Podróż na piątkowy koncert do sąsiedniej Bydgoszczy przypadła w prawdopodobnie najpaskudniejszy dotychczas wieczór tego roku. Jednak nawet najgorsze szkwały, deszcze, wichury i cyklony nie były w stanie zmącić mojego dobrego humoru, ani zasiać wątpliwości, czy warto wziąć udział w drugim przystanku organizowanej przez Knock Out Productions trasy Furii, Zamilskiej, Owls Woods Graves i Krzty.
Odnowiona w postindustrialnym stylu bydgoska Fabryka Lloyda dawała pewność, że pod względem nagłośnienia i oprawy impreza będzie odpowiednio zabezpieczona. Jednocześnie jednak rozmiar sali bezlitośnie uwydatnił średnią jak na możliwości klubu frekwencję, co miało też bezpośredni wpływ na odbiór (szczególnie dwóch pierwszych) koncertów i wrażenia jakie występy te po sobie pozostawiły.
Twórczość Krzty nie jest mi szczególnie bliska, doceniam jednak szczerość intencji i wyraźne oddanie swojej muzyce, jakie prezentuje olsztyńskie trio. Łatwo nie było, bo publika (jakby nieco onieśmielona żywiołem dźwiękowym, płynącym ze sceny) obserwowała koncert z bezpiecznej odległości, co mimo wyraźnych starań, nie pomogło artystom w osiągnięciu właściwego impaktu. Muzycznie i wykonawczo (nawet pomimo tego, że mikrofon basisty był nieco słabiej nagłośniony, przez co jego growle ginęły w ścianie dźwięku) było jednak dokręcone do prawej strony licznika, dzięki czemu nie mam wątpliwości, że w mniejszym klubie i nieco późniejszej porze moje kości zostałyby pogruchotane znacznie dotkliwiej.

Podobna bolączka dotknęła zresztą występujących z numerem dwa harpaganów z Owls Woods Graves. Po koncercie na Summer Dying Loud sporo sobie po tym występie obiecywałem, niestety mimo krwi i potu oddanego na scenie, wydźwięk całości stłumiły dość skutecznie rozmiary sceny, fosa i oddzielające ją barierki oraz obserwujący koncert w większości z oddali, stonowani w swoim zachowaniu słuchacze. Oddając zespołowi (i kilku niezmordowanym lekkoatletom spod barierek) należne uszanowanie, poczekam na występ tych diabłów w dużo bardziej licujących okolicznościach, gdzie pohukiwanie sów, szum drzew, hałas otwieranych grobów i wyczekiwanie na powrót Szatana nabierze właściwej siły rażenia.

Największą niewiadomą wieczoru (i jak się później okazało największą wygraną spośród supportów) była Natalia Zamilska. Zasłyszane tu i ówdzie obawy o to, czy mroczne, transowe electro wpasuje się w klimat metalowego spędu, były całkowicie bezpodstawne. Pomimo bowiem innych środków wyrazu, atmosfera i ładunek emocjonalny wytworzony przez artystkę nadawane były na bardzo zbliżonej do pozostałych bohaterów wieczoru częstotliwości. Surowe, odhumanizowane (choć często mieszane z elementami etnicznymi), zimne, industrialne dźwięki były dla tego wieczoru dostojnym soundtrackiem. Kojarzące się ze ścieżkami dźwiękowymi dystopijnych filmów sci-fi utwory, zharmonizowane z nimi zachowanie artystki, sugestywna oprawa świetlna (wizualizacje w tle robiły doskonała robotę) – wszystko złożyło się na spójny i bardzo angażujący performance. Nie dało się też nie odczuć zaraźliwego entuzjazmu uśmiechniętej artystki, która na poły zaskoczona, na poły zbudowana przyjęciem, zostawiła po sobie naprawdę doskonałe wrażenie.

Każdą okazja na spotkanie z Furią traktuję w kategorii koncertowej powinności, która tym razem podkręcona była dodatkowo chęcią koncertowego sprawdzenia dokładnie osłuchanych już kompozycji z Huty Luna. Od nich Ślązacy zresztą zaczęli, wzywając do konnej szarży pospolitego ruszenia już od pierwszego taktu po wejściu na scenę. I choć nie przeszkadzał mi specjalnie fakt kompozycyjnej powtórki z Summer Dying Loud, skłamałbym mówiąc, że nie wrzuciłbym do set list większej liczby starszych numerów. Na szczęście nie zabrakło złotych strzałów, pięknie bowiem zażarły tego wieczoru Zamawianie drugie, Są to Koła, Ohydny jestem czy pochodzące z Księżyc milczy luty Za ćmą, w dym, Grzej i Zwykłe Czary Wieją. Podczas ostatniej część setu (podobnie jak w trakcie SDL) zespół skąpał publikę w surówce z księżycowej huty, którą przypieczętował słoneczny rozbłysk, w postaci kończącego zasadniczą część albumu Gore! Niezależnie od tego, jak oceniam ostatni krążek (moja recenzja tutaj), przyznać muszę, że materiał ten na żywo – urozmaicony na set liście kompozycjami z innych albumów – broni się bardzo skutecznie.

Niezmiennie doskonale wszedł w swoją rolę Nihil, który od lat jest dla mnie jedną z pierwszoplanowych postaci polskiej sceny black metalowej. Z jednej strony zdradzający autentyczne szaleństwo w oczach i dający się ponieść nieokiełznanemu ferworowi występu, z drugiej skromny i nieco onieśmielony, szczerze dziękujący fanom za aplauz między utworami muzyk. Szef szefów i nie ma co z tym w ogóle handlować. Bohaterem nr dwa był dla mnie tego wieczoru Namtar, którego kondycja (choćby podczas precyzyjnego odgrywania 5 zblastowanych numerów z Huty Luna z rzędu), siłą rzeczy była wystawiona na ciężką przeprawę. Muzyk dzielnie bronił się jednak przed ukazaniem jakichkolwiek symptomów zmęczenia, co już samo w sobie zasługuje na uznanie.

Piątkowy koncert Furii zapisze się w mojej pamięci, jako kolejny wyśmienity, pełen emocji i pozytywnych wrażeń występ. Mało jest obecnie w naszym kraju zespołów, które pod względem granych koncertów tak sobie cenię.
Bilans całej imprezy jak najbardziej na plus. Mimo tego, że Krztę i OWG chętniej zobaczyłbym w innych okolicznościach, wieczór oceniam jednoznacznie pozytywnie. Przystanków na trasie jest jeszcze sporo, jeżeli ktoś (są tacy?) pozostaje nieprzekonany, szczerze radzę odstawić wątpliwości na bok i ruszyć żwawo po bilety. Wrażenia w hurcie gwarantowane.
(autorem zdjęć jest Goldmoon – pełna fotorelacja z koncertu dostępna jest tutaj).
- Angrrsth – Złudnia (2025) - 12 grudnia 2025
- Post Mortem #19 – Toruń (29.11.2025) - 10 grudnia 2025
- Owls Woods Graves, Above Aurora, Garota – Toruń (25.11.2025) - 3 grudnia 2025
Tagi: black metal, Fabryka Lloyda, furia, knock out productions, koncert, Krzta, Owls Woods Graves, relacja, zamilska.






