Weird Tales: “Nasza muza to surowy realizm”

Weird Tales to świeża siła na rodzimej, doom metalowej scenie. Zespół od prawie dwóch lat pobudza wyobraźnię słuchaczy ścianą ciągnących się jak smoła, ciężkich dźwięków prosto z piekła. Jednak nie taki diabeł straszny, jak go malują – moje spotkanie z tym specyficznym tercetem egzotycznym przebiegło w wyjątkowo wesołej atmosferze, a rozmówcy okazali się wyjątkowo wyluzowanymi i wygadanymi facetami. Pretekstem do rozmowy była zbliżająca się wielkimi krokami premiera debiutanckiego albumu Hell Services Cost A Lot, ale Dima (wokal, gitara), Kava (bębny) i Kriss (bas) uruchomili swój strumień świadomości, dzięki czemu dowiecie się, czy Lovecraft ssie, a polski doom metal to nuda.

 

– Na początek powiedzcie skąd nazwa Weird Tales? Czy nawiązujecie nią do twórczości H.P. Lovecrafta, którą inspiruje się cały batalion zespołów metalowych?

Dima: Chrzanić Lovecrafta. Nie czytałem, a fakt, że w środowisku muzycznym, w którym się obracam wszyscy spuszczają się nad jego książkami, wcale nie zachęca mnie do zabrania się za jego twórczość. Wiesz o co chodzi, niby po co? Żeby potem chodzić, jak ten debil i gadać o Cthulhu? (śmiech). Ale widziałem u Krissa zajebiste, anglojęzyczne wydawnictwo ze złotą okładką. Chcę je pożyczyć, bo jest ładne, i może wtedy wrócimy do tematu Lovecrafta.

Kriss: Ja podpiąłem się do zespołu, bo myślałem, że będzie coś o Lovecraftcie…. A książkę pożyczę, w zamian za czyjąś duszę. Może być to dusza jakiegoś menela.

– Jeżeli nie Lovecraft, to może słynny, amerykański magazyn pulpowy o tej samej nazwie?

Dima: O istnieniu magazynu Weird Tales dowiedziałem się dopiero po publikacji pierwszej EPki. Ale z tego co mi wiadomo, oni to wzięli z Lovecrafta, i też piszą o różnym mistycznym gównie. Zgadza się?

– Owszem, piszą. Lovecraft też tam publikował.

Dima: Więc co do pytania, to źródła naszej nazwy nie ma co tam szukać. Właściwie to nie wiem skąd ją mamy. Kiedy myśleliśmy z Kavą o nazwie, przyniosłem kupę kartek z domu, na których często zapisuję syf, co siedzi u mnie w głowie.

Kava: Pytają też, czy to nie przez kawałek Electric Wizard. Mi nazwa kojarzy się z tym, co się działo przy powstawaniu zespołu – zaginięcie basisty i inne perturbacje. Samo zgrywanie się z Dimą było także bardzo dziwne, bo gra zupełnie inaczej niż większość ludzi, z którymi rzeźbiłem, czuć w tym jego korzenie.

– Ale trudno zaprzeczyć, że szeroko rozumiana fantastyka i horror to pierwsza rzecz, jaka się kojarzy w kontekście nazwy zespołu. Czy te gatunki stanowią dla Was inspirację?

Dima: Większość muzy piszę ja, więc odpowiem. Nie inspiruję się ani horrorami, ani fantastyką. Owszem, był okres, że przesiadłem się na stare horrory i obejrzałem ich bardzo dużo, ale bądźmy szczerzy – 9/10 tych filmów to nudne gówno. W ogóle ciężko jest teraz znaleźć coś dobrego do obejrzenia.  Raz na jakiś czas odpalę sobie kino eksploatacji, bo jednak wolę obejrzeć film z klimatem i ideą, który ma jakiś tam plot, zamiast nowoczesnych, żałosnych filmów, które nie mają żadnego sensu, a do tego są podobne do siebie jeden do jednego, od początku do końca. Chyba musimy udostępnić nasze teksty, bo to, o co pytasz, jest na samej powierzchni. Nasza muza to surowy realizm, o którym opowiadamy za pomocą stylistyki horror/fantasy, chociaż nie zawsze. Nie chciałbym słuchać zespołu śpiewającego o zabijaniu smoków, który by miał na uwadze dosłowne zabijanie cholernych gadów (śmiech). Przecież ma być coś do przemyślenia. Taka stylistyka jest zajebista, ale jeżeli nie ma podtekstu, to jest po prostu śmieszna. Jak już rozmawiamy o horrorach i fantastyce, to zamiast negować, podrzucę może coś dobrego. I nie w kontekście inspiracji , bo to tak nie działa, ale po prostu zajebiste sztuki. Z filmów: Brain Dead – ostro porąbana akcja, która ma miejsce tylko w twojej pieprzonej głowie. Z książek: jeśli lubisz mistycyzm, to Gustav Meyrinka jest bardzo spoko. Gościu ma także niesamowitą biografię.

Kriss: Dla mnie „szeroko rozumiana fantastyka czy horror”, jest raczej wołaniem o ODPOWIEDŹ na pytanie, które mało kto teraz sobie zadaje, a mianowicie „PO CO TO WSZYSTKO?”. Oto prawdziwy horror naszych czasów – maszerujące zwłoki zadowalające się byle impulsem z zewnętrznej sieci (internetu), zadające sobie pytania typu „pokazać ryj czy dupę” i wpisujące w tym samym czasie w wyszukiwarce: „jak jednocześnie pokazać dupę i ryj”. Nikt nie budzi się o świcie żywych trupów, zostają tylko ci, co nie spali całą noc…  Cokolwiek wygrzebane z dawno zapomnianych grobów strachu/grozy, co spowoduje choćby gęsią skórkę u „współczesnego homo sapiens” jest warte ubabrania się.      

Zdjęcie: https://www.facebook.com/weirdtalesband/

– Pogadajmy o początkach zespołu. Co sprawiło, że postanowiliście snuć swoje opowieści za pomocą dźwięków? 

Kriss: Ja nic nie wiem, czekam na gotówkę… . 

Dima: Wywalili mnie z pracy, za chlanie i ćpanie (śmiech). Podjąłem jedyną, słuszną decyzję – zacząłem grać doom.

Kava: Ja chciałem sobie pograć spokojny stonerek, ładnie, grzecznie i kulturalnie, a tu nagle wjeżdża Dima ze swoimi mega wolnymi i ciężkimi riffami. Rozwaliło mi to mózg.

– Macie za sobą dwie, świetnie przyjęte EPki. Zdradźcie co nieco na temat ich powstania.

Kava: Kava wolniej, kurwa, graj wolniej, to jest doom nie jakiś stoner! – to zdanie słyszałem milion razy.

Dima miał sporo rzeczy ułożonych już w głowie, dokładnie wiedział, co i jak ma brzmieć. Ja dokładałem do tego sporo improwizacji i w końcu udało nam się to fajnie połączyć. Najlepszy był proces nagrywania, bo większość zarejestrowaliśmy w kanciapie, wyszło z tego mega surowe brzmienie.

– Co sprawiło, że postanowiliście połączyć Weird Tales i Shiny Void w jedno wydawnictwo? Czy za tym zabiegiem kryje się coś więcej niż tylko cel promocyjny?

Dima: Gdy nagrywaliśmy pierwszą EPkę, mieliśmy już numery na drugą. Mirage był na pewno, reszty nie pamiętam dokładnie, może były szkielety, a może jakiś numer był gotowy w całości. Zdawaliśmy sobie sprawę z dwóch rzeczy. Po pierwsze, że te kawałki trwają po około 10 minut, więc nagranie czegoś takiego będzie kosztować. A po drugie, to trzeba być pieprzonym mistrzem, żeby odwalić porządnie taki kawał pracy, a nikt z nas nim nie jest. Biorąc pod uwagę różne opcje, stanęło na tym, że nagramy materiał sami, bo na inny wariant nas nie stać. Jako że musiałem od zera nauczyć się wszystkiego, co jest związane z nagrywaniem, zdecydowaliśmy się podzielić materiał na dwie krótsze EPki. Lepiej coś zrobić mniejszymi krokami, ale porządnie. Po pierwszym strzale jest okazja, żeby wyciągnąć wnioski i doszlifować sound. No i ostatecznie udało się. Ważny przy podjęciu tej decyzji był również fakt, że te kawałki trochę się od siebie różniły klimatem i tekstami, więc niemal od razu pojawił się pomysł, by nie miksować wszystkiego w jednym worku, a zrobić koncepcyjne EPki, po 3 kawałki każda. Po nagraniu Weird Tales ograliśmy ją trochę na koncertach i skupiliśmy się na rejestrowaniu następnej. Po nagraniu Shiny Void mieliśmy w sumie 6 kawałków, które można było połączyć w jedno porządne wydawnictwo. Ale i tak ostatecznie zrobiliśmy to na dwóch osobnych płytach (śmiech).
Wiesz, ludzie często pytali o jakieś fizyczne nośniki, więc chcieliśmy zrobić dla nich coś godnego, a nie po prostu nadrukować koperty z kopiowanymi płytami. Przyłożyliśmy się i powstało The Fall. Muza różniła się klimatem i koncepcją, pewnie zauważyłeś to po przesłuchaniu – jednak te kawałki stały się dla nas częściami jednej historii. Są jak dwie strony jednego medalu. Nawiązuje do tego design opakowania. Dziwna opowieść numer jeden i numer dwa, obie opowiadające o tym samym upadku człowieka z różnych perspektyw.

– EPki to jedno, ale rozmawiamy w po premierze Waszego pierwszego pełnego albumu. Powiedzcie parę słów o nim, o procesie twórczym i samym nagrywaniu.

Kava: Jak zawsze – pełno zawirowań, zmiany kadrowe, zmiany kanciap. W końcu doszedł Kriss i wszystko zespolił swoimi DONERAMi, co dało nam kopa do tworzenia czegoś zajebistego. Na próbach mieliśmy mnóstwo zabawy z tymi kawałkami, sam nie wiem kiedy ogarnęliśmy tyle numerów. Co do nagrywania, to współpraca z Marcinem była zajebista, pełna cierpliwość, szczególnie do czepiania się Dimy, który szukał każdego szczególiku.

 Kriss: Co do procesu twórczego… „Wciśnięcie się” pomiędzy monolityczne uderzenia riffów Dimy było dość trudnym zadaniem. Przyrównałbym to do stawiania straganów z zabawkami pomiędzy rzeźby z Wysp Wielkanocnych (śmiech). Ale jeśli znajdzie się choćby jeden typ, który coś tam kupi, to chyba mi się udało. Jeśli chodzi o samo nagrywanie, to Marcin Klimczak z Mustache-studio jest chyba najcierpliwszym typem, jakiego znam i baaaardzo ogarniętym w „temacie”. Polecam pracę z nim, choć mówiąc tak, mogę mu ściągnąć na kark niezłych świrów (sorry Marcin). Praktycznie po pierwszej kawie czułem się jak w domu (śmiech).

Dima: Tak, Panie Marcinie, moje uszanowanko! Po nagraniu Shiny Void wzięliśmy się za układanie riffów i pomysłów, które mamy, w sensowne kawałki. Tym razem poszło nam niesamowicie szybko i mieliśmy przy tym sporo frajdy. Chyba już zdążyliśmy się zgrać, bo proponowane idee były szybko akceptowane. Nawet te bardziej eksperymentalne, których naprawdę nie brakuje na tej płycie. Jammowaliśmy więcej niż poprzednio z różnymi formami riffów, które przynosiłem, więc było bardzo na luzie. Każdy dodał coś od siebie, i pomimo, że zmieniliśmy basistę, Kriss skumał o co chodzi i nie spowolniło to w żaden sposób procesu tworzenia. Zresztą, sami usłyszycie.

– Single z nadchodzącego albumu śmigają od jakiegoś czasu po sieci. Zdążyły już zebrać jakieś żniwo? Z jakimi reakcjami na Waszą muzykę się spotykacie?

Dima: Wszyscy mają to w dupie.

– Oficjalna prezentacja płyty odbędzie się 2 lutego w warszawskim klubie Chmury. Powiedzcie parę słów o tej imprezie.

Dima: A tak, wpadajcie, wpadajcie, zapraszamy na tę imprezę. Zagramy najlepiej, będzie totalne zaoranie. Będzie również można kupić mielonkę oraz cebulę na stoisku z merchem.

???

Kriss: To nie żart. I mam nadzieję, że obędzie się bez demonstracji z udziałem wkurzonych wegan (śmiech).

– Czy ta impreza to preludium do zwiększenia aktywności koncertowej? Zamierzacie ruszać z Waszą muzyką w Polskę, albo i dalej?

Kriss: Najchętniej ruszyłbym w trasę, porywając po drodze ludzi, by serwować im skoncentrowany kwas. Potem porzucałbym ich poza granicami kraju ich pochodzenia…

KAVA: Tak, zdecydowanie chcemy ruszyć dalej niż Polska, może uda się zrobić jakąś wspólną trasę z bandem, który wytrzyma z nami parę dni.

Dima: Dobra Panowie, słyszałem. Już zaczynam bookować.

Zdjęcie: Czarno na Białym

– A czy granie na żywo takiej muzyki wymaga jakiegoś szczególnego przygotowania? Wolicie mieć wszystko zaplanowane i dopięte na ostatni guzik, czy raczej pójść na żywioł i przekonać się, dokąd dźwięki poniosą?

Kriss: Ja przeważnie planuję wypić jakieś 6 piw i zebrać cały sprzęt ze sceny, zanim kolejny band tam wdepnie. Jeśli w tym przedziale czasowym nie będę w stanie zagrać niczego dobrego, to znaczy, że całe przygotowania wzięły w łeb.

Kava: Ja tylko stoję gdzieś w oparach dymu i nie wiem, co się dzieje, bo i tak nic nie słychać (śmiech). Ale zgraliśmy się tak, że podobno wychodzi całkiem nieźle.

– Doom metal, sludge, czy stoner to dość specyficzna muzyka, która często kojarzy się z pobudzaniem świadomości za pomocą różnych wspomagaczy. Spotkałem się nawet z określeniem, że Weird Tales to „mefedron z kwasem popijany wódą”. Czy takie dźwięki, to rzeczywiście trip „od rozpaczy do apatii?”

Dima: Faza i zgon. To dokładnie o nas. Kiedyś za mocno wjechało mi na banię, nadal nie może zejść. Mam nadzieje, że to się skończy, jak tylko powyrzucam ten cały gnój z mózgu za pomocą muzyki.

– Scena około-doom-metalowa w Polsce od paru lat rośnie w siłę. Jak określacie jej kondycję? Jak widzicie na niej siebie?

Dima: Nuda.

Kriss: Ja spotkałem się z opinią, że to właśnie w Polsce rośnie coś pod skórą, jak jakiś czyrak na mapie muzyki popularnej, ochlapując resztę mainstreamu ropą. W tym układzie sił chciałbym być RAKIEM (śmiech).

– Dlaczego usługi piekieł kosztują drogo?

Dima: Spójrz na nasze ryje.

Kriss: (zakrywa swój ryj ręką)

– Rozmawiamy u progu nowego roku. Dla wielu to czas planów i postanowień. A dla Was? Czy Weird Tales planuje jakieś konkretne posunięcia na kolejne dwanaście miesięcy? 

Dima: Nie zdechnąć.

Panowie, wielkie dzięki za rozmowę i do zobaczenia na koncertach!

 

Zdjęcia: Czarno Na Białym, https://www.facebook.com/weirdtalesband/

 

Rafał Chmura

Rafał Chmura

Im większa abstynencja muzyczna, tym bardziej liberalne kryteria jej wyboru
Rafał Chmura

Tagi: , , , , , , , , , .