Furia – „Huta Luna” (2023)

No i mam problem z tą płytą. Jako ultras Furii, byłem na wieść o nadchodzącej premierze (podsyconej dodatkowo rewelacyjnym koncertem na Summer Dying Loud) rozgrzany niczym piec hutniczy, zdobiący okładkę szóstego długograja Ślązaków. Odsłuchując go jednak przedpremierowo od niemal miesiąca, nie mogę pozbyć się wrażenia, że wciąż czegoś mi na Hucie Luna brakuje i mimo kuszącej chęci zaklinania realiów, nie jestem w stanie oczekiwanych elementów w niej odnaleźć.

Tytuł nowego albumu (fraza Huta Luna zamyka wydany w 2016 roku Księżyc Milczy Luty) mógłby sugerować logiczną kontynuację najbardziej awangardowej z dotychczasowych płyt katowickiego zespołu. Myśl tę wzmacnia pojawiający się znów w roli jednego z motywów przewodnich księżyc. Tym razem jednak, nie jest on milczącym towarzyszem nocnych wędrówek po śląskich bezdrożach, a wielkim hutniczym piecem, kipiącym ogniem, którego energia odzwierciedlona jest w warstwie dźwiękowej nowej płyty katowickiego ansamblu.

Nihil i spółka dokonują na Hucie Luna muzycznego zwrotu w tył, oddając się na powrót wpływom black metalu, pozbawionego eksperymentów, odmiennych środków wyrazu i sondowania granic własnej myśli twórczej. Powrót do metalowej formy nie oznacza co prawda całkowitego wyjścia z teatru, jego wpływy wciąż wyraźnie słychać, czy to w sposobie artykulacji przez Nihila oszczędnych tekstów (więcej w nich recytacji, niż growlu), czy też częstego wchodzenia pozostałych muzyków w rolę chóru, akcentującego poszczególne strofy. W muzyce zespołu nieustannie czuć także wyraźną poetyckość, melancholię i przebijającą się w charakterystycznych melodiach ludowość.

Nie jest tak, że nie dostrzegam na Hucie Luna szeregu zalet, ostatecznie jednak nowa Furia jawi mi się jako nieco zbyt sprawdzona, bezpieczna i wypróbowana. Nie zabrakło tu wprawdzie znakomitych utworów (Idź!, Zamawianie wirujących Sarmatów (czwarte), Maska Masce, Gore), poprzez utrzymanie zasadniczej części albumu w oparciu o niemal tożsame pomysły aranżacyjne (w tym jednolitą sekcję rytmiczną), nie mają one moim zdaniem szansy rozbłysnąć właściwym blaskiem. Można oczywiście zrzucić dominującą na płycie jednorodność na karb konwencji, tłumaczyć ją zamysłem twórczym, doszukiwać się rozmaitych nawiązań i symboliki, na końcu zawsze pozostaje jednak efekt i emocje nim wywołane.

A te są mieszane. Cholernie brakuje mi na Hucie Luna tak znanej z poprzednich płyt różnorodności, intrygującej nietuzinkowości, elementów zaskoczenia, punktów zwrotnych, przy których poczułbym się naprawdę mocno szarpnięty za poły płaszcza. W założeniu przeciwwagę dla pozostałych numerów stanowić ma co prawda niemal 30-minutowy suplement w postaci Księżyc czyli Słońce, ten traktuje jednak raczej jako muzyczną ciekawostkę i dźwiękową odskocznię, niż pełnoprawny utwór, będący równoważnym element krążka. Mogę w tym miejscu zostać oczywiście nazwany ignorantem, nie mam jednak zamiaru koloryzować rzeczywistości i usilnie szukać atrybutów, tam gdzie ich nie dostrzegam.

Nie nazwę Huty Luna płytą złą. To w końcu Furia, prezentująca poziom, którego wielu nigdy nie osiągnie. Zestawiając ją jednak z innymi pozycjami w dyskografii zespołu, deficytów nie sposób nie odczuć.

Od ulubieńców wymaga się po prostu więcej.

Ocena: 7/10

Synu
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , .