Lion Shepherd: „Chcieliśmy postawić na bogate instrumentarium”

Lion Shepherd to nietuzinkowy zespół z dużym potencjałem i jeszcze większym szczęściem do przyjaciół. Na scenie działają dopiero od 2014, a zdążyli już zagrać trasę z Riverside, zebrać bardzo dobre recenzje w komercyjnych mediach i uznanie fanów undergroundu.
Za dwa dni będzie ich można zobaczyć na Prog In Park w Warszawie w doborowym towarzystwie, bowiem na scenie zagrają razem z Opeth, Riverside, Solstafir oraz Blindead. Zapraszamy do wywiadu.

 

Witam  Panowie. Przyznam się bez bicia, że mając świadomość istnienia Lion Shepherd, dopiero niedawno zdecydowałem się poznać Waszą muzykę. Moje pierwsze skojarzenie to polska i lżejsza wersja Orphaned Land z Izraela. Czy często się spotykacie z takim porównaniem?

Grunt, że Miałeś Świadomość naszego istnienia (śmiech). Tylko kilka razy nas porównano do Orphaned Land, więc raczej jest to nieczęste. Myślę, że łączy nas ten bliskowschodni akcent w muzyce i dlatego ludzie używają takiego „skrótu myślowego”. Ale w warstwie trzonu, czyli rocka, to jesteśmy już zupełnie inną historią niż OL. Ale bardzo ich lubię.

Kto jest pomysłodawcą wplecenia etnicznych instrumentów w prog rockowe melodie? Czy to swego rodzaju kontynuacja pomysłu z Waszego poprzedniego zespołu pod szyldem Maqama?

Mamy spółę 50/50, więc jest to wspólny pomysł, jak wszystkie inne. Jest to wypadkowa zainteresowań i poszukiwań swojego brzmienia. Zespół Maqama, raczej chciał z tego rezygnować i tam ten akcent był moim zdaniem znikomy. My chcieliśmy postawić na bogate instrumentarium orientalne, skale, metra. Maqama była rockowym kwartetem, Lion Shepherd to obszerna, zmieniająca się forma, zarówno studyjnie, jak i koncertowo.

Korzystając z okazji, co z Maqama? Definitywny koniec czy tymczasowe zawieszenie?

Mamy tyle projektów związanych z Lion Shepherd, że raczej na nic innego czasu nie poświęcimy. Chłopaki (Bartosz Kanak i Piotr Podgórski – dop.red.) mają The Heavy Clouds i też intensywnie to rozwijają. Poza tym każdy robi to, co lubi i chce, a Maqama byłaby już tylko solidnie grającym zespołem bez pomysłu na własny rozwój. Mam na myśli to, że każdy gra to, co chce i chciał, i wszyscy są teraz zadowoleni, a publika ma  dwa zespoły w ofercie zamiast jednego (śmiech).

Maqama to mocny rock, powiedziałbym –  taki nowoczesny, a w Lionach gracie jednak zdecydowanie lżej. Skąd ta zmiana ciężaru?

Powiedziałbym, że nie tyle jest lżej, a bardziej zróżnicowanie. Umiemy zagrać ciężej, sporo używamy gitar siedmiostrunowych, czyli w obniżonym stroju. Natomiast w odróżnieniu od Maqamy mamy bardzo bogate instrumentarium, używamy dużo gitar akustycznych, instrumentów ludowych. To wpływa na zróżnicowanie brzmienia i przez to siłą rzeczy amplitudy będą skakać. Czyli reasumując – jest rzeczywiście lżej (śmiech).

Wróćmy do LS. Nazwa zespołu w wolnym tłumaczeniu to Pasterz Lwa. Czy ktoś z Was mi wytłumaczy o co chodzi? 🙂

Precyzyjniej – Pasterz Lwów . Zostawiamy właściwą interpretację wciąż dla siebie i wdajemy się z publicznością w małą gierkę. Na razie za wskazówkę musi ciągle służyć bajka Ezopa o tym samym tytule, którą umieściliśmy zamiast bio w czasie debiutu.

Czy obecne instrumentarium, którego używacie ukazuje Wasz finalny i specyficzny styl, czy jednak dopuszczacie możliwość urozmaicenia go?

Wręcz nie wyobrażamy sobie, by go nie rozwijać! Jak już mówiłem, Lion Shepherd to forma otwarta, poszukująca, w ciągłym ruchu. Dlatego też będą się pojawiały nowe instrumenty i nowe brzmienia. To jest definicja naszego stylu – ciągłe zmiany .

Jesteście bardzo młodą kapelą, a po premierze debiutanckiego albumu (Hiraeth, 2015 – przyp. red.) wyruszyliście w poważną, niemal miesięczną europejską trasę u boku Riverside. Jak Wam się to udało? Mariusz Duda Was wypatrzył i zaprosił?

Z Riverside znaliśmy się wcześniej, bo graliśmy z nimi jeszcze w szeregach Maqamy. Więc jak zaczęliśmy robić Hiraeth, byliśmy w stałym kontakcie, bo też się po prostu lubimy koleżeńsko. Akurat zbiegł się w czasie termin wydania płyty i ich europejska trasa, więc była to dla nas świetna okazja promocyjna. Im się projekt podobał i zaprosili nas na trasę.  

Tak się zastanawiam, gdyby nie ta trasa, jak  potoczyłyby się Wasze losy, bo bezsprzecznie był to potężny zastrzyk promocyjny dla zespołu.

To był dobry kopniak na start zespołu, to prawda. Nie ma co gdybać, co by było, jakbyśmy nie pojechali. Pewnie byśmy promowali ten zespół na innych polach, grali z innymi zespołami. Nie ma to znaczenia, bo akurat stało się tak, że pojechaliśmy (śmiech).

Rozumiem, że poprzez różne konotacje, w tym te prywatne, ze strony Riverside naturalnym wyborem było poproszenie Mateusza Owczarka o zagranie niektórych partii Gru na początku trasy „Towards The Blue Horizon Tour” (25 i 26 lutego, klub Progresja). Pytanie Mateusz do Ciebie: jak poradziłeś sobie ze stresem? Bo nie jestem w stanie uwierzyć, że go nie miałeś….

W prosty sposób – ćwiczyłem 😉 Poważnie, kiedy wychodzę na scenę ze świadomością że jestem przygotowany na 200%, to nie ma miejsca na stres. Stres oznaczałby, że nie jestem przygotowany. Wyjątkowość i podniosłość wydarzenia oczywiście robiła swoje, ale poczucie tego, że mam do wykonania ważne zadanie, raczej dodaje mi energii i pewności siebie.

Wkrótce zagracie w doborowym towarzystwie na Prog In Park obok Opeth i Solstafir. Czujecie tremę przed takim nie lada wydarzeniem? Czy jakoś specjalnie się przygotowujecie do dużych wydarzeń koncertowych?

Raczej jesteśmy podekscytowani. Ale będziemy dobrze przygotowani i jesteśmy profesjonalistami, więc nie przewidujemy niespodzianek. Liczymy na dobrą zabawę i świetny dzień w doborowym towarzystwie i festiwalowej atmosferze.

Wiosną zagraliście dosyć sporą trasę koncertową, a czy na jesień też coś szykujecie?

Tak, pod koniec września ruszamy w ostatni etap wspólnej trasy z Riverside po Skandynawii. Późniejszą jesienią też kilka razy pojawimy się w Polsce i nie tylko. Zapraszam do śledzenia naszej strony internetowej, gdzie zawsze są aktualne informacje o tym, gdzie można nas zobaczyć.

W jednej z recenzji nowej płyty przeczytałem, że „album ma ogromny potencjał radiowy”. Czy dla Was to zarzut, czy komplement?

Oczywiście, że komplement!! Po to robimy muzykę, żeby docierała do jak najszerszego grona odbiorców. I każdy, kto mówi, że chce, aby jego muzyka była elitarna i niszowa zwyczajnie ściemnia. 

Jak s sądzicie,  rozgłośnie radiowe dostrzegły istnienie zespołu Lion Shepherd poprzez notowania swoich playlist? Czy nie zaprzątacie sobie tym głowy, bo jak wiadomo radio zostało trochę zepchnięte na dalszy, coraz mniej istotny plan przez Internet.

Generalnie staram się śledzić, gdzie pojawia się nasza nazwa, ale zdecydowanie stawiamy na Internet. Stacje radiowe ciągle rządzą się prawami, które mało mają wspólnego z obecnymi realiami rynku. Tam jest jakiś pan dyrektor który tego lubi a tego nie, są formaty, strategie, plany w większości spreparowane w zaciszu biura bez konfrontacji z rzeczywistością. A Internet ma proste prawo: jak się pokazujesz i robisz dobre rzeczy –  ludzie to na pewno zobaczą. Nie musisz podlizywać się panu redaktorowi, wystarczy, że wrzucisz swoją muzę na youtube czy facebook i już istniejesz.

Obydwie Wasze płyty zebrały bardzo dobre recenzje. Czy dwa lata temu spodziewaliście się takiego odbioru i rezultatu Waszej pracy z muzyką?

Szczerze mówiąc – liczyliśmy na to. Wiedzieliśmy już po pierwszych demówkach Hiraeth, że mamy coś dobrego i świeżego. Że wyróżnimy się na rynku nie tylko w Polsce, ale i w Europie. I bardzo cieszymy się, że recenzenci docenili naszą pracę, ale przede wszystkim, że doceniła ją publiczność. Skłamałbym, gdybym nie powiedział, że pozytywny odbiór naszej muzy działa na nas motywująco. Zwłaszcza, że było wiele głosów od kolegów muzyków i innych z tzw. branży, że to nie pójdzie, że za spokojne, albo że za bardzo skomplikowane, że nazwa nie taka… ble ble ble. My robiliśmy swoje, bo ufamy własnej intuicji. Stawiamy sobie wyzwania, nie oglądając się na nastroje czy opinie. Nie boimy się ryzykować. I cieszy mnie to, że tę odwagę doceniają dziennikarze i słuchacze.

Zarówno na pierwszej, jak i drugiej płycie zawarliście koncept drogi. Mówicie, że na koncertach zabieracie fanów w pewną podróż…..

Tak jest. Jesteśmy fanami filmów i książek drogi (śmiech). Nasze płyty, słuchane od początku do końca, mają zabrać słuchacza w podróż, pozwolić mu się rozmarzyć i skłonić do kontemplacji. Dostajemy wiele opinii, że naszej muzy najlepiej słucha się w samochodzie podczas długiej jazdy.

Chciałbym się odnieść do tytułu płyty. Heat, czyli żar, kojarzy mi się z czymś ciepłym – wiadomo, żywym, z pewną porcją energii , a słuchając albumu odnoszę wrażenie chłodu, zimna, smutku i melancholii.

Heat ma tutaj wiele znaczeń. Jest „żar” w sensie dosłownym, czyli jest to muzyka dynamiczna, korzystająca z brzmień pochodzących z upalnych miejsc. Z drugiej strony ten „żar” ma też oznaczać kondycję, w jakiej jest dzisiejszy świat, który znajduje się na krawędzi 3 wojny światowej, globalnego kryzysu humanitarnego, gospodarczego i ekologicznego. Mało brakuje żeby stanął w ogniu i to też tytuł płyty ma przedstawiać.

Heat jest po części dedykowana Grudniowi z Riverside i tak się zastanawiam, czy gdyby nie jego śmierć,ta płyta nie miałaby cieplejszego wydźwięku?

Wydawnictwo jest Jemu dedykowane, bo to był nasz bardzo bliski Kolega i uznajemy Go oficjalnie za pierwszego fana zespołu. Jemu, jako pierwszemu z zewnątrz, puściliśmy nagrania. Bardzo nam kibicował i wspierał podczas pracy nad Hiraeth. Jego odejście również odbiło się na tekstach, więc dedykacja Heat właśnie Grudniowi wydaje się  wręcz obowiązkowa.

Jak myślisz, co jest w Lion Shepherd,  co go wyróżnia na tle innych art/prog rockowych zespołów w Polsce?

Przede wszystkim to, że jest najmniej progrockowy ze wszystkich (śmiech). Trudno mi się do tego odnieść. My nie uważamy się za twórców muzyki progresywnej. Tak nas się czasem szufladkuje i to jest OK. Jednak nigdy nie ukrywaliśmy, że robimy muzykę czerpiącą z wielu inspiracji i chcemy dotrzeć do jak największej grupy odbiorców.

Co chciałbyś osiągnąć z zespołem i czy w ogóle działacie w oparciu o jakiś plan, czy po prostu robicie muzykę, pokazujecie ją światu i czekacie co się stanie?

Chciałbym, aby to była mocna polska marka na świecie. Po prostu. Chciałbym, abyśmy robili coraz lepsze płyty, ciągle mieli z tego taką radochę, jaką mamy teraz. Mamy jakiś założony plan, jeśli chodzi o ruchy marketingowe czy terminarz wydawnictw. Ale co do samej muzy, to jedziemy na żywioł. Nie wiemy, jaki charakter będzie miało nasze kolejne wydawnictwo, i nikt, i nic nie ma na to wpływu.

Na koniec….trzy słowa do fanów od Lion Shepherd.

Wystarczą dwa słowa: KOCHAMY WAS!! (śmiech).

fot. Mateusz Popek

Piotr

Piotr

Głównodowodzący KVLTowi, fan undergroundu oraz maniakalny zbieracz płyt CD.
Piotr

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .