George Case – „Jimmy Page. Dobre czasy, złe czasy” (2017)

Są postaci, których przedstawiać nikomu nie trzeba. W przypadku Jimmy’ego Page’a wystarczy kilka akordów – spod jego ręki wyszły wszak riffy, które odmieniły muzykę rockową. Książka Dobre Czasy, złe czasy Georga Case’a (nawiązująca tytułem do jednego z pierwszych kawałków Zeppelinów), pokazuje dobitnie, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Gigant rockowej gitary jest w tej publikacji przedstawiony z jednej strony jako wizjoner i artysta pełną gębą, z drugiej jako solidny rzemieślnik, nieustannie usprawniający swój gitarowy warsztat. Zanim bowiem gwiazda Led Zeppelin rozbłysła na rockowym firmamencie pierwszą jasnością (przy początkowych utyskiwaniach krytyków muzycznych), Page udzielał się intensywnie jako muzyk sesyjny, zdobywając doświadczenie i pewność siebie. Nasz bohater, ucząc się od bluesowych i folkowych mistrzów, ciągle eksperymentując, wspierając ówczesnych gigantów z drugiego i trzeciego planu, nie wzdragał się przed kolejnymi chałturami. Jak zauważa autor książki: Można przyjąć, że jeśli w jakimkolwiek brytyjskim filmie pojawia się motyw charakterystyczny dla muzyki pop, istnieje duże prawdopodobieństwo, że słychać tam też gitarę Page’a.

Być może ta właśnie część książki wydaje się najciekawsza, a zatem moment terminowania u mistrzów, który doprowadził pojętnego czeladnika do laurów. Case zręcznie przenosi nas w samo sedno skifflowego szaleństwa i rozkwitu brytyjskiej sceny w połowie lat 60-tych. Poznajemy tu Page’a, jako ambitnego młodzieńca, który wspiera w studiu nagraniowym takich tuzów, jak The Kinks, The Who, Tom Jones i Them, a nawet doradza muzykowi The Beatles. Kto z tej współpracy był zadowolony? Kto na nią utyskiwał, i z jakich powodów? Możliwość znalezienia odpowiedzi na te pytania, to jeden z głównych argumentów, dla których warto sięgnąć po książkę.

Udaje się Case’owi w sposób intrygujący uchwycić dalszą karierę muzyka w The Yardbirds i trudne początki Led Zeppelin, kiedy nie wszyscy potrafili jeszcze w pełni docenić geniusz i innowacyjność serwowanej przez Page’a, Planta, Jonesa i Bonhama muzyki. Autor w obrazowy sposób potrafi ująć w słowa to, co przecież niewysławiane z natury, czyli istotę siły muzyki. Na szczęście nie popada w egzaltację, doceniając klasę swojego bohatera, potrafi dostrzec jego ograniczenia, jednocześnie rysując portret gitarzysty bez odrywania go od pejzażu szalonych lat 70-tych, bowiem cała czwórka – i wielu im podobnych – żyła wówczas w dziwnej, specyficznej izolacji od bieżących spraw tego świata, czasami nawet bez świadomości ich istnienia (…) Nieobce były im jedyne w swym rodzaju pochlebstwa, byli też świadkami (czy wręcz przedmiotem) dalece posuniętych przykładów ludzkiej pobłażliwości i wdzięczności. Ich dorosłe życie przebiegało w niegasnącym blasku bezprecedensowych sukcesów. Sukcesów, które prowadziły też to załamań i nałogów, a Johna Bonhama do ostatecznej zguby.

Jednak choć Case pisze o karierze Zeppelinów oraz późniejszych solowych dokonaniach Page’a solennie i rzetelnie, to i bez większego polotu. To bardzo poprawna biografia, do której ciężko się o coś przyczepić, jednocześnie brak jej szalonego, nieskrępowanego rysu, w której dziennikarz muzyczny jest też kreatorem, spiera się z rzeczywistością, stawia śmiałe tezy, polemizuje zaś z tymi narzuconymi przez innych. W tej konfrontacji z muzyczną wielkością ciekawie wypadają wątki z pozoru poboczne, ale łączące się doskonale z postacią Jimmy’ego Page’a; najlepszym przykładem jego fascynacja ezoteryką i postacią Aleystera Crowleya. Fascynacja, dodajmy, twórcza i inspirująca, jednocześnie przynosząca groźne i nieprzyjemne konsekwencje, czego przykładem atak nożownika – podczas jednego z koncertów szaleniec wtargnął na scenę, chcąc ukarać gitarzystę za bratanie się z „siłami ciemności”.

Być może po lekturze Dobrych czasów, złych czasów czułem pewien niedosyt. Z drugiej jednak strony (jak zauważa sam Case, niejako w samo usprawiedliwieniu): Najbardziej specyficznym wkładem Jimmy’ego Page’a do legendy o nim samym jest otaczająca go, równie legendarna tajemniczość. Szkoda, że tego woalu przykrywającego legendę nie udało rozwiać się mocniejszym podmuchem, ale w kategorii rzetelnych „pogłębiaczy” rockowej wiedzy ta biografia się sprawdzi. Zwłaszcza, że została uaktualniona o dopiski z późniejszych lat, skreślone ręką tłumacza, Tomasza Szmajtera. Nieocenioną z kolei skarbnicą wiedzy jest zamieszczony na końcu książki dodatek, w którym przedstawione zostały zwięźle muzyczne kolaboracje Page’a.

Ocena: 7.5/10

Paweł Lach

Paweł Lach

Od dłuższego czasu pisuje o muzyce (i nie tylko) dla różnych portali. Nie słucha latynoskiego folkloru i power metalu, poza tym jest w stanie znieść wszystko.

http://lach.kf-oswiecim.net/
Paweł Lach

Tagi: , , , , , , , , , , , , , .