Miałam ostatnio idealną okazję do sprawienia radości mojemu wewnętrznemu dziecku, czy raczej mojej wewnętrznej nastolatce – a wszystko z tego powodu, że do stolicy Śląska zawitali Cradle of Filth.
Brytyjski band wsparły ukraiński zespół Ignea oraz amerykańska załoga Butcher Babies, szykował się zatem wieczór spod znaku muzycznej różnorodności. Również samo miejsce koncertu, P23 w katowickiej Fabryce Porcelany, kojarzyło mi się pozytywnie i to nie tylko dzięki udanym koncertom, jakie tam zobaczyłam, ale też dobremu nagłośnieniu. Przed otwarciem drzwi już kilkadziesiąt osób ustawiło się w kolejce, świadcząc o niesłabnącej popularności headlinera w Polsce.
Z ciekawością czekałam na występ Ignea i ani trochę się nie zawiodłam. Natrafiłam na zespół w 2017, jednak dopiero ich najnowsze wydawnictwo z 2023 utwierdziło mnie w przekonaniu, że muszę zobaczyć ich na żywo. Idealnie się złożyło, że większość ich setlisty opierała się właśnie o album Dreams of Lands Unseen – od otwierającego koncert Dunes aż po zostawione na finał Magura’s Last Kiss. Zestawienie metalu z licznymi melodyjnymi wtrętami (oraz wstawkami, które z braku lepszego określenia nazwę „orientalnymi”) okazało się strzałem w dziesiątkę.
Artyści zachęcali publikę do klaskania, headbangowania i szeroko pojętego hałasowania – krótko mówiąc, zadbali o podkręcanie klimatu jak należy. W dodatku tym, co od razu zwracało uwagę, były wprost fenomenalne wokale. Wydawało się wręcz, że dla wokalistki Helle Bogdanovej niczym trudnym nie było przechodzenie z growlu w czysty śpiew i na odwrót. Nie samą jednak muzyką człowiek żyje, a w myśl tego stwierdzenia frontwoman zwróciła się również do polskiej widowni, dziękując za wspieranie Ukrainy. W końcu do ostatniego momentu nie było wiadomo, czy artyści zdołają przekroczyć granicę i dotrzeć na koncerty – na szczęście stawili się zarówno w Katowicach, jak i dzień wcześniej we Wrocławiu.
Bez wahania zaliczam Ignea do świetnych składów na żywo, a za jedyny minus muszę uznać długość koncertu. Pół godziny minęło niepostrzeżenie, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że koniecznie muszę zobaczyć ich w akcji jako headlinera.

Butcher Babies okazali się odskocznią od melodyjnej i gothic metalowej atmosfery (nawet dosłownie, gdyż nie szczędzili skakania oraz dawania upustu swojej energii na scenie). Band z Kalifornii w swojej twórczości nawiązuje raczej do groove metalu oraz metalcore, a zmiana muzycznego klimatu została ciepło przyjęta przez publikę. Pod sceną nie brakowało koncertowiczów wykrzykujących teksty wraz z przepełnioną energią wokalistką już od otwierającego set Backstreets of Tennesee. Żywiołowi muzycy szli jak burza przez set oparty w dużej mierze na nowym albumie grupy ’Til the World’s Blind, a gdy dwoili się i troili na scenie, rozkręcenie imponującego mosh pitu było jedynie kwestią czasu.
Pełniącej obowiązki wokalne Heidi Shepherd wszędzie było pełno, a instrumentaliści chętnie zmieniali miejsca i wchodzili w interakcje z publiką. Prawie nie było utworów, podczas których zespół zwalniał i pozostawał w miejscu. Tu muszę przyznać, że również nie odmówiłam sobie ruchu… w postaci spaceru na merch oraz do baru, gdyż ich występ niekoniecznie trafił w mój gust.
Nie mogę jednak odmówić Butcher Babies łatwości w rozkręceniu dobrego show. Amerykanie występowali przecież w uszczuplonym składzie (w zeszłym miesiącu szeregi zespołu opuściła jedna z wokalistek Carla Harvey), a mimo to stanęli na wysokości zadania i rozgrzali publikę, jak należy.
Fanką Butcher Babies nie zostanę, jednak muzycy wręcz kipieli od energii, a słuchacze byli ukontentowani – czego chcieć więcej?

Pomimo entuzjazmu towarzyszącego supportom, zniecierpliwienie publiki w oczekiwaniu na występ gwiazdy wieczoru było wprost namacalne.
Cradle of Filth zostali w Katowicach przywitani istnym chórem zachwyconych fanów, a energia tłumu nie ustawała aż do końca koncertu. Mało tego – co utwór rozlegały się okrzyki entuzjazmu, nie brakowało również skandowania nazwy zespołu. Po wkroczeniu artystów na scenę – nie wyłączając zakapturzonego na samym początku setu Daniego Filtha – P23 zalały światła podkręcające dramatyzm całości, a nagłośnienie spotęgowało charakterystyczny scream frontmana. Choć na samym początku pojawiły się drobne problemy z mikrofonem, nie wpłynęło to negatywnie na odbiór koncertu, zresztą występy Cradle of Filth to nie tylko muzyka, ale również show o ważnym aspekcie wizualnym. Wiadomo, że taka muzyka wymaga odpowiedniej oprawy graficznej, więc siłą rzeczy teatralne otoczenie było obowiązkowe. Z jednej strony uśmiech mogły wywoływać ustawione po obu stronach sceny wielkie szkielety, backdrop z motywem z Existence is Futile (inspirowany zresztą dziełem Hieronima Boscha) oraz ciernie otaczające stanowisko wokalistki i pianistki, jednak z drugiej strony Cradle of Filth pokazali, że Halloween może być każdego dnia.
Pewnie, że niektórzy nazwą to kiczem, jednak przy charakterystycznej estetyce zespołu i po latach doświadczenia, jakie ma za sobą skład „Kredek”, można najzwyczajniej w świecie przymknąć na to oko. Sama nie uważam się za najzagorzalszą fankę słuchającą ich utworów codziennie, jednak we wtorkowy wieczór bawiłam się przednio. Zwłaszcza, że po krótkim intro gig rozpoczęło znakomite Existential Terror z najnowszego albumu (recenzja w załączonym linku – ciężko uwierzyć, że wkrótce miną trzy lata od premiery!), a następne numery w niczym nie ustępowały wysokiemu poziomowi prezentowanej kompozycji. Z każdym utworem było wręcz coraz lepiej, a zachwycona publika natychmiast podchwytywała kolejne utwory takie, jak Saffron’s Curse czy jednoznacznie nawiązujące do blackmetalowych korzeni zespołu The Principle of Evil Made Flesh.

Ciężko było nie docenić klasyków takich, jak choćby Cruelty Brought Thee Orchids, a sami artyści wywiązali się ze swojego zadania wprost znakomicie. Dwie gitary w połączeniu z basem stworzyły fantastyczny efekt ściany dźwięku, perkusja zabrzmiała potężnie, a nieodłączne partie grane na klawiszach zapewniły należytą dramaturgię. Odpowiedzialna za dodatkowe wokale Zoë spisała się na medal, złego słowa nie powiem też o – często przecież wymagających – wokalach Daniego.
Podczas krótkiej i rzeczowej, ale pełnej uznania dla polskich fanów konferansjerki frontman nie zapomniał o podziękowaniu za liczne przybycie i wspieranie zespołu od blisko 30 lat. No właśnie – od założenia zespołu minęły ponad trzy dekady, a po wokaliście zupełnie nie było widać ponad 51 lat na karku, gdy nie szczędził sobie popisów wokalnych i żywego przemieszczania się po scenie.
Energia nie opuszczała również fanów, czego doskonałym dowodem było klasyczne już Nymphetamine Fix, które zawładnęło tłumem bez reszty. W pierwszych rzędach nie było chyba nikogo, kto nie śpiewałby tekstu lub nie machał głową, czasem w stanie zbliżonym do transu. Dzieła zniszczenia dopełniło cięższe brzmieniowo, mroczne Born in a Burial Gown z tekstem niemalże wypluwanym przez Daniego z przyprawiającą o zawroty głowy szybkością, które poprzedzało From the Cradle to Enslave. Występ headlinera zamknął się w godzinie z hakiem, na co ciężko było narzekać, biorąc pod uwagę, że w tym roku był to już piąty ich koncert w Polsce.
Zarówno przez duży sentyment do muzyki Cradle of Filth, jak i wysoki poziom prezentowany przez wszystkie trzy zespoły, wyszłam z katowickiego P23 usatysfakcjonowana i z poczuciem świetnie spędzonego wieczoru. A Wy co ostatnio zrobiliście dla swojego wewnętrznego dziecka?
Zdjęcia: Norbert Dorobisz
Pełna galeria z Katowic: https://kvlt.pl/koncerty/cradle-of-filth-butcher-babies-ignea-katowice-06-08-2024/

- Źrenice – „Śnienie” (2026) - 12 marca 2026
- Cold in Berlin – „Wounds” (2025) - 3 marca 2026
- Year of the Goat – „Trivia Goddess” (2025) - 11 listopada 2025






