Demimonde – „Cygnus Oddyssey” (2016)

Początki czeskiego Demimonde datowane są na rok 1995. Rok później grupa wydaje utrzymany w klimatach black/doom/gothic debiutancki materiał The Warrior’s Poet’s, który wzbudza zainteresowanie na czeskiej i nie tylko scenie, ale prawdziwe zamieszanie wywołuje wydana w 2000 roku druga płyta Mutant Star. Za sprawą trudnych do sklasyfikowania dźwięków staje się swego rodzaju wydarzeniem i kieruje w stronę Czechów zainteresowanie również zachodnich wytwórnia. Jedną z nich jest francuska Holy Records, będąca wówczas całkiem poważnym graczem na rynku. I kiedy już miało dojść do podpisania kontraktu, pod wpływem różnych czynników, Demimonde zawiesza działalność.

Szesnaście lat później, a pięć lat po reaktywacji, nakładem praskiej Metalgate, pojawia się trzecia płyta Demimonde zatytułowana Cygnus Oddyssey, który podobnie jak poprzedniczka wymyka się wszelkim bezpośrednim klasyfikacjom. Na pierwszy rzut oka, a raczej ucha, słysząc ciężkie, ale matematycznie precyzyjne i pokręcone riffy, gęstą perkusję dyktującą zmienne, połamane rytmy oraz ostry, ryczący wokal, można by przypuszczać, że mamy do czynienia z odmianą progresywnego, technicznego death/thrash metalu. Tymczasem byłoby to bardzo daleko idące uproszczenie. Na Cygnus Oddyssey Czesi zabierają nas w kosmiczną odyseję, a atmosferę tej podróży oddaje mnogość przeróżnych środków stylistycznych.

Przede wszystkim klimat płyty kojarzy mi się z filmami sci-fi z początków lat 80. Na taki a nie inny odbiór wpływają charakterystyczne dźwięki wykonujących obliczenia komputerów, odgłosy laserów, metaliczne głosy robotów. Bezgraniczną i zimną pustkę kosmosu oddają bliżej niezidentyfikowane szumy i trzaski. Gdzieś tam przebijają się odgłosy wyładowań elektrostatycznych oraz przeskakującej iskry elektrycznej. Przesterowane wokale wibrują, jakby tego było mało, niespodziewanie pojawiają się partie symfoniczne i chóralne oraz jazzujący saksofon. Nie oglądając się na żadne granice gatunkowe, Czesi wplątują w swoje kompozycje dużo muzyki elektronicznej oraz elementy zaczerpnięte z noise czy techno. Wszystko razem może nieść znamiona chaosu, ale jest to tylko pozorny zamęt, będący pod całkowitą kontrolą, gdyż każdy dźwięk na płycie ma swój cel i uzasadnienie.

Bardzo dużo się dzieje na Cygnus Oddyssey, i aby w pełni zapoznać się z bogactwem, jakie niesie ze sobą ta płyta oraz by wkręcić się w jej klimat, trzeba poświęcić trochę czasu i przesłuchać ją kilkukrotnie. Jednak nawet wtedy jest szansa, że zostaniemy zaskoczeni jakimś motywem, który został niezarejestrowany wcześniej. Co ciekawe, pomimo nawału dźwięków, ani przez moment nie czułem się przez nie przytłoczony czy przeładowany. Pozycja warta uwagi szczególnie dla fanów nietuzinkowych dźwięków.

Cygnus Oddyssey został wydany pod postacią 32-stronicowego digipacku, na którym znajdziemy m.in. komiks przedstawiający całą historię. Do ściągnięcia pod tym adresem: http://demimonde.metalgate.eu/booklet.pdf.

Ocena 8,5/10

Łukasz

Łukasz

Ku "rozpaczy" szanownej Małżonki uzależniony od kolekcjonowania CD. Natchniony płytą pewnego polskiego zespołu oraz kryzysem wieku średniego rozpocząłem przygodę z recenzowaniem . I tak z czasem trafiłem do Kvlt. Wszelka konstruktywna krytyka mile widziana.
Łukasz

Tagi: , , , , , , , , , , .