Podsumowanie 2015 roku wg muzyków

podsumowanie muzycy

Tym razem poprosiliśmy członków zespołów aby podzielili się wydawniczymi wrażeniami z 2015 roku

 

 

 

Piotr Wiwczarek (Vader)

ŚWIAT:

Slayer „Repentless”. Nie jest to może w 100% taki Slayer, jaki najbardziej lubię ALE jest to jednak spory nawrót do takiegoż grania. Tytułowy „Repentless”, „Chasing Deatgh” czy „Atrocity Vendor” weszły od razu. Do innych musiałem się dłużej przekonywać. Slayer to Slayer. Amen \m/
Motorhead „Bad Magic”. Uwielbiam ten zespół od początku lay 80’tych. kiedy na giełdzie kupiłem „Ace of Spades”. Grałem wówczas jeszcze na basie i wkrótce miał powstać zespół Vader. Nie miałem pojęcia, ze będzie to ostatni album Motorhead… Wielka szkoda.
Malevolent Creation „Dead Man’s Path”. Świetny powrót zespołu. Dobry album i koncerty! Po latach względnego uśpienia MC atakuje ze zdwojoną siłą. Bardzo mnie to cieszy 😉
Def Leppard „Def Leppard”. Zawsze bardzo lubiłem pierwsze trzy płyty tego zespołu. Potem coś się za bardzo zesłodziło… Niemniej nowy album bardzo dobrze wchodzi i czuć w tym po prostu tamtego „młodego” Leoparda 😉
Ghost „Meliora”. Śmiałem się po przesłuchaniu premierowego „He is”… Jednak po kilku przesłuchaniach pokochałem tę piosenkę. Dosłownie piosenkę 😉 Nie łykam w 100% tego zespołu ale bardzo podoba mi się i powrót do stylistyki lat 70’ch i melodyjnego i mrocznego przy tym grania.

Oczywiście było więcej płyt – głównie klasycznych zespołów gatunku jak Saxon, Scorpions, W.A.S.P. czy Napalm Death i Venom (oba zresztą).

POLSKA:

W Polsce ostatnio bardzo dużo się dzieje i – mimo że jest to stylistyka mi raczej obca – bardzo mnie to raduje. Moje uszy pozytywnie odebrały w 2015 roku:

Infernal War „Axiom”. Skłamałbym mówiąc , że jestem fanem kapeli i znam wszystko. Tym albumem zespół zaskoczył mnie na równi z „Massive Cauldron of Chaos” 1349 w zeszłym roku. Lubię taki zaskoczenia 😉 Świetne ostre i surowe granie!
Insidius „demo”. Nie myślałem , że tak mnie zaskoczą moi Ziomale z podwórka. Z Choiną już lata temu inspirowaliśmy się podobnymi dźwiękami – i to słychać w tym nowym materiale. Absolutnie świetne !!!
Hate „Crusade Zero”. To doświadczony zespół od lat wzbudzający kontrowersje wśród – głównie rodzimej publice. Nie ma jednak wątpliwości, ze nowa płyta to 100% Hate w Hate! Bardzo dobra droga…no i świetna wspólna trasa po Europie \m/
Kat z Romanem „666”. Naprawdę bardzo się cieszę, że ta klasyczna płyta została powtórnie nagrana. Nie interesują mnie opinie „purystów” o braku sensu takich dokonań. Nareszcie można w pełni docenić kunszt Kata i wielkość tamtych kompozycji. Zamówiłem winyl od razu jak dowiedziałem się o takim projekcie 😉
Batushka „Litourgija”. Tu przede wszystkim szacunek za  pomysł wykorzystania pięknych „cerkiewnych” wokaliz i trochę innego BM charakteru. Może to i trochę na siłę (no i te kaptury…znowu) ale nie pomniejsza mroku i dostojeństwa muzyki. Tego rodzaju kapele przeżywają teraz  swój czas i mimo tego iż nie jestem fanem takiego łojenia – będę śledził w jakim kierunku to wszystko zmierza.


Tomasz „Hal” Halicki (Vader)

To na pewno był dobry rok, choć nie przełomowy. W moim przypadku – raczej rozglądałem się za „starymi” sprawdzonymi brzmieniami, niż szukałem czegoś nowego.
Kolejność pozycji jest przypadkowa i zupełnie nie gra roli. Soundtrack z Witchera musiał się pojawić, bo za często go słucham, w momentach, kiedy po prostu nie mogę zagrać w grę. Thulcandra też się musiała pojawić – za bardzo mi uwiera nieobecność Dissection pośród żywych!

ŚWIAT:

Thulcandra „Ascension Lost”
Katechon „Coronation”
Paradise Lost „The Plague Within”
Marduk „Frontschwein”
Swallow The Sun „Songs From The North I, II & III”

POLSKA:

Przybyłowicz, Stroiński, Percival „Witcher 3 soundtrack”
Outre “Ghost Chants”
Batushka „Litourgiya”
Mgła “Exercises in Futility”
Mord’a’Stigmata „Our Hearts Slow Down”


Artur „Chudy” Chudewniak (Trauma)

ŚWIAT:
1. Slayer „Repentless” – Wobec tego zespołu jestem właściwie bezkrytyczny więc nowe dzieło zabójcy musiało się znaleźć w zestawieniu. „Repentless” podzieliła wielu ale dla mnie jest tym czego oczekiwałem. Umarł król Jeff. Niech żyje król Gary! SLAYER KURWA!
2. Hooded Menace „Darkness Drips Forth” – Podobnie jak w punkcie pierwszym nie wyobrażałem sobie braku nowego albumu HM w zestawieniu najlepszych płyt. Właściwie w kategorii Death/Doom nie mają na świecie konkurencji. „Darkness drips forth” jest bezpośrednim rozwinięciem drogi obranej na poprzednich 3 albumach (oraz 10 innych wydawnictwach). Prochu i koła pewnie HM nie wymyślą ale „czwórkę” powinni dostać Nobla.
3. Hate Eternal „Infernus” – co tu dużo pisać HE jest jednym z niewielu zespołów DM, który nagrywa tylko coraz lepsze płyty, które kupuje się w ciemno. „Infernus” to przykład, że można grać z pasją ekstremalną muzykę nie zjadając własnego ogona. Czapki z głów przed Erikiem Rutanem!
4. Gruesome „Savage Land” – Absolutna rewelacja w temacie amerykańskiego retro DM! Płyta, która spokojnie mogłaby wyjść przynajmniej ćwierć wieku temu jako DEATH, MASSACRE czy inny REVENANT. Album, przy którym ma się 30 kg mniej,odrastają włosy a sandały zmieniają się w białe robbinsy z językami do kolan!
5. Paradise Lost „The Plague Within” – Powrót do formy, którego się po PL chyba nikt nie spodziewał! Chyba nigdy nie zrozumiem ich muzycznej odysei ale tym bardziej doceniam ostatni album jako esencję ich dobrych starych płyt i klimatu. Oby utrzymali obrany na ostatniej płycie kurs bo limit muzycznych wtop już dawno wyczerpali.

POLSKA:
1. In Twilight’s Embrace „The Grim Muse” – Wstyd się przyznać ale ITE wcześniej nie znałem. Charakterystyczny jadowity DM i produkcja sugerowały, że to chyba Skandynawia. A tu, proszę, nie dość, że dobrze młócą to jeszcze są z Polski. Jeśli trzecia płyta jest zazwyczaj wyznacznikiem jakości wielu zespołów to „The grim muse” sprawia, że będę się przyglądał przyszłości Poznaniaków. Dodatkowy plus za gościnny udział Tompy!
2. Batushka „Litourgiya” – Absolutne objawienie sezonu w temacie BM na naszym podwórku i hit mojej imprezy sylwestrowej. Właściwie na taki pomysł i przedstawienie tematu czekałem na naszej scenie kawał czasu. Płyta, na której absolutnie wszystko się zgadza i chce się ją maglować!
3. Deivos „Theodicy” – Przeinteligentna płyta naładowana wirtuozerią i nie mieszcząca się w skostniałych schematach. „Theodicy” trzeba przesłuchać przynajmniej 666 razy i na nowo ją odkrywać. Jak zwykle death metalowe mistrzostwo!
4. Mass Insanity „Antihuman” – Mam przeczucie, że ta płyta otworzy wrota piekieł przed Małym & Co. bo materiał po prostu niszczy! Kawał kopiącego DM, który nikogo nie pozostawi obojętnym! Dodatkowo na „Antihuman” usłyszeć możecie gościnne występy kilku znanych person z naszej sceny w tym i mój słowiczy głos.
5. Antigama „The Insolent” – 31 minut i 31 sekund wykurwu i kontrolowanego chaosu!!! Jakiekolwiek próby opisu muzyki zawartej na „The Insolent” są po prostu zbędne. Mnie potargało podobnie jak przy pierwszych płytach Napalm Death czy Brutal Truth. Doskonałe!


Yony (Obscure Sphinx)

ŚWIAT:

1. Myrkur ”M” – wspaniałe pokurwienie tru black metalu ze ścieżką dźwiękową do serialu o Robin Hoodzie.
2. Chelsea Wolfe „Abyss” – przy tym odpływam w kosmos. Normalnie nie rozumiem, jak można przemyćić tyle mroku w normalnym śpiewaniu ballad. Lajkuję na Instagramie jak pojebany.
3. Slayer „Repentless” – za powrót do bycia Slayerem. Już za sam teledysk należy im się Grammy, Oskar, pompki do nart i co byście tam chcieli jeszcze. Po prostu wpierdol.
4. Paradise Lost „The Plague Within” – Bogowie Kobolu mi świadkami, musiałem naprawdę dojrzeć do tej płyty, ale teraz jest stałym gościem odtwarzacza.

POLSKA:

1. Thaw „St. Phenome Alley” – ja nie wiem jak to Artur Rumiński robi, ale wg mnie jest jednym z dwóch, trzech najciekawszych gitarzystów w Polsce. Do tego dobrał sobie ludzi, którzy mają jakąś zajawkę i dzięki temu mamy muzyczną perłę.
2. Mord’A’Stigmata „Our Hearts Slow Down” – w zasadzie te same odczucia co w przypadku THAW. Wg mnie pierwsza liga obecnego BM. Na świecie.
3. Weedpecker „II” – Bezapelacyjnie miazga. Przecudownie narkomańsko płynące riffy, można by to określić jako skrzyżowanie Black Sabbath z Alice In Chains, gdyby nie to, że porównania, nawet tak górnolotne, obrażają Weedpecker. W moim osobisty rankingu nr 1 w 2015.
4. Spirit „Desolation” – w zasadzie nie wiem co powiedzieć, bo mi się wymyka koncepcja. Tam jest wszystko. Ale Rutkowski to drugi z tych najbardziej interesujących i ogarniętych wioślarzy. I do tego zajebisty wokalista.


U (Entropia)

ŚWIAT:

Alessandro Cortini „Risveglio”
Album wypełniony muzyką narracyjną, w towarzystwie której nawet najbardziej prozaiczne czynności stają się niepokojącym przeżyciem. Utwory wypełniają w całości dyskretne, pełzające dysonanse, które potrafią całkowicie przytłoczyć świadomość słuchacza.

Liturgy „Ark Work”
Liturgy na „Ark Work” wyrzuca na śmietnik cały swój dotychczasowy black metalowy nadbagaż, co paradoksalnie wychodzi im na dobre. Eksperymenty z elektronicznymi beatami, mantrowymi wokalizami i archaicznie brzmiącymi samplami orkiestry brzmią może jak sen wariata, ale warto podjąć wyzwanie i zaryzykować seans z nową płytą Huntera Hunt-Hendrixa. Mimo kilku dłużyzn kompozycyjnych, jest to zdecydowanie jedna z odważniejszych płyt mijającego roku.

Blanck Mass „Dumb Flesh”
Blanck Mass brzmi na tegorocznym albumie jak młodszy brat Fuck Buttons, nie można mu jednak odmówić kompozycyjnego kunsztu, który wprowadza rozbudowane, psychodeliczne ściany syntezatorów na wyższy poziom tanecznego parkietu.

Tame Impala „Currents”
Nowa płyta Tame Impala to przede wszystkim wspaniałe numery otulone ciepłym brzmieniem, które przy bliższym spojrzeniu potrafią odsłonić swoje drugie dno. W tym przypadku to zdecydowanie wystarcza, by w kategorii „indie” wykosić całą konkurencję.

Lapalux „Lustmore”
Płyta zdecydowanie zbyt ciężka na jedno podejście i zdecydowanie zbyt dziwna, by można ją było łatwo zaszufladkować. Wykrzywione, połamane beaty tworzą paradoksalnie bardzo harmonijną całość, do której można z ciekawością wracać.

POLSKA:

Rimbaud „Rimbaud”
Płyta, która została całkowicie zdominowana przez fantastyczne, zakręcone podkłady autorstwa Jacaszka. Pozostali członkowie zespołu wydają się w tym układzie momentami tylko niepotrzebnym, acz ciekawym dodatkiem.

Ampacity „Superluminal”
Ampacity na Superluminal zaprezentowało dojrzałe, spójne kompozycje, które wielokrotnie puszczają do słuchacza oko nawiązaniami do klasyków, których obdarowują drugim życiem. Album ten jest przykładem, jak w bogactwie środków można zawrzeć prosty przekaz – po co palić, skoro można latać?

Syny „Orient”
Płyta, która w warstwie muzycznej jest wyjątkowo zgrzybiałą fantazją na temat klimatu obskurnych blokowisk i luf opalanych pod piwnicami, zaś w warstwie tekstowej umiejętnie balansuje między debilizmem pohukującego Seby a mądrością z rodzaju „zjesz i wiesz”. Zajebiste.

Stara Rzeka „Zamknęły się oczy ziemi”
Finalny album Starej Rzeki to kontynuacja formuły sprawdzonej na debiucie i jej rozwinięcie. Oscylujące między hałasem i ciszą utwory to niekończąca się opowieść przy ognisku rozpalonym pośrodku niczego.

Kaseciarz „Gay Acid”
Chociaż do końca nie wiadomo, czy to jeszcze heheszki, czy już może na poważnie – oprawa graficzna i tekstowa „ Gay Acid” wskazuje, że Kaseciarz przeprowadził pewne autoeksperymenty chemiczne, co poskutkowało powstaniem najlepszego albumu grupy.


Paweł „Sonneillon” Marzec (Blaze of Perdition)

Wychodzę z założenia, że muzykę – tak jak każdą inną sztukę – powinno się tak po prostu chłonąć i starać poczuć całym sobą zamiast poddawania jej analizie i podstawiania pod wzory, przepuszczania przez filtry i tak dalej. Te działają same – podświadomie. Daruję sobie więc rozprawkę na temat plusów poszczególnych wydawnictw na mojej liście. Łączy je jeden wspólny element – w odczuwalny sposób wpłynęły na moje emocje i pozostawiły po sobie jakiś znak. Na jak długo? Czas pokaże. Kolejność alfabetyczna, bez faworyzowania nikogo. Tutaj każda pozycja jest diamentem.

Akhlys „The Dreaming I”
Amestigon „Thier”
Infernal War „Axiom”
Marilyn Manson „The Pale Emperor”
Mord’A’Stigmata „Our Hearts Slow Down”
Paradise Lost „The Plague Within”
Porta Nigra „Keiserschnitt”
Secrets of the Moon „Sun”
Serpent Noir „Erotomysticism”
VI „De Praestigiis Angelorum”

+ wzmianka honorowa – OST do Wiedźmina 3

Oprócz tego z mrowieniem nie tylko tam gdzie nic nie czuję wspominam koncert Einsturzende Neubauten w Lublinie. Rewelacyjny występ.

O płytach, które mi się nie podobają szybko zapominam, także listy albumów przeznaczonych do wyrzucenia do kosza nie prowadzę, ale na minus w tym roku: Śmierć Lemmyego. Jebać raka. I mniej emocjonalnie: Grave Pleasures ze znacznie gorszym albumem od Beastmilk.


Jakub „Static” Całka (Mord’a’Stigmata)

Przechodzący właśnie do historii rok 2015 był, podobnie jak ostatnie parę lat, bardzo dobry dla mrocznej muzyki. Oczywiście przeładowanie rynku daje o sobie znać i nie sposób choć pobieżnie poznać wszystkie z ukazujących się pozycji, ale to co udało mi się wyłuskać zdaje się potwierdzać fantastyczną kondycję twórców niepokornych. Gdybym chciał podać listę albumów, które towarzyszyły mi najczęściej w ubiegłym roku, wyglądałaby ona tak:
1. Secrets of the Moon „Sun”. Mój absolutny faworyt tego podsumowania, płyta która szturmem zdobyła moje serce, praktycznie od pierwszego przesłuchania. Zawsze byłem wielkim fanem tego zespołu, ich niebagatelnego podejścia do grania black metalu. Spadek formy dało się co prawda zauważyć na poprzedzającej omawianą płytę „Seven Bells”, ale „Sun” jest powrotem w wielkim stylu. I przy okazji mocno zaskakującym. Black metal ustąpił tu pola wibracjom znanym z najlepszych płyt The Cure czy New Model Army, podanym w sposób ponury, dosadny i niezwykle przejmujący. To płyta zawierająca potężną dawkę emocji, nie da się wokół niej przejść obojętnie.
2. Chelsea Wolfie „Abyss”. Ten krążek zaczyna się tak, jakby był autorstwa Trenta Reznora. Industrialne trzęsienie ziemi, minimalizm, przemyślane kompozycje, a nad tym wszystkim unoszący się, nieco odrealniony i oniryczny, głos Chelsea. Fantastyczna płyta z pogranicza sennych koszmarów. Cenię wszystkie krążki Chelsea Wolfie, ale ten moim zdaniem jest z nich najlepszy.
3. Blaze of Perdition „Near Death Revelations”. Przełomowa płyta zespołu, a jednocześnie najlepszy krążek z krajowym black metalem, jaki wyszedł w tym roku. Zapomnijcie o bredniach dotyczących wypadku i zacznijcie słuchać muzyki. Owszem, wydarzenia z 2013 r. rzutują mocno na emocjonalny aspekt tej płyty – o ile ktoś ma o nich pojęcie. Same zaś kompozycje i wykonanie to majstersztyk, niezależnie od okoliczności towarzyszących. W fantastyczny sposób zespolona bardziej współczesna twarz black metalu z wpływami rocka gotyckiego, przemyconymi na tyle subtelnie i ze smakiem, że w żaden sposób nie ujmują radykalizmu „Near Death Revelations”.
4. Akhlys „The Dreaming I”. Ciemno, ciemniej, Akhlys. Jakkolwiek głupio by nie brzmiało to stopniowanie, dla mnie ta płyta otchłań i totalna ciemność. A przy tym dość otwarta forma, bo mimo że jest to krążek z ortodoksyjnym black metalem, autorzy, (właściwie bardziej autor), nie boją się sięgać po rozwiązania zdradzające szerokie spektrum zainteresowań muzycznych. Za to każde z tych rozwiązań ma na celu tylko jedno – pogrążyć odbiorcę głębiej w otchłani.
5. Trupa trupa „Headache”. Piękna, połowicznie hałaśliwa, połowicznie subtelna płyta, o którą bardziej podejrzewałbym Skandynawów niż naszych rodaków. Doskonały noise rock często operujący wyważonym transem. Wiem, że to będzie znaczne uproszczenie, ale jeśli doceniacie Sonic Youth, koniecznie sprawdźcie tą płytę.

Warto też wspomnieć doskonałe wydawnictwa krajowych reprezentantów metalu, bo świetnymi płytami uderzyły : Mgła, Non Opus Dei, In Twilight’s Embrace, Thy Worshiper, Embrional.


Paweł „Hern” Pójdak (Forest Whispers)

POLSKA:

Mgła „Exercises In Futility”
Poznałem Mgłę po wydaniu świetnej Grozy, niestety With Hearts Towards None miejscami mnie nudziło. Za to na najnowszej płycie przebili wszystko. Ich najlepszy album.

Odraza „Kir”
Po genialnym Esperalem Tkane nie sądziłem, że będą potrafili zrobić coś tak urzekającego. I mimo iż instrumentalnie – udało im się.

Kres „Na Krawędziach Nocy”
Po pierwszych odsłuchu zbierałem szczękę. Taki klimat, że to głowa mała. Dużo emocji i świetnych melodii.

Zorormr „Corpus Hermeticum”
Solidna jatka i wielowątkowość to ważne atuty tego albumu. Nie ma ani momentu na nudę.

Blaze Of Perdition „Near Death Revelations”
Godny następca genialnego The Hierophant. Intrygujące rozwiązania aranżacyjne i kawał świetnej muzyki.

Warto również zaznaczyć, że powychodziło sporo reedycji klasycznych materiałów dawno nie dostępnych takich kapel jak Sauron, Marhoth czy Holy Death. Świetnie, że labele nie zapominają tak ważnych kapel, które kreowały scenę, tylko chcą je przypomnieć.

ŚWIAT:

Batushka „Litourgiya”
Defintywnie zespół, który pozamiatał na scenie. Ogromna świeżość i świetny, nietuzinkowy klimat. Do tego świetnie gra na emocjach

My Dying Bride „Feel The Misery”
Zdecydowanie najlepsza płyta jaką udało im się zrobić od dziesięciu lat. W końcu brytyjczycy w formie.

Akhlys „The Dreaming I”
Świetny debiut, bardzo klimatyczny z ciekawymi patentami. Czekam na nowe dokonania.

Marduk „Frontschwein”
Przygrzmocili konkretnie w swoim stylu. Marduk to Marduk i tu nie ma litości.

Paradise Lost „The Plague Within”
Zmieniali styl kilka razy, zrobili parę mniej słuchalnych płyt, ale w końcu powrócili w tym co potrafią robić najlepiej. Świetny album.


Suffer (Cień)

Generalnie rzecz biorąc uważam, że w mijającym 2015 roku nasza rodzima scena wydała o wiele więcej ciekawszych albumów niż europejska czy nawet Światowa. Wybór był dość trudny, ale jeżeli mamy mówić o najlepszych wg. mnie wydawnictwach będą to:

POLSKA:
1. Embrional „The Devil Inside”: Najlepszy Death Metalowy album tego roku !!!
2. Mgła „Exercises in Futility”: Niby bez żadnych zmian i zgodnie z wypracowanym stylem, ale są niemiłosiernie skuteczni w tym co robią. Kolejny raz nie mają sobie równych.
3. Infernal War „Axiom”: Komentarz jest zbędny – po prostu Infernal War !!!
4. Mord’A’Stigmata „Our Hearts Slow Down”: Doskonała kontynuacja równie doskonałego LP “Ansia”.
5. Vader „Future Of The Past II: Hell In The East”: Mam ogromny sentyment do pierwszej części Future Of The Past, a kolejna płyta z coverami w wykonaniu Vader jest bardzo fajnym ukłonem dla prekursorów gatunku.

ŚWIAT:
1. Peste Noire „La Chaise-Dyable”: Jak zawsze majstersztyk. Famine tym razem postawił na połączenie klimatu zawartego w dwóch ostatnich LP i wyszło mu to idealnie. Jak w przypadku poprzednich wydawnictw – geniusz !!!
2. Killing Joke „Pylon”: Bardzo miłe zaskoczenie. Brytole robią swoje, a wychodzi im to z każdym albumem coraz lepiej.
3. God Is An Astronaut „Helios Erebus”: Myślę, że każdy kto zna GIAA wie czego oczekiwać po ich albumie.
4. Alien Vampires „Drag You To Hell”: EBM najlepszego sortu !!!
5. Krisiun „Forged In Fury”: Death Metal zagrany z taką pasją i sercem do grania jakich brakuje największym wyjadaczom ! Bardzo solidny i szczery album Brazylijczyków.


Artur Rumiński (Thaw/Furia/Arrm)

Ciężko było wybrać.
Z Polskich rzeczy znów wszystko wygrał Kuba Ziołek z czego bardzo się cieszę bo jestem fanem każdego projektu w którym się udziela. Lista zagranicznych płyt mogła być o wiele dłuższa ale skupiłem się na tych , które jednak zatrzymały mnie na długo i pewnie szybko się nie znudzą.
W większości kolejność przypadkowa.

POLSKA:

Stara Rzeka „Zamknęły się oczy ziemi”
Alameda 5 „Duch tornada”
Echoes Of Yul „The  Healing”
Rimbaud „s/t”
Łukasz Ciszak „The Locked room”
Shofar „Gold of Małkinia

ŚWIAT:

The Necks „Vertigo”
Alessandro Cortini „Risvegilo”
Big Brave „Au De La”
Algiers „s/t”
Natural Information Society & Bitchin Bajas „Automaginary”
Mika Vainio & Franck Vigroux „Peau Froide,Léger Soleil”


Dawid & Łukasz (Torn Shore)

TOP 5 Dawid:
1. Sweet Cobra „Earth”
Usłyszałem tę płytę wczoraj i od razu wskakuje u mnie jako pozycja obowiązkowa.
Wspaniałe. Myślę: Big Business/Young Widows + Qotsa? Totalnie zaskakująca, nietuzinkowa podróż, przy czym spójna i bardzo chwytliwa. Instrumentalnie bez słabego punktu. Gitarowa robota? Wow! Brzmieniowo miazga. Aranżacyjnie milion niespodzianek, a przy tym zero cyrkowych tricków – mimo to ta płyta jest ciężka. Polecam. Banger track: „Repo”

2.Metz „II”
Kocham ten zespół całym sercem. Uwielbiam to, że potrafią nagrać płytę na 2 riffach i położyć tym większość kapel rockowych na świecie. Na drugiej płycie wracają z większą ilością riffów, ze zdwojoną siłą. II jest mocniejsza, agresywniejsza, jeszcze bardziej hałaśliwa i oczywiście posiada tylko i wyłącznie same hity. Jeśli nie widziałeś/aś ich na żywo – naprawdę sporo tracisz. Banger track: „Swimmer”

3. Mutoid Man „Bleeder”
Zapnij, kurwa, pasy, kiedy to odpalasz! MM, jak wiadomo, nie bierze się znikąd. Stephen Brodsky (Cave In) i Ben Koller (Converge, All Pigs Must Die) plus basista, którego nie znam, ale też jest kotem! Instrumentalny barok, aranżacyjny rollercoaster. Natłok pejzaży muzycznych = LSD. Tempo całości = amfetamina. Przy tym wszystkim zero zbędnego pierdololo, same przeboje. Tak się to robi, Mastodon. Banger track: „Reptilian Soul”

4.Blacklisted „When people grow, people go”
Zawsze uważałem Blacklisted za ciekawy zespół, ale nigdy dotąd nie złapał mnie za gardło. Stało się to w momencie wydania tego albumu. Już po teaserach i pierwszym singlu wiedziałem, że to będzie cios. Od razu czułem, że ta płyta będzie mega osobista, szczera, że będzie ociekała brudem życia. Muzyka dla ludzi 30+. Płyta dla mnie. Najbardziej przyciągnęło mnie jej brzmienie i atmosfera, która od razu skierowała mnie pod adres Lewd Acts – zespołu potęgi, za którym bardzo płaczę, choć poznałem go, jak ostatni frajer, stosunkowo niedawno. Banger track: „Foreign Observer”

5. Calm The Fire „Doomed from the Start”
Rodzime akcje też mają się świetnie. Zespoły zaczynają nagrywać śmiałe, asertywne płyty. Wybrałem tę płytę, bo CTF trwa już od ponad 10 lat, a ja, słuchając „Doomed from the Start”, czuję się, jakbym słuchał znakomitego debiutu, który zapukał mi z buta w drzwi. Piękna płyta, piękna produkcja, świetny sound. Zajebiste riffy, miażdżące gary. Najbardziej jednak o aranże mi tu chodzi. Stary… Zero miłości. Podoba ci się czy nie, jesteś już w połowie krążka i krwawisz. Nie ma czasu, trzeba napierdalać. Trap Them/Dead in the Dirt. FFO: Boss hm2. Banger track: „Doomed from the Start”

TOP 5 Łukasz:

Dawid wybrał już co prawda najsmakowitsze kąski, a poza tym i tak w 2015 nadrabiałem zaległości z innych lat, ale dorzucę kilka słów od siebie:

1. White Jazz “Modern Living”
Black Flag. Na sterydach. Z zajebistymi tekstami i jeszcze bardziej chwytliwymi riffami. Ta EPka po prostu mnie zmiażdżyła. Rise and Fall to już przeszłość, ale dzięki takiemu substytutowi prędko za nimi nie zatęsknię. Banger track: “The Screen”

2. Royal Headache “High”
Garaż punk level pro. Poprzednia płyta była tak zaraźliwie przebojowa, że słuchałem jej z krótkimi przerwami przez 3 lata aż do dnia, kiedy pojawił się ich drugi longplay. Zanim go odpaliłem, byłem pełen obaw, że coś przeprodukują, nauczą się grać na instrumentach lub po prostu stracą parę, ale nic z tego. High to 10 hitów, które sprawiają, że nawet taki kamień jak ja ma ochotę poderwać się do tańca. Banger track: “Carolina”

3. Loma Prieta “Self Portrait”
Nie mam nic mądrego do powiedzenia na temat tej płyty. Świeże podejście do emocjonalnego hardcore’u, które trafia do mnie w 100%. W dodatku na żywo potwierdzili klasę, choć nie pojąłem tego od razu. Banger track: “Roadside Cross”

4. Melisa “Dla Melizy”
Romanowski po raz trzeci w tym roku. Nie wiem, o co chodzi z tym gościem, ale zazwyczaj kupuję wszystko w czym macza palce – Melisą też się zajarałem, choć w nieco inny sposób. Trochę tak, jak wtedy, gdy jako gówniarz po raz pierwszy usłyszałem Nirvanę. Dobra, może kłamię, ale o takie Cool Kids Of Death walczyłem! Banger track: “Nie mam gdzie spać”

5. Ryley Walker „Primrose Green”
Genialny małolat (rocznik 89), grający hipisiarskie, folkowe hymny w klimatach Van Morrissona. Banger track: Sweet Satisfaction

Inne albumy warte wspomnienia: Retox „Beneath California”, Jungbluth “Lovecult”, Christian Scott „Stretch Music”, Oliver Heim „A Different Life”, Olten „Mode”, Thaw „St. Phenome Alley”, Ampacity „Superluminal”


Kuba Brzezicki (Tsima)

To moje pierwsze podsumowanie płytowe, jakie przyszło mi napisać. Przede wszystkim dlatego, że dopiero w tym roku skupiłem się na nowych wydawnictwach, i  pochłanianiu dużej ilości nowych brzmień. Mimo tego, że nie dałem rady posłuchać wszystkiego, co mogłoby mnie zainteresować, udało mi się wytypować kilka albumów, które mogę wyróżnić, no i ten jeden szczególny, najlepszy.

Zacznijmy od pewnej kapeli z Piły – mojapołowa i ich druga EPka to przeplatanie nerwowych punkowych riffów z kontrowersyjnymi tekstami poruszającymi takie sfery jak rodzina, wiara i relacje międzyludzkie. Trudne teksty. Dobrze się tego słucha w drodze, aczkolwiek to bardzo krótka płyta. Warto też wyróżnić oprawę graficzną.

Idąc dalej ścieżką hardcorową, żal nie wspomnieć o wrocławskim Torn Shore i ich albumie Lifeburner. Czekam na okazję, aby ich usłyszeć na żywo, jedną niestety przegapiłem, bo  te połamane rytmy w połączeniu z hałaśliwymi, wściekłymi riffami muszą na żywo uderzać 500 razy mocniej niż ze słuchawek.

Najciekawszym odkryciem tego roku był belgijski Raketkanon. Zespół stonerowo-noise’owy, który nadaje swoim utworom imiona. Po teledyskach można wywnioskować, że goście mają ogromny dystans do tego co robią, i traktują to jako zabawę. Płyta #2 prezentuje styl, którego w gruncie rzeczy wcześniej nie znałem. Połączenie ciężkich gitarowych riffów, synthów, charakterystycznego, czasem wyjącego wokalu sprawiły, ze bardzo tę załogę polubiłem.

Czas przejść do czarnego metalu. W mijającym roku poświęciłem mu zdecydowanie więcej uwagi niżeli wcześniej. Nie sposób nie wymienić  M od Myrkur, niecodziennie blondynka o sylwetce modelki wydaje black metalową płytę. Podoba mi się jej wizja, i będę uważnie śledził jej postępy.

Przesłuchałem również New Bermuda od Deafheaven. Mimo że nie uważam tej płyty za lepszą niż Sunbather, amerykanie wręcz zainspirowali mnie dowolnością, jakiej się dopuszczają, wplatając między blasty typowo thrashowe riffy. Dobrze się tego słucha.

Na łopatki rozwaliła mnie płyta pewnego polskiego zespołu. Początkowo miałem problem ze strawieniem brzmienia, miałem wrażenie że słucham płyty z lat 90. Ale doskonale rozumiem zamysł twórców. Już po pierwszym numerze na płycie miałem przekonanie o geniuszu tej płyty i jej twórców. Z każdym kolejnym odsłuchem przekonanie rosło. Mgła – Exercises in Futility

Trudno pominąć gatunek mi bliski – post metal. W tym roku tak naprawdę jedyny album, który mnie porwał to Rosetta  – Quintessenial Ephemera. Jest to pierwsza płyta nagrana z drugim gitarzystą/ wokalistą. Dotychczasowe brzmienie Rosetty  i czyste partie wokalne Erica świetnie się uzupełniają. I ten budujący klimat płyty. Nie spotkałem się dotychczas z tak skomponowaną post metalową płytą.

Odbijając od metalu, przejdę do post punka – tutaj wyróżnię dwa wydawnictwa. Z polecenia pewnego serdecznego kolegi przesłuchałem Protomatyr – Agent Intellect . Post punk ma to do siebie, że te kawałki szybko się wkręcają. Przynajmniej mi. W tym przypadku nie było inaczej.

Drugim post punkowym albumem, który wyróżnię, jest Dreamcrash od międzynarodowego Grave Pleasures. W zeszłym roku zauroczyłem się Beastmilkiem, i nowe wcielenie tej grupy bardzo mi odpowiada. Trudno tę płytę skonfrontować z Climax, bo to nieco inne podejście do tematu, jest zdecydowanie mniej dynamicznie, za to utwory są bardziej rozbudowane niż na poprzedniku. Jestem zdania, że roszady w składzie i nowy szyld (choć wolałem poprzedni) wyszły na dobre.

Jeszcze szybko przed przedstawieniem płyty nr.1 wyróżnię Metz – II. Warto sprawdzić, jak hałasują Ci hipsterzy.

Wyróżniłem w tym zestawieniu 10 płyt. Czas na tą najlepszą. Zdecydowanie moje serce zdobyła Chelsea Wolfe. Abyss to płyta fantastyczna.  Delikatny głos Chelsea przebijający się przez gąszcz potężnych przesterów. Płyta jest pełna prostych riffów, ale istota piękna tych kompozycji tkwi w tym brudnym, warczącym brzmieniu. Wielka szkoda, że nie dała rady zagrać w Poznaniu. Czuję że długo bym się zbierał po tym koncercie, bo album wywarł na mnie piorunujące wrażenie.

Bartek Urbańczyk (Besides)

ŚWIAT:

– Numer 1 tegorocznych wydawnictw to Paradise Lost „The Plague Within”. Jest to 14 album w dorobku Brytyjskiej formacji. Płyta melodramatyczna ,raczej nie dla kogoś kto oczekuje ostrego metalowego łojenia. Jeżeli szukasz blastów i konkretnego darcia ryja musisz szukać dalej. Płyta gotowa do odpalenia po nieudanej randce z dziewczyną.
– Numer drugi to Polaris zespołu TesseracT. Dla Fanów Progresywnego grania pozycja obowiązkowa. Po fenomenalnym albumie Altered State z 2013 roku który dotarł do 94. miejsca listy Billboard 200, zespół całkiem nieźle sobie radzi sprzedając 5 tysięcy krążków tylko w pierwszym tygodniu od premiery. Brytyjczycy może nie zaskakują bardziej złozonymi kompozycjami ale nadal można poczuć ten fenomenalny klimat który miałem okazję odkryć przy pierwszych przesłuchaniach.
– Numer 3 to Slayer „Repentless”. Płyta wydana po małych przetasowaniach w składzie. Zabrakło kilku starych twarzy, nie mniej album na tym nie traci i ma się całkiem dobrze. Paul Bostaph całkiem nieźle napędza kompozycje i co dla mnie jako bębniarza się liczy, gra z ciosem, feelingiem i całkiem niezłym drivem. Starzy fani nie powinni być zawiedzeni. Kiedy wkurzy cię szef po ciężkim dniu pracy, odpal najnowszego Slayera. Polecam.
– Na 4 miejscu nie mogło zabraknąć tego o to krążka. Motörhead „Bad Magic”. Ostatni krążek niedawno zmarłego Lemmy’ego. Kilmister tym krążkiem udowodnił ,że zasłużył na miano jednego z wielkiej czwórki. Maruderzy mogą narzekać, że krążek nie jest jakoś specjalnie urozmaicony i odkrywczy, ale myślę że Lemmy który w tym momencie obala kolejną flachę wisky u najwyższego ma to po prostu gdzieś. Cytując z Lemmy’ego „Jesteśmy Motorhead i gramy rock’n’rolla”.
Caspian „Dust and Disquiet”. Przy pierwszym odsłuchaniu miałem mieszane uczucia co do najnowszej płyty caspiana, ale przy każdym kolejnym odsłuchaniu album zyskiwał. To jak z winem im starsze tym lepsze, tym wiecej walorów zaczynamy doceniać. Utwory wciągają kreując jakąś alternatywną rzeczywistość w której można odpłynąć. Po przesłuchaniu płyty mam niedosyt. Mogłaby być jeszcze dłuższa. Ale chyba właśnie to jest wyznacznikiem płyty genialnej, chcesz więcej i dlatego będziesz do niej wracał.

POLSKA:

1. Riverside „Love, Fear and the Time Machine”. 6 album studyjny dla fanów prog metalu obowiązkowo. Chyba najbardziej melodyjna płyta w dorobku Warszawiaków. Dla części fanów płyta pewnie będzie zaskoczeniem, bo zespół rezygnuje z pewnych patentów którym przez tyle lat sukcesywnie się trzymał. Płyta oryginalna i powiedziałbym, że w stosunku do wcześniejszych wesoła.
2. Jóga „Skin”. Co prawda nie jest to pełnoprawna płyta, ale uważam że zasługuje na miejsce w tym zestawieniu. Krótkie EP, bo niespełna 25 minutowe, ale zawarte w niej jest tyle emocji co na niejednej płycie. Na demówce Rafała Skowrońskiego i Kamila Łukasiuka słychać różne wpływy muzyki islandzkiej oraz muzyki shoegaze ale klimat, który tworzą jest zupełnie odmienny i unikatowy. Duet na pewno jest warty tego aby bliżej się z nim zapoznać.
3. The Dumplings „Sea You Later”. Kolejny duet w zestawieniu który pokazuje, że nie zawsze trzeba mieć mocno rozbudowane instrumentarium aby się wyrazić. Tworzą alternatywną muzykę pop i to co uderzyło mnie po przesłuchaniu tej płyty to szczerość z jaką tworzony jest przekaz. Czekam na okazję kiedy będę mógł posłuchać ich na żywo. Mam nadzieję, że mój grafik koncertowy pozwoli mi te plany zrealizować.
4. Lilly Hates Roses „Mokotow”. Najświeższa produkcja Warszawskiego duetu. Pierwszy raz miałem okazję zetknąć się z nimi podczas występu na deskach Oświecimskiego młodzieżowego domu spotkań. Zaskoczyli mnie wtedy niebanalną formą przekazu muzyki i czekałem co ciekawego wydarzy się u nich dalej. Najnowsza produkcja jest swoistą ewolucją pierwszego świetnego zresztą krążka Something to happen. Kamil Durski i Kasia Golomska konsekwentnie podążają obraną przez siebie drogą eksperymentując z coraz to nowymi brzmieniami.Płyty słucha się z przyjemnością i co ciekawe dzięki niej można zajrzeć w głąb siebie.
5. Frontside „Prawie martwy”. Ósmy album studyjny. Nie jest to stary dawny Frontside, no ale, ale ma to coś. Materiał jest wolniejszy, więcej w nim solówek i choć nie ma w nim typowego metalowego wpierdolu, to całkiem przyjemnie posłuchać nowego hardrockowego wydania kapeli z Sosnowca. Bezkompromisowo robią to na co mają ochotę nie przejmując się że ktoś zacznie bluzgać że muza jakaś nie ta. Każdy zespół szuka jakiejś swojej muzycznej drogi i pomimo że Frontside wybrał tą hardrockową, materiału słucha się z całkiem sporym zaciekawieniem.


Wojciech Kałuża (J.D. Overdrive)

POLSKA:

1. In Twilight’s Embrace „The Grim Muse
Jak by mi ktoś parę miesięcy temu powiedział, że za najlepszą polską płytę 2015 uznam krążek z death metalem na szwedzką modłę, to bym go wyśmiał. A jednak, ITE zrobili to, czego nie udało się At The Gates z ich powrotnym albumem – tchnęli w ten szpetnie nazwany melo-death nowe życie. Jest tu pasja, wściekłość i całe pokłady melodii, które – o dziwo – czynią słuchanie tej płyty o wiele przyjemniejszym, nie pozbawiając jej przy tym pierwotnej dzikości. A Tomkowi Lindbergowi zrobiło się chyba głupio, bo aż zaśpiewał u chłopaków w numerze tytułowym (i pogadał trochę w innym). Żarty żartami, ale dziwne to czasy, w których to Polacy muszą uczyć Szwedów, jak grać ichniejszy metal.

2. MgłaExercises in Futility
W ostatnich latach Polska black metalem stoi i nie ma z tym polemiki. Mgła to już prawdziwy fenomen zespołu, który przy praktycznie zerowej promocji urósł do rangi jednego z najbardziej szanowanych na zachodzie przedstawicieli rodzimej sceny BM. I o ile przy „Hearts Toward None” kręciłem jeszcze trochę nosem, że może to jednak trochę przehype’owane zjawisko, to przy „Excersise in Futility” z pokorą zdejmuję czapkę i oddaję cesarzowi, co cesarskie. Mogę już spokojnie powiedzieć, że w pełni ów fenomen rozumem.

3. OutreGhost Chants
Już na EPce i splicie z Thaw pokazali klasę, ale pełnoprawny debiut zamknął usta wszystkim niedowiarkom. Nad nowym wokalem rozpływali się już chyba wszyscy, więc tylko potwierdzę, że nie są to zachwyty bezpodstawne. Doskonały, przemyślany w najdrobniejszym szczególe black metal.

4. EmbrionalThe Devil Inside
Przez długi czas nic mnie w polskim death metalu nie ruszało, a spektrum zainteresowań skierowałem raczej w czarniejszą stronę mocy. Aż tu nagle jak diabeł (nomen omen) z pudełka wyskoczył Embrional z nowym albumem, a mnie wgniotło w ziemię. Umysł nie jest w stanie ogarnąć, ile gitarowego dobra dzieje się na tej płycie.

5. Taco HemingwayUmowa o Dzieło
Dokładnie tak. Największa hipsterka tego roku, bez dwóch zdań. A jednak przywróciła mi wiarę w to, że polski hip hop potrafi być interesujący. Dziękuję Ci, Taco.

Rzeczy, które wypadły z listy, ale i tak ich posłuchajcie: Ampacity „Superluminal”, Coffinfish „I Am Providence”,  Stara Rzeka „Zamknęły się oczy ziemi”, Lunapar „Lunapar”.

ŚWIAT:

1. ClutchPsychic Warfare
Znowu to zrobili. Kiedy po pierwszym przesłuchaniu nowej płyty stwierdziłem, że poprzedniej nie udało im się przebić, byłem spokojny o to, że powrotny album Faith No More zgarnie pierwsze miejsce na podium. Po czym posłuchałem „Psychic Warfare” jeszcze raz. I jeszcze. I do cholery, cały misterny plan padł na łeb. Nie wiem, jak to możliwe, ale ten album to kolejny absolutny sztos w ich dyskografii, z pięknym utworem „Our Lady of Electric Light” na czele. Każdemu życzę, żeby tak umiał w rock’n’rolla.

2. Faith No MoreSol Invictus
Jako wieloletni fanboj Pattona i spółki, kupiłbym pewnie tę płytę nawet wtedy, gdyby panowie umieścili na niej zestaw największych przebojów Dżemu nagranych w piwnicy. Pewnie, miałem jakieś tam oczekiwania, ale najważniejszym było po prostu udawanie, że 1997 wcale nie minął. I wiecie co? Dokładnie to dostałem. „Sol Invictus” mógłby spokojnie ukazać się rok po „Album of the Year” i nikt by nawet nie mrugnął. Ok, może brakuje hitów na miarę „Diggin’ the Grave” czy „Epic”, ale serio, ktoś się tego spodziewał? Przecież nawet największy gniot w wykonaniu FNM to w porównaniu z „wielkimi” dzisiejszego rocka czyste złoto. Do „Sol Invictus” już wracam częściej, niż bym siebie o to podejrzewał…

3. GoatsnakeBlack Age Blues
Kolejny powrót, na który nikt nie czekał. Ja w każdym razie na pewno nie. Ale ciekawość wzięła górę i „Black Age Blues” wylądował w moim odtwarzaczu, aby na długo z niego nie wyjść. Tak wspaniałej południowej strawy nie jadłem od czasów „Fulton Hill” Alabama Thunderpussy. Absolutnie genialna płyta.

4. TurbowolfTwo Hands
Było to tak, że pełen radości wybrałem się na koncert ukochanego Red Fang do Krakowa, na którym to koncercie Turbowolf pełniło rolę rozgrzewacza. Nazwa o uszy mi się obiła, debiutancki album gdzieś tam mignął na liście „do posłuchania”, ale w końcu z niej zniknął, słowem – nie miałem wobec tego zespołu żadnych oczekiwań. Po ich występie autentycznie byłem wkurzony, że wypadli o wiele lepiej niż headliner. I pomimo tego, ze Red Fang dalej kocham jak swoje, tego wieczoru serce skradł mi właśnie Turbowolf, a nabyta na stoisku z merchem płyta potwierdziła, że nie był to przypadek. Krótki, ale rock’n’rollowy do szpiku kości album. Nawet wtedy, kiedy w utworze szaleją syntezatory.

5. Tau CrossTau Cross

Chciałoby by się krzyknąć „O taki Amebix walczyłem!”. I o ile „Sonic Mass” wciąż uważam za płytę lepszą, debiut Tau Cross dał mi w tym roku bardzo pozytywny zastrzyk energii. Szalenie jestem ciekaw, co ta grupa pokaże w przyszłości.

I znowu – rzeczy, które wypadły z listy, ale warto je poznać: Ghost „Meliora”, Eagles of Death Metal „Zipper Down”, Krallice „Ygg Huur”, High on Fire „Luminiferous”.


Mr. Trip (Ketha)

To bardziej lista tego, czego sluchałem w 2015 niż tego, co w 2015 faktycznie się ukazało.

David Bowie „Blackstar”
Płyta wyjdzie zaraz na początku 2016, ale już singlowy, tytułowy utwór wystarczył, by mną wstrząsnąć, przeturlać i wcisnąć pod łóżko. Mieć 70-tkę na karku i nagrywać takie rzeczy – tylko on to potrafi.

Stravinsky i Mahler
Według mojej znajomej, chwyt za klasykę to objaw początków starości. Jeśli tak jest, starość zapowiada się pięknie. Takich emocji jakie wywołuje we mnie finał „Firebird” Stravinskyego czy 2 symfonii Mahlera nie odczułem nigdy wcześniej. Jeśli ktoś chciałby zmierzyć się z tymi dźwiękami polecam – w przypadku Stravinskyego wykonania pod dyrekcją Tugana Sokhieva lub Gergieva, u Mahlera niedoścignionym mistrzem jest Claudio Abbado (zwłaszcza z Lucerne Festival Orchestra, jest na YouTube).

Alameda 5 „Duch Tornada”
Fenomenalny – kolejny! – lot pod dowództwem Kuby Ziołka. Oby nigdy nie przyszło mu do głowy zamykanie tego projektu.

Kapela Ze Wsi Warszawa „Święto Słońca”
W ich dorobku próżno szukać jakiejkolwiek słabej płyty , ale tak dobrej, jak nowa, jeszcze nie mieli. Wszystko mi tu pasuje, wszystko się zgadza. Na dodatek córcia tańczy przy tym niczym szalona.

Clutch „Psychic Warfare”
Żeby nie popaść kompletnie w rozwleczone, snujące dźwięki warto odświeżyć się takim Clutch. Już po poprzedniej, „Earth Rocker”, byłem na kolanach, po nowej jestem na łopatkach. Petarda! Marzę o zobaczeniu ich na żywo.

Christian Scott „Stretch Music”
Ten facet to złoto, uwielbiam każdy jego album. Świeże podejście do jazzowej rytmiki, sposób w jaki gra na trąbce, piosenkowa struktura utworów – wszystko to powinno go wkrótce wystrzelić w kosmos. No i te okulary! Ciekawe gdzie je kupuje.

Faith No More „Sol Invictus”
Patton to geniusz i niezależnie w jakim projekcie działa, robi to zawsze najlepiej. Nawet gdy nie wszystkie numery są udane, to dzięki jego wokalom potrafią się obronić. Nowe Faith No More może nie gościło jakoś super długo w odtwarzaczu, było natomiast pretekstem do odświeżenia innych projektów Generała, od epki z Dillinger Escape Plan po Peeping Tom czy fenomenalne Mr. Bungle.

The Black Keys „Turn Blue”
Singlowy „Gotta Get Away” bardziej mnie odrzucił niż zachęcił i przeczekałem ponad rok zanim posłuchałem całego albumu. Gdybym tego nie zrobił, żałowałbym, bo są tu same świetne songi. Już otwierający „Weight of love”, będący pięknym nawiązaniem do „No Quarter” Led Zeppelin, kupił mnie w całości.

Refused „Freedom”
Nie znałem ich wcześniej, co pozwoliło mi spojrzeć na ich powrotny album bez bagażu oczekiwań. I zmiażdżyli, bez dwóch zdań. Nawet po wysłuchaniu ich opus magnum nie zmienię swojej opinii – równie chętnie sięgnę po „The shape of punk to come”, jak i po ostatni materiał. A jakie brzmienie! Poezja.

Bjork „Vulnicura”
Pani Profesor Dziwnologii powróciła z bardzo przystępną propozycją, nie pozbawioną całe szczęście wszystkich pierwiastków, za które Bjork kochamy (lub nie cierpimy). Ja jestem w tej pierwszej grupie, więc zakochałem się jeszcze bardziej.

Ale też:

Zbigniew Wodecki with Mitch&Mitch „1976: A Space Odyssey”
Pan Zbigniew od teraz imponuje mi nie tylko doskonałą fryzurą i nienagannymi manierami, ale również repertuarem, który ponad 30 lat później brzmi nadal wspaniale. Potężna dawka pozytywnych emocji, zagrana na najwyższym poziomie.

The Dead Weather „Dodge and burn”
Jack White posiadł sztukę tworzenia riffów, które są świeże, a brzmią znajomo. Bo wszystko to wydaje się jakby już gdzieś słyszane, gdzieś nagrane, ale koniec końców okazuje się, że nawet gdyby – to nigdy w tak dobrych wersjach.

Jaga Jazzist „Starfire”
Mam ten problem z Dżagą, że wolę ich koncertowe wcielenie od studyjnych. Po zachwytach nad „Live with Britten Sinfonia” poszedłem jednak za ciosem i zamówiłem w ciemno nowy materiał. Ma piękną okładkę, trochę mniej piękną muzykę, ale pewnie zyska ona na kolejnym koncertowym albumie. Czekam.


Tomasz Towpik (Hegemone)

Nie jestem najlepszy w podsumowaniach. Często mylę daty, wiele płyt czeka u mnie miesiącami na porządny odsłuch. Pomaga oczywiście obcowanie z muzyką zespołów z którymi dzielimy scenę, i takie też tu się znalazły. 2015 to gęsty rok, oby trend utrzymał się też w kolejnym…
Wśród naszych premier, raczej nie będę oryginalny, ale co zrobić jak wychodziły takie strzały jak…

POLSKA:

1. Blaze of Perdition „Near Death Revelations”
BDB płyta, BDB trasa roku.
2. Mgła „Excersises in Futility”
Cytując klasyka – o taki black metal walczyłem. Zdecydowanie najczęściej katowany przeze mnie krążek tego roku, doskonała płyta.
3. Antigama „The Insolent”
Grind z buta prosto w twarz, najlepsze tradycje w duchu Napalm Death. Absolutna polska czółówka.
4. Coffinfish „I Am Providence”
Oby do następnej wspólnej trasy. Zajebista muza, świetnie broni się na żywo. Post metalowe brzemienia wbrew pewnym opiniom mają się dobrze u nas.
5. Batushka „Litourgiya”
Nie będę w tej opinii odosobniony. Wyjechała znienacka jak czołg, a raczej cała kurwa dywizja pancerna. Klimatyczny i świetny krążek!

ŚWIAT:

1. Paradise Lost „The Plague Within”
Zespół do odsłuchu płyt, na pewno nie do chadzania na koncerty. Dobry krążek, ale kurwa Nick mógłby po 25 latach ogarnąć w końcu wokal.
2. Death Engine „Mud”
Niesamowity koncertowo i płytowo. Mało znany zespół, nie zostawia żywych na placu boju. Bardzo intensywne gówno.
3. Gift of Blindness „Gift of Blindness”
Debiutancki krążek tej kapeli został u mnie w odtwarzaczu na długo. Gęsty i smolisty Doom jak trzeba.
4. Ghost Bath „Moonlover”
Ciekawy promocyjny patent z podszywaniem się pod kitajców. Wybaczone, bo płyta rozpierdala.
5. Napalm Death „Apex Predator – Easy Meat”
Piętnasty krążek na koncie – a oni wciąż nie mają dosyć. Oby tak dalej!

KONCERTY:

Mało tego w tym roku, prócz tego co graliśmy z H (tu warto nadmienić zajebiste sztuki Blank Faces, Moanaa, Diptheria czy Coffinfish) nie widziałem zbyt wiele, niemniej…

Anathema – Resonance Tour (Łódź)
Jedyny mój większy koncert w tym roku, ale za to kurwa jaki. Trzygodzinna setlista, cały przekrój przez twórczość Anathemy do tego gościnnie Darren White i Duncan Patterson. Nostalgia po całości.

Death Engine (Opole & Wrocław)
Naprawdę dawno nie widziałem kapeli która sieje takie zniszczenie na scenie i pozostawia salę w osłupieniu. Pozory potrafią jednak mylić…

Red Fang (Wrocław)
Zawsze bdb koncerty, nie było inaczej i tym razem.

Happy Blast & Brutal Grind vol. II (Poznań)
Wiem, własna impra. Chuj z tym, po grindu w Pyrlandii za dużo nie ma, a tu zestaw kosmiczny. W sam raz do tańca!


Daniel „Beton” Grotkiewicz (Sphere)

Oto kilka pozycji które w ubiegłym roku zawładnęły głośnikami i innym sprzętem do odtwarzania muzyki.

01. Cattle Decapitation „The Anthropocene Extinction Kult”, co tu dużo mówić. Po świetnym „Monolith of Inhumanity” jest jeszcze lepiej.
02. Hate „Crusade:Zero”. Po moim ulubionym „Anaclasis” jest to pierwsza płyta której da się słuchać. Dobre kompozycje, przemyślane i mądrze zaaranżowane. Chcę więcej.
03. Apocalyptica „Shadowmaker”. Czasami lubię posłuchać dla wyciszenia się czegoś lżejszego, lubię czysty śpiew, a na tej płycie jest tego dużo. Mądry dobór wokalisty, który w końcu dopełnił skład zespołu. Płyta spójna i bardzo przemyślana.
04. Nile „What Should Not Be Unearthed”. Panowie podążają cały czas obraną ścieżką popełniając coraz to lepsze płyty. Niby na koncercie dupy mi nie urwali ale i tak szacun bo płyta świetna.
05. Non Opus Dei „Diabeł”. Płyta wolniejsza niż poprzedniczka lecz klimat tej płyty to mistrzostwo świata.
06. Riverside „Love, Fear and the Time Machine”. Piękna płyta. Można słuchać i słuchać. 07 – HATE ETERNAL – Infernus Blast, blast i jeszcze raz blast. Produkcja tej płyty jest genialna i w końcu świetnie słychać bas. Polecam.
08. Muse „Drones”. Od samego początku uwielbiam ten zespół. Tu nie ma słabych numerów lecz taką muzykę trzeba lubić. Polecam zobaczyć na żywo.
09. Antigama „The Insolent”. Tu się wszystko zgadza. A chłopaki z płyty na płytę podnoszą sobie poprzeczkę. Brawo
10. Ad Nauseam „Nihil Quam Vacuitas Ordinatum Est”. Techniczny death metal najwyższych lotów. Trochę mix płyty kuleje ale i tak jest zajebiście.
11. Lost Soul „Atlantis: The New Beginning”. Technika, brutalność no i te solówki.
12. Sphere „Mindless Mass”. Może nie powinienem wpisywać płyt które sam popełniłem lecz takiego intensywnego materiału nie nagrałem od czasów Mesmerized „Antihuman Inferno”. Miód dla uszu.
13. Neuronia „Under The Same Sky”. W pierwszym tygodniu po premierze płyta ta została „Demonem miesiąca”. Duma.
14. Mgła „Exercises in Futility”. Pięknie nagrana płyta. Taki black metal to ja lubię.
15. Fetor „Human Abattoir”. Bardzo obiecujący Polski zespół w którym pokładam wielkie nadzieje i czekam na LP.

Jeśli chodzi o koncerty, to oprócz Muse, który był najlepszym eventem na jakim byłem tego roku nigdy nie zapomnę pożegnalnej imprezy Parricide w Chełmie. Szczególnie, że dane mi było tam zagrać i wychylić kilka głębszych. Tego co było przed i po gigu nie zapomnę do końca życia, również dlatego, że wróciłem z pamiątką w postaci odciśniętego sitka mikrofonu na czole.


G.K. (Kyy) (tłumaczenie: Justyna Pietrzak)

10 najlepszych albumów z 2015. (nie ma ustalonej kolejności, wszystkie są same w sobie świetnymi albumami, demami lub epkami)

Desolate Shrine “The Heart of the Netherworld” (Finlandia) (Dark Descent Records)
Desolate Shrine na swojej trzeciej płycie „Heart of the Netherworld”, oferuje bardzo nikczemną formę death metalu. Co więcej, grupa ogłosiła, że w pierwszej połowie 2016 roku zaczną wybierać piosenki na swój kolejny krążek, jest więc czym się ekscytować.

Cornigr “Funereal Harvest” (Finlandia)  (Terratur Possessions)
Jednoosobowy projekt black metalowy. Epka nagrana przez perkusistę zespołu Horna, Vainaya, to 3 utwory o złowieszczym brzmieniu.

Front „Demo 2015” (Finlandia) (Iron Bonehead)
Black/ Death metalowy chaos autorstwa członków Evil Angel/ Sacrilegious Impalement / Neutron Hammer. Nie mogę się doczekać pełnowymiarowego albumu!

Ered „Night of Eternal Doom” (Hiszpania) (War Anthem Records)
Muszę przyznać, że pomimo 18 lat działalności tej grupy, poznałem ją dopiero w tym roku. Ten album przypomina mi czasy „The Somberlian” grupy Dissection. Prawie 60 minut black/death metalowego obłędu.

VI „De Praestigiis Angelorum” (Francja) (Agonia Records)
Materiał członków grupy Aosoth, jest to ich debiutancki album. Francuzi zdecydowanie wiedza jak robić black metal. Jedno z najlepszych wydawnictw 2015 roku.

Infernal War „Axiom ” (Polska) (Agonia Records)
Osiem lat temu wypuścili swój ostatni album, kiedy wrócili z najnowszym „ Axiom”, nie miałem wątpliwości, że znów będą nas terroryzować i bezcześcić swoim radykalnym black metalem.

Horrocious „Obscure Dominance of Nothingness” (Turcja) (Pagan Infantry Records)
Dla tych którzy nie znają Kadiköy – to dzielnica Istambułu, w której powstaje najmroczniejszy death i black Metal. W skład zespołu wchodzą panowie z Godslaying Hellblast i Sarinvomit, ich pierwsze demo wyprodukowało studio Pagan Infantry Records.

Nihil Kaos „Noxkult” (Turcja) (Death Knell Productions)
Jeszcze jeden zespół black metalowy z Turcji. Ich drugi album to 40 minut nieprzerwanego black metalowego wycia. Po prostu złowieszcze.

Marduk „Frontschwein” (Szwecja) (Century Media Records)
Kiedy mowa o Marduk, nie ma co za dużo mówić, kto by się odważył krytykować Marduk? 25 lat na scenie Black Metalu i wciąż bezpardonowo napierdalają.

Mgła „Exercises in Futility” (Polska) (Northern Heritage Records)
Słucham Mgły już prawie od 10 lat, muzycy zawsze znajdą sposób, żeby utrzymać się w czołówce moich zainteresowań. Album Idealny.

Piotr

Piotr

Głównodowodzący KVLTowi, fan undergroundu oraz maniakalny zbieracz płyt CD.
Piotr

Latest posts by Piotr (see all)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .