The Lowest: “Hardcore nie jest jakąś wirtuozerską muzyką”

The Lowest na scenie hardcore’owej istnieje już od kilku ładnych lat, ale to właśnie teraz znaleźli publikę również wśród metalowców. I chociaż ze sceną hc mam niewiele wspólnego, po koncercie, który zobaczyłam na Summer Dying Loud 2018, poszłam za ciosem i postanowiłam sprawdzić jak zespół prezentuje się w swoim naturalnym środowisku, jakim jest mały klub wypchany po brzegi ludźmi. I przy okazji zamieniłam kilka słów z chłopakami. Zapraszam do lektury!


Jesteście kapelą reprezentującą scenę hardcore. Zatem jak znaleźliście się na Summer Dying Loud, który bez wątpienia jest festiwalem metalowym.

Paweł: Znaleźliśmy się chyba tak jak większość kapel, po prostu napisał do nas organizator z propozycją zagrania swojego setu.

Jak wspominacie ten koncert?

Michał: Było to bardzo ciekawe doświadczenie.

Jurek: Było to dla nas na pewno coś ciekawego i nowego, ale też prawda jest taka, że byliśmy kapelą otwierającą drugi dzień festiwalu. Ludzie dopiero co się budzili, otwierali pierwsze piwko w momencie, kiedy zaczynaliśmy grać.

Paweł: Sam organizator zresztą już na dzień dobry nam mówił, że pewnie nie będzie tłumów. On bardzo chciałby nas mieć w lineupie, my chcieliśmy po prostu zobaczyć co to jest festiwal metalowy, wydaje mi się więc, że wszyscy dostali, co chcieli.

Michał: Gramy dosyć intensywnie, właściwie od samego początku powstania zespołu (2012 rok), staraliśmy się grać jak najwięcej. Gdyby zliczyć wszystkie koncerty, było ich pewnie ponad 200, ale do tej pory nie trafiliśmy na festiwal metalowy. Był to zdecydowanie największy fest, na jakim graliśmy i do tego najbardziej profesjonalnie zorganizowany. Scena hardcore generalnie jest mała i koncerty zazwyczaj gramy dla 50, 100 czy 200 osób.

Skoro graliście już i na małych i na dużych koncertach, które wolicie? Te małe, klubowe czy duże festiwale?

Michał: Trudno to porównać, gdyż są to dwie zupełnie inne rzeczy. Standardem na festiwalach jest bardzo duża scena, która jest bardzo dobrze nagłośniona, ale za to ludzie stoją strasznie daleko, do tego są barierki. Największy festiwal stricte hardcore punkowy, na jakim graliśmy, to był Mayak Fest w Odessie na Ukrainie. Graliśmy tam dwa razy. Festiwal odbywał się z XIX-wiecznym teatrze, w ogromnej sali z wyblakłymi malunkami na ścianach. Ale scena była bardzo niska, wszyscy na nią wskakiwali, cały czas były stagedive’y.

Paweł: Myślę, że taki Mayak, czyli festiwal na tysiąc osób, to największy koncert, na jakim można zagrać, a mimo tego ciągle mieć dobry kontakt z ludźmi. Za to barierki i bardzo wysoka scena są czymś niespecjalnie fajnym. Kiedy jesteś bardzo blisko ludzi, czujesz tą energię. Hardcore raczej nie jest jakąś wirtuozerską muzyką, wywodzi się z punk rocka. Dużo bardziej niż w innych gatunkach liczy się tutaj kontakt z publicznością, energia, którą dają sobie nawzajem zespół i ludzie pod sceną. Czasem brzmienie na jakimś koncercie wcale nie jest wspaniałe, ale publiczność poskacze sobie po głowach i wyrwie mi parę razy mikrofon. I zdecydowanie takie koncerty najbardziej zapadają w pamięć. Muzyka metalowa za to jest zdecydowanie bardziej nastawiona na technikę, i wydaje mi się, że  muzycy metalowi dużo większą uwagę przykuwają do tego, czy dobrze zagrali, innymi kryteriami oceniają koncert. To są to troszkę inne światy, aczkolwiek granie wśród takich kapel było bez wątpienia ciekawym przeżyciem. No i żeby nie było, organizacja na SDL pod każdym względem była super i bardzo fajnie, że mogliśmy wziąć w czymś takim udział.

Dzisiaj widzimy się w nieco innych okolicznościach. Mianowicie na koncercie, z którego dochód zostanie przekazany na „Znajdki”, czyli schronisko dla zwierząt. Jak oceniacie dzisiejszy koncert? Zarówno pod względem samej inicjatywy, jak i frekwencji i energii?

Jurek: Graliśmy w Cafe Kryzys na Wilczej. Było super ciasno, więc jak ruszało się pięć osób to już było wesoło. To jest miejsce, w którym normalnie nie ma koncertów. Na co dzień jest tutaj bar, ludzie przychodzą zjeść kotleta sojowego, więc myślę że było spoko. Był to trochę spontan. O tym, że tu zagramy dowiedzieliśmy się dosłownie kilka dni temu.

Paweł: Zagraliśmy tutaj przede wszystkim dlatego, że bardzo ważny dla nas był cel tego koncertu. Znam osoby, które pomagają w Znajdkach, nawet moja żona była tam kilka razy jako wolontariusz. Schronisko jest w ciężkiej sytuacji, a podczas koncertu udało się zebrać ponad 3500 tysiąca złotych. W ogóle jesteśmy zespołem, dla którego kwestie praw zwierząt są dość ważne. Choć zdarzyło się kilka roszad w składzie, zawsze byliśmy zespołem w 100 procentach wegetariańsko/wegańskim.

Wspominaliście o koncertach zagranicą. Często gracie poza Polską? I gdzie najczęściej?

Paweł: Tak, sporo gramy za granicą, do tej pory byliśmy już w 20 krajach. Najbardziej chyba lubimy grać we wschodniej Europie – Białorusi, Ukrainie i Rosji. Mamy tam naprawdę dobry odbiór. Myślę, że to w dużej mierze zasługa tego, że pojechaliśmy tam w specyficznym momencie. Pierwszy raz byliśmy tam w 2012 roku, ale kiedy jechaliśmy po raz drugi – w 2014 roku, wybuchła wojna rosyjsko-ukraińska. W Odessie organizowano wtedy Mayak Fest, miała to być największa do tej pory edycja, miało wystąpić sporo kapel z zachodu. Jednak w maju w Odessie były ogromne zamieszki, zginęło kilkadziesiąt osób. Cały czas było czuć klimat wojennej zawieruchy. I wszystkie zachodnie kapele zrezygnowały. Byliśmy jedynym zespołem zza zachodniej granicy, który odważył się tam pojechać. Prawdę mówiąc, to wyszło też trochę przypadkiem. Nie mieliśmy transportu, a nikt nie chciał wynająć busa na Ukrainę. Zamierzaliśmy zrezygnować, ale wtedy odezwali się do nas koledzy z Białorusi, oferując nam miejsce w swoim busie. Pojechaliśmy na granicę polsko-ukraińską i stamtąd razem pojechaliśmy do Odessy. Myślę, że tym w jakiś sposób zaskarbiliśmy sobie sympatię dzieciaków na Wschodzie. Hardcore jest muzyką buntu, jakąś formą niezgody na świat. Jest to też muzyka, w której kanalizujesz swoje negatywne emocje. Pomimo skomplikowanej sytuacji politycznej na festiwalu Ukraińcy, Rosjanie czy Białorusini bawili się razem. W tamtym momencie to było bardzo ważne, żeby pokazać że jesteśmy z nimi.

Mówiliście, że ludzie na Wschodzie są bardziej żywiołowi. Czy oznacza to, że polska publiczność jest trudna i wymagająca?

Michał: To jest chyba wynik średniej wieku. Na Wschodzie jest masa młodych ludzi, w Polsce na koncerty przychodzą teraz głównie trzydziestolatkowie, i z przyczyn oczywistych  są to osoby o zupełnie innej energii. Kultury alternatywne, subkultury metalowe czy punkowe i hardcore punkowe przeżywają teraz pewien kryzys, dzieciaki wolą teraz na przykład trap. To absolutnie nie jest jakaś moja krytyka, sam słucham niektórych trapów. Tak po prostu jest i trzeba mieć tego świadomość. Świat, w którym żyjemy po prostu ciągle się zmienia, teraz być może przyszedł czas na zmianę bezpośrednio dotykającą dotychczasowe kultury alternatywne.

W lutym ubiegłego roku wydaliście swój debiutancki album. Uważacie to za pewnego rodzaju przełom?

Jurek: Płyta fizycznie tak naprawdę ukazała się pod koniec kwietnia. Na scenie hc sprzedaje się sporo winyli, więc czekaliśmy z ogłoszeniem premiery, aż one wyjdą z tłoczni. Ale w lutym wrzuciliśmy płytę do sieci. Na wiosnę ruszaliśmy w trasę, chcieliśmy, aby ludzie już ją trochę znali.

Paweł: Mówienie o Doomed jako o płycie debiutanckiej to trochę nieporozumienie. Debiutancki jest album S/T z 2012 roku. Płyta trwa niecałe 20 minut, ale na scenie hc standardy długości płyty też są nieco inne i dla nas to też jest pełnoprawna płyta. Doomed jest naszym najdłuższym albumem, na pewno jest najbardziej dopracowana brzmieniowo, czujemy też to, że się rozwinęliśmy. Pewne rzeczy robimy inaczej niż kiedyś, pewne ze sobą łączymy. Ta płyta jest raczej konsekwencją naszych działań. Niektórzy mogą mieć wrażenie, że jest to nasz debiut, bo między Doomed a epką Divided minęło 5 lat. Wpłynęły na to różne aspekty naszego życia prywatnego, ale tym razem jesteśmy już lepiej zorganizowani. Kolejny album ukaże się szybciej.

Powiedziałeś kiedyś, że wątpisz, by zainteresowali się Wami metalowcy. Właściwie dlaczego? Dalej tak uważasz?

Paweł: Nie wiem, czy się zainteresują, czy też nie.  Jeśli ktoś uznałby, że ta płyta jest fajna i chciałby nas zaprosić na wspólny koncert, to byłoby nam miło i na pewno rozważymy taką propozycję. Staramy się jednak twardo stąpać po ziemi. Na zespół jest tyle czasu, ile jesteśmy w stanie wygospodarować w życiu,  nie wiążemy więc z graniem jakichś wielkich planów. Jesteśmy dorosłymi gośćmi, mamy pracę, trzech z nas jest żonatych, więc granie nie jest dla nas tak dużym priorytetem. To jest zdrowe podejście, bo później zaskakuje Cię pozytywnie to, że ktoś zainteresował się twoją muzyką. Funkcjonowanie w ten sposób daje też dużo wolności. Nie spieszymy się z nowym materiałem, robimy go wtedy, kiedy naprawdę tego chcemy.  Dzięki temu ciągle zachowujemy świeżość i chęć grania, do niczego się nie zmuszamy.

Czy w Waszym przypadku muzyka będzie kiedyś tym pierwszym, najważniejszym zajęciem w życiu lub kolokwialnie mówiąc – sposobem na życie?

Paweł: Zakładając zespół hardcorowy, liczysz się z tym, że ta scena jest raczej mała i tak naprawdę mało który zespół decyduje się na to, żeby to był ich sposób utrzymania. Wiemy też, że zespoły, które wybrały granie jako swój zawód, muszą być w trasie 200 dni w roku. Potem piszą kolejną płytę. Potem znowu trasa. A latem oczywiście festiwale. W zasadzie ciężko mieć czas na cokolwiek innego. Dla nas optymalnie jest zagrać 40-50 koncertów w roku i nadal móc cieszyć się życiem rodzinnym albo robić jakieś inne rzeczy. Fajne jest, kiedy możemy pojechać w trasę i wrócić naładowani pozytywną energią i wiemy, że do ludzi trafia nasza muzyka. O to w tym chodzi. Później wracamy do pracy, do swoich rodzin, wyprowadzamy psy i robimy normalne rzeczy. Hardcore dla większości osób to normalne życie plus granie w zespole, jako pewna odskocznia.

Zespół jest dla Was ucieczką?

Jurek:  Może ucieczka to nie najlepsze określenie, ale na pewno jest jakąś odmianą od życia codziennego. Odskocznią, która pozwala nam się wyładować. Dzięki temu poznaliśmy masę świetnych osób z całej Europy i nie tylko. Nie grając w zespole, być może nigdy nie zwiedziłbym 20 krajów.

Pytano Was, czy album jest Waszym sukcesem. Powiedzcie, czym w ogóle jest dla Was sukces, niekoniecznie w kontekście płyty.

Michał: Sukcesem jest na pewno to, kiedy jesteśmy zadowoleni z brzmienia płyty, kiedy przychodzą ludzie na koncerty, kiedy znają teksty i widać, że trafia do nich nasza muzyka. Kiedy gramy trasę, jesteśmy kilka tysięcy kilometrów od domu, a ludzie wyrywają nam mikrofon, identyfikują się z naszą muzyką. Albo kiedy po prostu piszą do nas wiadomości, że to, co robimy, jest dla nich ważne. Czasem nawet zdarza się, że robią sobie tatuaże z motywami z naszych piosenek. Wtedy czujemy, że stajemy się częścią ich życia. Każdy zespół niewątpliwie myśli o jakimś progresie, więc fajne byłoby, gdybyśmy mogli kiedyś na przykład pojechać w jakąś trasę w roli supportu jakiegoś większego zespołu. I to byłoby dla nas ogromnym sukcesem.

A nie uważacie, że rola supportu jest niewdzięczna?

Jurek: To zależy kogo supportujesz. W scenie hardcore trochę inaczej patrzy się na supporty. Jeśli grasz dobrze, dajesz z siebie wszystko na scenie, ludzie też to widzą i doceniają. Nas ludzie znają głównie dlatego, że wkładamy w granie całe serce i całkowicie się temu oddajemy. Tutaj też nie zawsze jest taki wyraźny podział na supporty, czasami większe zespoły grają wcześniej, to wszystko kwestia współpracy.

Jakie są Wasze najbliższe plany?

Michał: Jesteśmy w trakcie komponowania nowej płyty. Jest na etapie dość zaawansowanym, myślę że można się jej spodziewać w przyszłym roku (2019). Dużą trasę planujemy dopiero na przyszły (2019)rok, chcielibyśmy uderzyć w głąb Rosji, bo jeszcze nie graliśmy np. w Moskwie. A w cieplejsze miesiące będziemy grać festy na zachodzie Europy. No i oczywiście zagramy kilka koncertów w Polsce.

Latest posts by Adrianna Karandys (see all)

Tagi: , , , , , .