem nowych utworów. Prowadzimy też dosyć zaawansowane rozmowy o kilku grubych koncertach u boku poważnej kapeli. Szczegółów nie mogę jeszcze zdradzić, ale punktem kulminacyjnym będzie odbywająca się mniej więcej co dwa lata impreza pod hasłem Vulgar Night. Będzie to już czwarta edycja. Wszystkie poprzednie przyciągały grubo ponad 300 osób, a w 2017 z uwagi na zaplanowany skład nie spodziewamy się spadku formy. Jesteśmy oczywiście otwarci na wszelkie propozycje, ale przede wszystkim skupiamy się na dopięciu planu o którym wspominałem. 

Materiały użyte w wywiadzie pochodzą od zespołu.

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , .