Helicon Metal Festival III – Remont, Warszawa (25.03.2023)

Mamy dopiero pierwszy kwartał, a jedna z imprez roku już się wydarzyła. Zapytacie, czy naprawdę było tak dobrze? Było nawet lepiej.

Nie wiedziałem zupełnie czego spodziewać się po Helicon Metal Festival III. Nie byłem nigdy wcześniej w warszawskim Remoncie, na żywo nie słyszałem też żadnej z zapowiadanych kapel. Dodatkowe obawy budziły komentarze organizatorów, według których od powodzenia imprezy miało w ogóle zależeć ogłoszenie jej kontynuacji. Frekwencyjnie i jakościowo mogło być więc bardzo różnie.

Wątpliwości nie rozwiało przybycie na miejsce, bo Riviera Remont na pierwszy rzut oka sprawiała wrażenie klubu, w którym da się zorganizować wszystko, poza dobrze nagłośnionym i komfortowym w odbiorze koncertem. Mała jak na rozmiary sali scena, skutecznie ograniczające widoczność betonowe filary, generalna surowizna i średnio komfortowe warunki. Prawdziwy heavy metal miał więc wykuwać się w bólu.

Skład festiwalu był bardzo różnorodny, kapele, choć połączone mianownikiem „heavy”, prezentowały sporą rozpiętość stylistyczną. Zaczął Mayhayron, który przed 20 laty miał być ponoć określany nową nadzieję heavy metalu. Patrząc na scenę podczas występów Krakowian, przed oczami miałem raczej grupę starych znajomków, których dopadła proza życia, a z wielkich planów podboju metalowego szczytu zostało hobbistyczne granie do piwka. Muzycznie było jednak całkiem poprawnie, klasyczne heavy metalowe potupajki sprawdziły się w roli rozgrzewacza bardzo dobrze, jeżeli więc urzeczywistnią się zapowiedzi o powrocie do regularnego koncertowania (a członkowie zespołu popracują trochę nad śmiałością i sceniczną charyzmą) może być w miarę ciekawie.

Trochę poważniej zrobiło się podczas występu Gutter Sirens, choć nie powiem, by koncert w stylu Savatage worship (czego nawet przez moment nie ukrywali sami muzycy) zrobił na mnie jakieś piorunujące wrażenie. Heavy/power metal z klawiorkami, skręcający nieco w stronę progresywnego grania zabrzmiał dość interesująco, nie da się jednak ukryć, że dziś taka muzyka zalatuje już wyraźnie gryzoniem. Byłbym jednak nieuczciwy, gdybym nie wspomniał, że części zebranych pod sceną (a ludzi było już wtedy w klubie sporo) wyraźnie się podobało, sam zespół złapał dobry kontakt z publiką i był ze swojego występu bardzo zadowolony.

Wyższy bieg wrzucił dopiero Evangelist. No tu już zostało rozdane srogo, mimo że po studyjnych odsłuchach niczego na podobnym poziomie nie zakładałem. Muzycy krakowskiego składu ubrani w czarne habity, wokalista odśpiewujący z namaszczeniem doomowe hymny o śmierci z bogiem na ustach (Memento Homo Mori do teraz pobrzmiewa mi w uszach), muzyka gęsta i majestatyczna, nieocierająca się jednocześnie o sztampę i śmieszność. Jeżeli prawdą jest, że był to czwarty koncert w historii tego składu (źródło: opis organizatora), to goście mają wrodzony talent do kupowania uwagi w hurcie. Bez zbędnej konferansjerki Krakowianie weszli jak po swoje i przez blisko godzinę trzymali ludzi za fraki, dając zdecydowanie najlepszy z dotychczasowych koncertów wieczoru.

Po trzech występach krajowych reprezentantów przyszedł czas na gości zagranicznych. Na pierwszy rzut poszli młodzi harpagani z grupy rekonstrukcyjnej Venator. Austriacy kultywują popularny trend wskrzeszania klasycznego heavy/speed metalu, więc poza wysoko strojonymi gitarami były też obowiązkowe ćwieki, skóry, białe adidasy, epickie wąsy i tęsknota za czasami, które z racji swojego wieku chłopaki mogą znać jedynie z podręczników historii. Lekcje odrobione zostały jednak wzorowo, a przy muzyce pełnej energii i naturalnej przebojowości kark został beztrosko nadwyrężony. Poza hitami z debiutanckiego Echoes from the Gutter (ze szczególnym wskazaniem na The Seventh Seal), zespół odegrał też Blind Ambition z wydanej wcześniej EPki oraz premierowy Inhale The Fire. Koncert petarda.

Chwila na oddech i scenę przejęli Kanadyjczycy i Amerykanie ze Smoulder, dorzucając tego wieczoru kolejną świetną sztukę. Muszę jednak podkreślić, że 4/5 składu (mogącego uchodzić z powodzeniem za reprezentację piwnicznego klubu sympatyków D&D) nie miałoby nawet połowy swojej siły rażenia, gdyby nie diament za mikrofonem. Sarah Ann odgrywała na scenie pełnoprawny spektakl, czarując tańcem, mimiką, zachowaniem scenicznym i naturalną charyzmą. Miłym doświadczeniem jest widzieć muzyków, którzy tak sugestywnie potrafią wejść w rolę i dać się ponieść koncertowemu żywiołowi. Świetnie zagrany heavy/doom z occultowo-stonerowym sznytem, wyśpiewany na cześć złotej ery heroic fantasy na długo pozostanie w mojej pamięci. Noty za styl po 20.

Krótko po godzinie 22 na scenie Remontu pojawili się główni bohaterowie sobotniego wieczoru. Pierwszy polski koncert Atlantean Kodex miał odbyć się przy solidnie napakowanym klubie, więc obawy organizatorów o niepowodzenie imprezy zostały zdecydowanie rozwiane. Niemcy zaczęli z drobnym opóźnieniem od intro z ostatniej płyty i już po chwili było wiadomo, że jeńcy tego wieczoru miłosierdzia nie zaznają. Kapela rosła z numeru na numer, oddając sprawiedliwość każdej z 3 dotychczasowych płyt – od People of the Moon, Lion of Chaldea, Chariots i He Who Walks Behind the Years z najnowszego albumu, przez fenomenalne Heresiarch, Sol Invictus i Twelve Stars and an Azure Gown z dwójki, aż po The Atlantean Kodex i A Prophet in the Forest z debiutanckiego The Golden Bough. No i finał w postaci The Course of Empire. Dobry Jeżu Anaszpanie, jeżeli ktoś gra dziś bardziej epicki i monumentalny heavy metal, będę bardzo wdzięczny za telefon i podanie namiarów. Co bardzo ciekawe, Niemcy osiągają zamierzony efekt całkowicie wbrew scenicznej prezencji, bo patrząc na szczupłego Markusa Beckera w białych conversach i koszulecze Manowar, pociesznego Manuela Trummera, drobną Coralie Baier, wyglądającego jak uciekinier z castingu do Running Wild Floriana Kreuzera, czy nieśmiałego Mario Weissa, ostatnim czego można się po zespole spodziewać to bezdyskusyjna moc i niepodzielne panowanie. Najlepsze wzorce Bathory, Manilla Road i wspomnianego Manowar, homeryczne opowieści o potędze Europy, upadłych imperiach i dziedzictwie cywilizacji zachodniej nabrały na żywo fantastycznej intensywności, a ręce same zaciskały się w pięści, unoszone w geście chwały i triumfu. Publika oddawała zespołowi z nadwyżką, pierwsze rzędy śpiewały dzielnie całe kawałki, w dalszych ze święcą było szukać osób niewzruszonych. Drobnym mankamentem pozostawało jedynie nagłośnienie. O ile do większości poprzednich występów nie miałem pod tym względem zarzutów, podczas koncertu Niemców trochę napodróżowałem się w tłumie w poszukiwaniu miejsca, gdzie muzyka zespołu brzmiała zadowalająco. Daleki jestem jednak od stwierdzenia, że sztuka była z tego powodu znacznie mniej udana.

Cała impreza zamknęła się w 7 (!) godzinach, nie dało się jednak odczuć wyraźnej dłużyzny i zmęczenia. Duża w tym zasługa dyscypliny organizacyjnej i dopięcia rozpiski niemal ze stoperem w ręku. Mało mierzi mnie w koncertach tak, jak nonszalancja w podchodzeniu do zapowiadanej ramówki, jednak Helicon Metal Festival III wypadł pod tym względem bez zarzutu. Za bardzo dobre uznać trzeba też zaplecze z merchem. Płyty, winyle, ciuchy – wszystkiego było pod dostatkiem, w dodatku do dostania w rozsądnych pieniądzach (co dziś coraz częściej jest niestety rzadkością).

Tytułem podsumowania – Helicon Metal Festival III dostarczył więcej, niż spodziewałem się podróżując w sobotę do stolicy. Z chęcią zahaczałbym o takie imprezy regularnie, z niecierpliwością czekam też na ogłoszenie kolejnej edycji wydarzenia. Mam nadzieję, że po minionej jest ona tylko formalnością.







Synu
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , .