Decapitated: „Warto było czekać na moment, w którym obecnie jesteśmy”


Decapitated to obecnie jeden z najważniejszych i najpopularniejszych zespołów polskiej sceny death metalowej. Grupa wydała właśnie swój 7. album studyjny, zatytułowany Anticult (naszą recenzję krążka znajdziecie tutaj). Przy okazji jego premiery, m.in. o procesie nagrywania płyty, poświęceniu i pracy, zmianach stylistycznych oraz relacjach z byłymi muzykami opowiedział nam lider kapeli  – Vogg.

Kiedy mieliśmy okazję rozmawiać poprzednim razem (podczas trasy promocyjnej płyty Blood Mantra w 2014) nie ukrywałeś, że po sesji nagraniowej masz głowę pełną pomysłów i chcesz tym razem szybciej wejść do studia, by skorzystać z nagromadzonej weny. Mimo tego Anticult ukazuje się w identycznym odstępie czasu, jaki minął między Carnival is Forever i Blood Mantra. Co wpłynęło na to, że ambitny plan jednak się nie powiódł?

Wiesz co, powód był bardzo prozaiczny – czas leci po prostu zbyt szybko. Zanim się człowiek obejrzy mijają miesiące, a nawet lata. Przygotowanie płyty pochłania sporo czasu. Sam okres, który poświęciłem na zbieranie pomysłów i riffów trwał chyba rok. Kolejne miesiące upłynęły na aranżowaniu i nagrywaniu całości. Do tego należy dodać oczekiwanie na premierę – miksy zakończyliśmy w lutym, a krążek ukazuje się w lipcu. Taki termin ustaliliśmy z Nuclear Blast – wytwórnia uznała, że środek lata będzie właściwym momentem wydania Anticult. Jak więc widzisz, to wszystko musiało potrwać.

Zebranie pomysłów może skończyć się dużo wcześniej, jednak proces nagrywania i przygotowania do wydania płyty to już osobna bajka. Poza tym, dochodzą jeszcze koncerty, które zagraliśmy po premierze Blood Mantra – dwie trasy w USA, tour w Australii i Nowej Zelandii, zdarzyła się wizyta w RPA i innych krajach. Jakoś to zleciało (śmiech).

Jeżeli chodzi o mój zapał twórczy, to w przypadku Anticult jest podobnie jak poprzednio. Jesteśmy kilka dni po premierze, a ja już mam ochotę zasiąść z gitarą i „kuć żelazo póki jest gorące”, by następna płyta ukazała się np. za dwa lata. Żeby to jednak zrobić, musiałbym zacząć nagrywać nowy materiał już w przyszłym roku – nie wiem jednak gdzie jednocześnie znalazłbym czas żeby odpocząć, czy zabrać się za koncertowanie (śmiech).

Od momentu reaktywacji Decapitated, w zespole gościło już kilku muzyków — w tym po raz kolejny nowy basista (Pawła Paska zastąpił Hubert Więcek). Co tym razem spowodowało zmianę?

Zmiany basistów w zespole (także Heiricha, który tworzył pierwszy skład po reaktywacji) miały zawsze wspólny mianownik. Muzycy dołączający do składu Decapitated po pewnym czasie stwierdzali, że tryb życia wymuszany przez zespół nie do końca im odpowiada. Nieustanne próby i koncerty wymagają jednak ustępstw, więc bez 100% zaangażowania nie sposób temu sprostać. Myślę, że Heinrich od dawna chciał realizować się na polu producenckim i realizatorskim, więc ciągłe życie w trasie nie wchodziło w grę. Z czasem pojawiły się też między nami różnice zdań, które zdecydowały o rozstaniu. Przez chwilę w zespole gościł również Konrad Rossa, zastąpiony w 2012 przez Pawła Paska, który z kolei zrezygnował z grania w Decapitated z powodów rodzinnych. Teraz mamy na pokładzie Huberta Więcka, który wydaje się być urodzonym rock’n’rollowcem i widzę dużą szansę na to, że zagości w zespole na dłużej.

Nie ukrywam, że skład jest dla mnie najważniejszym elementem zespołu. Band tworzą ludzie, to oni poza muzyką stanowią o jakości Decapitated. Bardzo nie lubię dokonywać zmian, to zawsze burzy pewną konstrukcję, wypracowany styl, system pracy – a to niestety najgorsze co może spotkać grupę.

 

Mija dziś 7-8 lat od czasu reaktywacji Decapitated. Jak z perspektywy czasu oceniasz drogę, którą przeszedłeś w tym okresie z zespołem? 3 duże płyty, masa koncertów, spora popularność na świecie (w tym także wśród „niemetalowej” publiczności), z drugiej jednak strony wspomniane zmiany składu, które dowodzą, że funkcjonowanie bandu to nie tylko sukcesy. Czy decydując się na reaktywację w 2009 w ogóle sięgałeś myślami tak daleko w przyszłość?

Oj, na pewno nie wybiegałem myślami tak daleko. Dziś też skupiam się raczej na kilkunastu miesiącach. Oczywiście marzyłem o tym, by reaktywacja się powiodła i zespół na dobre wrócił do życia, byłem jednak jedynym oryginalnym członkiem Decapitated i było mi ciężko znaleźć jednocześnie trzech właściwych muzyków, by z miejsca trafić w dziesiątkę. Stąd zmiany w składzie, które dokonały się przez kolejne lata. Startując ze składem w 2009-2010 roku szliśmy na żywioł, znając się bardziej pod kątem umiejętności, a nie charakterów. Potem przyszła próba czasu.

Swoją obecna pozycję zawdzięczamy wyłącznie pracy i wytrwałości. Myślę tu o codziennym dbaniu o band, o trasy i koncerty, walkę o bookowanie występów, wizy czy milion innych spraw organizacyjnych. To też tysiące kilometrów pokonanych w busie czy samolocie, często w katorżniczych wręcz warunkach – kurcze, przypominają mi się samodzielne wyprawy na festiwale typu Bloodstock czy Tech-Fest, gdzie musieliśmy przejechać busem 2500 km, by zagrać 60-minutowy set z własnym sprzętem i dźwiękowcem, podczas gdy odpuszczając sobie kwestie brzmienia moglibyśmy skoczyć tam samolotem w 2 godziny. Fani często takich historii nie słyszą, jednak funkcjonowanie zespołu wiąże się z naprawdę dużym nakładem pracy.

Dzięki temu można jednak przekuć to żelazo w twardszy metal i cieszyć się jego efektami. Patrząc na okres po reaktywacji sądzę, że warto było czekać na moment, w którym obecnie jesteśmy. Odbiór nowej płyty jest kapitalny, doszedłem z Decapitated do pewnego mocno skrystalizowanego stylu, zespół odnalazł się na nowych torach, nasza rozpoznawalność też jest coraz większa. Jesteśmy dziś także dużo bardziej doświadczeni. Nie jest tak, że mając kontrakt z dużym labelem nie musisz się o nic martwić, a inni zrobią wszystko za ciebie. Wciąż musisz dbać o każdy aspekt działalności bandu, sam nauczyć się tego jak działa ten biznes i jak się w nim poruszać. To trudne, ale daje też mnóstwo satysfakcji.

 

Przejdźmy do Anticult. Muzycznie podążasz na nowym albumie ścieżką zaprezentowaną na Blood Mantra — jest dużo groove, jest przebojowe granie, które zdecydowanie spycha na drugi plan techniczny death metal znany chociażby z The Negation czy Organic Hallucinosis. Biorąc pod uwagę recenzje i wyniki sprzedażowe musisz być rzecz jasna bardzo zadowolony z odbioru nowej płyty. Nie da się jednak ukryć, że część słuchaczy, szczególnie starszych dokonań, z ubolewaniem rozkłada ręce, nie odnajdując się w obecnie prezentowanej przez Decapitated stylistyce. Czujesz się adresatem ich uwag i ewentualnych pretensji? Czy taki stan rzeczy uważasz raczej za naturalny i przechodzisz z nim do porządku dziennego?

Wiesz co, w pełni rozumiem rozgoryczenie części fanów. Sam, będąc w przeszłości zadeklarowanym zwolennikiem np. pierwszych dokonań Metalliki czy Sepultury, nie potrafiłem zaakceptować zmian zastanych chociażby na Load czy Roots. Pytałem wtedy – gdzie podziały się dźwięki znane z Beneath The Remains czy Arise? (śmiech). Niezadowolenie niektórych słuchaczy jest więc dla mnie czymś zrozumiałym. Na swoje usprawiedliwienie mogę chyba powiedzieć, że nie mam już 15 czy 17 lat, a czasy gdy byłem kompletnie zafascynowany muzyką Vader, Deicide, Morbid Angel czy Cannibal Corpse minęły. W przeszłości grałem mocno techniczne riffy i rozpierała mnie młodzieńcza energia, dziś mam 35 lat i chyba szukam w muzyce czegoś nieco innego. Nie jest tak, że nie potrafiłbym zagrać jak kiedyś, jednak inne doświadczenia kierują mnie w trochę odmienną stronę. Wspomniana prostota, do której świadomie dążę, pewność, że te riffy żrą i kopią dupsko mimo swojej chwytliwości sprawiają, że po prostu mam ochotę tak grać, dobrze się w tym czuję i pozostaję ze sobą szczery.

Poza tym, mimo wręcz radiowej przebojowości w niektórych numerach, Decapitated wciąż pozostaje jednak zespołem ekstremalnym, osadzonym w stylu, który kiedyś reprezentowaliśmy. Gdyby cały Anticult utrzymany był w klimacie takich numerów jak Anger Line czy One-Eyed Nation, można by powiedzieć, że wróciliśmy do korzeni (śmiech). Na płycie słychać nawiązania do Organic Hallucinosis czy The Negation, także nie jest tak, że całkowicie zmieniliśmy styl. Powiem więcej, już 10 lat temu, po wydaniu Organic Hallucinosis dochodziły do nas negatywne opinie części słuchaczy, którzy narzekali na zmianę stylu i grozili wymazaniem tatuaży (śmiech).

Ludzie powinni mieć też świadomość, że muza związana jest z określonym momentem w życiu i tym co dzieje się wówczas w głowie komponującego ją człowieka. Wczesne lata dwutysięczne to czasy moich studiów (także na akademii muzycznej w klasie akordeonu) okres, w którym miałem zupełnie inaczej poukładane w czaszce niż dzisiaj. Dziś mam dwójkę dzieci, rodzinę i jestem trochę spokojniejszym kolesiem niż te 10 lat temu, inaczej spoglądam na świat, inaczej się zachowuję i choć rock’n’rollowa dusza potrafi się jeszcze czasem odezwać, to robi to zdecydowanie rzadziej niż kiedyś.

Człowiek, będąc przez całe życie fanem death i thrash metalu, z czasem odkrywa też inny rodzaj energii. Dziś lubię posłuchać takiego Alice In Chains, czy innych kapel całkowicie odległych od tego co kształtowało mój gust w przeszłości.

 

Kontynuując temat kierunku muzycznego obranego na ostatnich płytach. Słuchając (szczególnie) sekcji oraz bardzo core’owego wokalu Rasty – pojawiają się w głowie skojarzenia z takimi zespołami jak Soulfly, Lamb of God, Meshuggah czy Gojira — które z tych składów korespondują wg Ciebie z muzyką Decapitated? Czy którekolwiek?

Ciężko ocenić, które zespoły i – tym bardziej –w jakim stopniu wpływają na moje kompozycje. Jeżeli miałbym celować w inspiracje, to najszybciej wymieniłbym Panterę, Sepulturę czy nawet Metallikę. Te składy ukształtowały mnie równie mocno co Morbid Angel czy Vader. Z bardziej współczesnych nazw bliżej mi do Meshuggah, Gojiry czy twórczości Devina Townsenda. W tych rejonach szukałbym częściowych skojarzeń z Decapitated.

 

Nie jest tajemnicą, że jesteś głównym kompozytorem muzyki zawartej na nowej płycie. Ile w przygotowaniu i komponowaniu Anticult udziału mieli pozostali muzycy? Pracowaliście od początku do końca na Twoich pomysłach, czy jednak każdy miał znaczne zasługi?

To prawda, komponowaniem muzyki zajmowałem się głównie ja. W aranżacjach pomagał mi Michał Łysejko, którego rola przy Anticult jest dużo większa niż przy poprzednim albumie. Rasta był odpowiedzialny za wszystkie teksty, Hubert nie uczestniczył tym razem w procesie komponowania. Na kolejnym etapie studyjnym pracowaliśmy natomiast już jako zespół i każdy z muzyków dorzucał swoje pomysły i sugestie. Jestem osobą otwartą na rady, zawsze staram się brać pod uwagę mocne argumenty i słuszne idee. Zachęcam i namawiam chłopaków do dzielenia się pomysłami, nie tylko zresztą na muzykę, ale także sprawy organizacyjne i funkcjonowanie zespołu.

W dobie popularnego internetowego szaleństwa, udostępniania nagrań ze studia, ciągłych przecieków i zapowiedzi, 5 sekundowych teaserów nowych kawałków, jakoś cicho było o procesie nagrywania Anticult. Machina ruszyła w zasadzie bezpośrednio przed premierą płyty. Nie kusiło Was, żeby już wcześniej podgrzewać atmosferę i starać się promować krążek na etapie tworzenia?

Taka forma promocji Anticult została przez nas, menadżera i wytwórnię wcześniej ustalona, zaplanowana i wpisana do kalendarza. Chcieliśmy zaatakować z intensywną akcją kilka tygodni przed premierą i dziś mogę powiedzieć, że ta taktyka była słuszna. Doszły mnie słuchy, że już przez 4 dni od premiery sprzedaliśmy na Wyspach więcej płyt niż w przypadku Blood Mantra w okresie 2 tygodni. Progres jest wyczuwalny (śmiech).

 

Jak wyglądają Wasze plany koncertowo festiwalowe? Kiedy planujecie trasę w naszym kraju?

Najbliższe tygodnie spędzimy na festiwalach – Bloodstock, Brutal Assault oraz Summer Breeze. W sierpniu/wrześniu gramy 32 koncerty w USA i Kanadzie. Po powrocie chwila przerwy, którą poświęcimy na nagrywanie kolejnego klipu – tym razem do utwóru Kill The Cult, który jest najbardziej nośnym numererm na płycie – nawet roboczy tytuł tego kawałka to „Hit” (śmiech). W październiku zaczynamy trasę po Europie Zachodniej i UK, polska trasa jest natomiast na etapie planowania. Przez ostatniej 3 lata graliśmy zimowe trasy w naszym kraju, tym razem chcemy zorganizować nieco mniej koncertów, za to z większym przytupem i rozmachem. Zależy nam na tym, żeby przywalić Anticultem prosto w pysk i zrobić coś z dużą pompą (śmiech).

 

Na koniec, odchodząc nieco od meritum naszej rozmowy, chciałbym zapytać o Kerima. Gość ma dziś swoją markę, ostatnio wydał trzeci album solowy, gra w Septicflesh, co też jest sporą sprawą. Czy czujesz się w jakimś stopniu współtwórcą jego sukcesu? W końcu kto jak kto, ale to Ty wyłowiłeś go przy okazji reaktywacji Decapitated i pozwoliłeś zaistnieć na dużej scenie. Macie ze sobą kontakt? Śledzisz jego poczynania?

Tak, mamy okazjonalny kontakt – ostatnio widzieliśmy się na Metalmanii w Spodku i możemy pochwalić się bardzo dobrymi relacjami. Po wydaniu Carnival is Forever faktycznie pojawiły się między nami pewne animozje (dziś już nie wiem nawet, z czego wynikały), ale nie wpływają one na naszą obecną znajomość. Co więcej, sądzę, że gdybyśmy dziś ze sobą grali, to chyba nie doszłoby do tego typu spięć. Jesteśmy dużo bardziej doświadczonymi ludźmi, muzykami, ja z czasem też nauczyłem się chyba lepiej zarządzać zespołem i rozwiązywać sytuacje kryzysowe.

Moja ocena umiejętności Kerima nie uległa oczywiście zmianie – został drummerem Decapitated, bo był bez wątpienia najlepszym kandydatem, dziś jest natomiast jednym z lepszych perkusistów na scenie ciężkiego grania. Jakaś satysfakcja, o której wspomniałeś, na pewno jest, Kerim zwiedził z nami kawał świata, nabrał doświadczenia, zagrał masę świetnych koncertów i dzięki temu wypłynął na szersze wody. To był kapitalny czas, obaj dzięki tej współpracy dużo zyskaliśmy.

 

Wiem, że to bardzo popularna forma zamykania wywiadów, ale nie jest tajemnicą, że różni muzycy różnie sobie z tym radzą. Tak więc – ostatnie słowo należy do Ciebie 🙂

Cóż, poza pozdrowieniem czytelników zachęcam rzecz jasna do zapoznania się z naszą nową płytą -zainwestowaliśmy w Anticult masę czasu i energii, dzięki czemu jestem przekonany o jakości tego albumu. Płyta brzmi świetnie, bardzo soczyście (duża w tym zasługa Daniela Bergstranda), sami nie możemy już doczekać się kiedy sprawdzimy ją na koncertach – na które również serdecznie zapraszam!


fot. materiały prasowe.

Synu

Synu

Fan szeroko pojętej muzyki gitarowej. Z wszelkich możliwych szuflad i gatunkowych etykiet.
Napisz do autora: synu@kvlt.pl
Synu

Tagi: , , , , , , , .