Furia – „Emocje płyną podskórnie”

Furia to dziś jeden z najpopularniejszych i najbardziej rozpoznawalnych polskich zespołów szeroko pojętej sceny black metalowej. Skład wystąpił 23 września w Toruniu w ramach festiwalu Transgresje. Przy okazji wizyty w Grodzie Kopernika na rozmowę o muzyce, sztuce, telewizji i podróżach namówić dał się wokalista i gitarzysta grupy – Nihil.

Witaj Nihil. Na wstępie chciałbym zapytać o wrażenie związane z pobytem w Japonii – na początku września zagraliście tam (w ramach trasy Black Sacrifice) 3 koncerty z Besatt. Wyprawa do kraju tak odległego nie tylko geograficznie, ale także kulturowo, musiała być dla Was bardzo inspirującym doświadczeniem. Powiedz także jakim cieszyliście się tam przyjęciem?

Doświadczenie przeogromne. Fascynująca odmienność, którą można spotkać na każdym kroku. Ludzie – zupełnie inni niż ci tutaj. Dokładni, uprzejmi, pokorni, eleganccy – robiło to na mnie wielkie wrażanie. Sztuki, które zagraliśmy były bardzo kameralne, udało nam się stworzyć świetny klimat – czarne, podziemne, brudne (w dobrym tego słowa znaczeniu) kluby, w których dało poczuć się ducha undergroundu, którego tu brakuje. Metal jest dla Azjatów czymś zupełnie innym niż dla nas – zarówno od fanów, jak i zespołów, które z nami grały czułem tę pierwotną, szczenięcą dzikość, której my, jako odbiorcy już się wyzbyliśmy. Dawna, „rozpierdolotwórcza” funkcja metalu, która uległa u nas zatraceniu, tam jest wciąż żywa.

Pytam o to nieprzypadkowo, ponieważ popularność Waszej muzyki w tak dalekim zakątku świata nie może nie dziwić. Elementy, które w największym stopniu warunkują Wasz przekaz – myślę tu o silnym zakorzenieniu nie tylko w narodowym, ale nawet i lokalnym folklorze, duchowości, kolorycie specyficznego miejsca, czy nastrojowości polskiego romantyzmu – sprawiają, że trudno Waszej twórczości nabrać cech „towaru eksportowego”. Nie ułatwiają tego także teksty pisane w całości po polsku, skazujące Wasze treści niejako na to, że rozumieć i interpretować je mogą wyłącznie krajanie. Czy jesteś w stanie pokusić się o przypuszczenie, co sprawia, że mimo wspomnianych wyżej elementów udaje Wam się zaskarbić sobie atencję słuchaczy z drugiego krańca globu?

Wydaje mi się, że w treści które niesiemy udaje się nam upakować elementy uniwersalne. Robimy to rzecz jasna dość ułomnie, ale w tym może tkwić ten sekret. Przykład muzyki Chopina, która jest przecież bardzo polska, dowodzi, że pewne uniwersalne wartości znajdują odbiorców na całym świecie i wszędzie działają z tą samą mocą. Oczywiście w naszym przypadku funkcjonuje to w nieporównywalnie mniejszej skali, ale myślę, że na podobnej zasadzie. Emocje płynące podskórnie zapewniają nam możliwość dotarcia nawet do tak odległych odbiorców, jakimi są chociażby Japończycy.

Furia jest dziś (obok Mgły) wymieniana często jako najpopularniejszy black metalowy zespól w naszym kraju (choć nie da się ukryć, że coraz trudniej upchnąć Was w tej szufladzie i jest od lat to czynione nieco na siłę). Polska scena bm uznawana jest natomiast za pretendenta do tytułu jednej z najsilniejszych na świecie. Czy pozwolisz sobie na nieskromność i przyznasz, że daje się to odczuć? Czy z perspektywy muzyka, twórcy takie zestawienia, porównania mają raczej drugorzędne znaczenie i nie spędzają Wam snu z powiek?

Absolutnie tego tak nie odbieramy. Mam oczywiście świadomość, że Furia jest dziś zespołem, który ma grono zwolenników, ale na pewno nie uważamy, że jesteśmy czymś wyjątkowym. Jeżeli miałbym mierzyć to swoją miarą, to my – jak i cała scena – jesteśmy malusieńcy. Polska muzyka ma potencjał, w porównaniu z innymi scenami możemy wypadać okazale, ale nie uważam, by był to jakiś szalenie wysoki poziom. Postawiłbym raczej na to, że dzięki szeregowi czynników zrobił się obecnie na świecie dobry klimat dla polskiego metalu i dzięki temu jest on postrzegany jako mocny i wartościowy.

Gdybyś miał jednak wskazać zespoły, które uważasz za prawdziwą pierwszą ligę?

Mogę wymienić jeden zespół, który uważam za band na poziomie światowym (choć gra w zupełnie innej bajce niż moja) – jest to Decapitated. Na polu black metalu mamy kilka ciekawych nazw, ale nie widzę takiego składu, który totalnie chwytałby za trzewia.

Subkultura, popkultura, mainstream, underground – wszystkie te pojęcia zdają się dziś ulegać mocnemu przewartościowaniu. Furia jest tego doskonałym przykładem – będąc osadzona jedną nogą w podziemiu, wkracza śmiało (i zadziwiająco skutecznie) do świadomości mas – czego dowodem jest m.in. dzisiejszy koncert w ramach Transgresji, występ na OFF Festival, czy udział w spektaklu teatralnym. Czy Twoim zdaniem warto dziś jeszcze w ogóle dyskutować o tym co jest prawdziwe, niezależne i niesprzedajne, co natomiast można nazwać produktem? I gdzie jest (jeżeli nie uległa jeszcze całkowitemu zatarciu) granica, która te sfery wyraźnie rozdziela?

Ta granica uległa zdecydowanemu zatarciu – to bardzo dobre określenie. Nie potrafię jednak odpowiedzieć wyczerpująco na to pytanie.

W przypadku Furii nie mamy sprecyzowanych granic – działa to w ten sposób, że na bieżąco testujemy i sprawdzamy, gdzie one przebiegają. Czynnikiem decydującym o tym, gdzie występujemy nie jest to kto organizuje dany festiwal i pod jaką nazwą jest on prowadzony (vide Off Festival Artura Rojka) tylko, czy to wydarzenie do nas pasuje. I powiem ci szczerze, że często zdarza się, że w tego typu imprezy wpisujemy się daleko bardziej, niż w koncerty stricte metalowe. Oceniając także z perspektywy fana – na takich festiwalach jest często dużo więcej ciekawych rzeczy, niż np. na kolejnej Metalmanii.

Nie jest tajemnicą, że nie jesteś szczególnym entuzjastą udzielania wywiadów. Rozmawiałem kilka miesięcy temu z Łukaszem Orbitowskim, m.in. o jego programie, w ramach którego zdołał namówić Cię na wizytę w telewizji. W zestawieniu ze wspomnianą przed momentem niechęcią do pozamuzycznego uzewnętrzniania się, przyjęcie zaproszenia było decyzją dość zaskakującą. O tę właśnie przygodę chciałbym zapytać – co skłoniło Cię do wzięcia udziału w „Dezerterach”? Otwartość na nowe doświadczenia, czy może jedynie kalkulacja, wynikająca z chęci popularyzacji zespołu?

Mojej wizyty w telewizji nie rozpatrywałem pod kątem promocyjnym. Idę o zakład, że przeciętny widz TVP Kultura, który zobaczył mnie w studiu, na drugi dzień zapomniał o jakim zespole była mowa. Dlaczego więc wystąpiłem w programie Łukasza Orbitowskiego? Byłem prowadzony czystą ciekawością – chciałem zobaczyć telewizję od kuchni. Złożyło się zresztą tak szczęśliwie, że rozmowa nagrywana była w tym samym studiu, w którym kręcą Klan, więc jest się czym chwalić.

Idąc dalej tropem przyjmowania zaproszeń do udziału w pozornie nietypowych dla zespołu metalowego przedsięwzięciach, zapytam o dołączenie Furii do obsady spektaklu „Wesele” Jana Klaty w Starym Teatrze w Krakowie. Masz jakieś aktorskie ciągoty, które chciałeś zaspokoić?

Znaleźliśmy się tam dzięki zaproszeniu wspomnianego Jana Klaty, reżysera spektaklu. Gdy tylko pojawiła się ta propozycja, jeszcze przed szczegółowymi rozmowami, byliśmy samą inicjatywą bardzo zainteresowani. Występ w teatrze to fascynujące doświadczenie i z takim nastawieniem podeszliśmy do realizacji tego pomysłu. Poznając szczegóły utwierdzaliśmy się w przekonaniu, że to doskonały plan. Kurcze, muzyka Furii wydaje się wręcz pisana pod „Wesele”, Jan Klata świetnie to wymyślił, zaaranżował i wplótł nas w ten spektakl. Występ na scenie teatru był innym, cennym, ciekawym, rozwijającym i budującym doświadczeniem. Jestem bardzo wdzięczny losowi, że udało się ten temat urzeczywistnić.

Co z Morowe? Czy masz w zanadrzu jakiś materiał, który zamierzasz wydać w perspektywie bliżej określonego czasu?

Mamy sporo materiału przygotowanego z myślą o nowej płycie Morowe. Komponujemy go jednak w taki sposób, że nie jestem w stanie jednoznacznie określić na jakim etapie znajduje się obecnie nowa płyta. Robimy ten album w przedziwny, nietypowy sposób, oparliśmy całość prac na improwizacji, którą potem próbowaliśmy kształtować. Kawałki są w zasadzie zrobione, wymagają jednak dopracowania, doszlifowania kilku patentów, dodania tekstów. Z jednej strony mogę ci powiedzieć, że mamy godzinę muzyki na nową płytę, z drugiej nie potrafię ocenić ile potrwają prace nad jej ukończeniem.

W jaki sposób podchodzisz do komponowania muzyki dla swoich poszczególnych zespołów – ustalasz z góry, który kawałek będzie napisany na potrzeby konkretnego projektu, czy wychodzi to dopiero „w praniu”?

Ciężko to wyjaśnić. Komponując muzykę nie operuję na takich poziomach jak planowanie napisania riffu, czy kompozycji dla jednego czy drugiego zespołu. Trudno ubrać mi to w słowa – w jednej chwili jest po prostu Furia, która przelewa się na dźwięki i nie ma poza nią świata. Nie opiera się to na wcześniej założonym planie, chęci, czy technicznym podejściu. Analogicznie z innymi projektami. Mam nadzieję, że choć trochę naprowadziłem cię na właściwy trop.

Ostatnie pytanie dotyczy prezentowanej przez Was setlisty koncertowej. Nie gracie – co przyjmuję z ubolewaniem, bo do dziś płyty z okresu 2007-2009 darzę olbrzymim sentymentem i sympatią – utworów z Martwej Polskiej Jesieni, Płoń i Grudnia za Grudniem. Dlaczego? Czy podczas nadchodzącej trasy coś ma szansę się w tym temacie zmienić?

Planując setlistę nie opieramy się na pomyśle grania tylko nowych, czy starych rzeczy. Prezentujemy po prostu to, co na ten moment gra się nam najlepiej. To jedyny klucz. Tak się obecnie składa, że te nowe rzeczy żrą lepiej na żywo, ale listopadowy set jest jeszcze sprawą otwartą. Mamy w planach poodgrzewać część starego materiału, jeżeli tylko czas pozwoli go właściwie przygotować.

Pozostaje mieć więc nadzieję, że się uda. Dzięki za poświęcony czas i do zobaczenia na koncertach.

Dzięki wielkie i pozdrawiam.

Synu

Synu

Fan szeroko pojętej muzyki gitarowej. Bez szufladkowania i zbędnych etykiet.
Napisz do autora: damian@kvlt.pl
Synu

Tagi: , , , , , .