Decapitated – „Anticult” (2017)

W wywiadzie, który miałem okazję przeprowadzać pod koniec 2014 roku, Vogg z niekłamanym entuzjazmem deklarował, że po wydaniu Blood Mantra jest na kompozycyjnym gazie i ma zamiar szybko wrócić do studia, by komponować kawałki na następczynię szóstej płyty Decapitated. Jak pokazała praktyka, obietnicę tę spełnił jedynie połowicznie – o ile nie udało mu się bowiem szczególnie skrócić czasu oczekiwania na nowy materiał (pomiędzy Carnival is Forever i ostatnim longiem również minęły 3 lata), o tyle od pierwszej nuty nowego albumu słychać, że jest on bezpośrednią kontynuacją kierunku obranego przez Vogga na Krwawej Mantrze.

Anticult to w zasadzie Blood Mantra, tyle że „bardziej”. Bardziej przebojowa, bardziej krewka, bardziej melodyjna i przystępna, z jeszcze większymi pokładami groove’u i zdrowej rock’n’rollowej energii. Trudno w przypadku tej płyty mówić wciąż o death metalu sensu stricto – na nowej płycie do głosu dochodzą nowoczesne, thrash/groove metalowe (czy nawet hardcore’owe) ciągoty, sprawiające, że płyta kojarzyć się może z dokonaniami kapel spod znaku Misery Index, Dew-ScentedFear Factory, czy idąc dalej Soulfly, Lamb of God i Hatebreed.

Wraz z Anticult Decapitated zdaje się także ostateczne odstawiać na bocznicę przymiotnik „techniczny death metal”, z którym zespół kojarzony był w przeszłości. Ciężko na krążku doszukać się kompozycji, które nie byłyby oparte (poza partiami solowymi, dowodzącymi, że Vogg nieustannie jest wioślarzem z absolutnego topu) na stosunkowo prostych, stawiających w całości na feeling i żywiołowość strukturach. Płyta utrzymana jest na stale wysokich obrotach, co w połączeniu z jej długością (album trwa niespełna 40 minut, nie ma więc szansy znużyć), sprawia wrażenie serii fachowo wyprowadzonych, skomasowanych ciosów w potylicę.

Ciosów wyraźnie nastawionych na konfrontację z publiką, bo koncertowy potencjał tego albumu jest bezdyskusyjny. Nie sposób wytypować bezpośrednich faworytów, każdy z numerów zgromadzonych na Anticult może bowiem z powodzeniem zagościć na koncertowej setliście zespołu. I zdrowo pogruchotać kości zgromadzonej przy tej okazji publiczności. Oczami wyobraźni widzę te kawałki odegrane live i już zaczynam szykować formę na ciągły mosh pit.

Ptaszki ćwierkają, że na polskie koncerty grupy przyjdzie niestety poczekać do przyszłego roku – kto bywał na ostatnich występach Decap wie, że cierpliwość będzie jednak w pełni wynagrodzona.

Podsumowując – nowy album Decapitetad to porcja zdrowego, energetycznego i wysokooktanowego metalu, która zadowoli osoby odnajdujące się w przebojowym, nowoczesnym i koncertowo ukierunkowanym graniu. Ja odnalazłem się bez trudu.

Ocena: 8/10

Synu

Synu

Fan szeroko pojętej muzyki gitarowej. Z wszelkich możliwych szuflad i gatunkowych etykiet.
Napisz do autora: synu@kvlt.pl
Synu

Tagi: , , , , , , , , , , .