Saxon, Rage – Warszawa (14.03.2023)

W koncertowym repertuarze prawdziwego fana klasycznych brzmień nie mogło zabraknąć zespołu Saxon, legendarnych ojców chrzestnych nurtu new wave of British heavy metal. Po siedmioletniej przerwie zawitali oni 14 marca 2023 do warszawskiej Progresji. Dobrze pamiętałem ich występ z 2016 roku, kiedy byłem pod ogromnym wrażeniem kondycji scenicznej „saksończyków”, pomimo tak dojrzałego wieku członków składu (dla przykładu, wokalista Biff Byford obchodził wówczas swoje 65. urodziny). Założony w połowie lat 70. Saxon zbliża się już wielkimi krokami do pięknego jubileuszu 50-lecia na muzycznej scenie, ale w jego szeregach o jakichkolwiek oznakach podsumowywania kariery nie ma mowy. Wręcz przeciwnie – na stołecznym koncercie Brytyjczycy promowali swój ostatni krążek, wydany rok wcześniej Carpe Diem. Wypada dodać, że nie tylko w moim odczuciu album jakościowo nawiązywał do najlepszych osiągnięć w długiej dyskografii jego twórców, bowiem został wyraźnie doceniony na Starym Kontynencie, zdobywając wyróżnienia w wielu krajach (np. 2. miejsce na liście UK Rock & Metal Albums, 3. miejsce na niemieckiej Top 100, 4. miejsce na listach przebojów w Finlandii i Szwajcarii). Tuż przed warszawskim wydarzeniem stało się jednak coś, co boleśnie przypomniało, że kondycja kondycją, ale lata bezlitośnie mijają… Zespół ogłosił, że z występów na żywo rezygnuje Paul Quinn będący członkiem Saxon od jego zarania. W wyniku decyzji gitarzysty odwołana została kwietniowa część trasy w Ameryce Południowej. Koncert w Progresji stanowił więc jedną z ostatnich szans zobaczenia legendy NWOBHM ze swoim oryginalnym „wioślarzem”, co z pewnością dodawało zbliżającemu się wieczorowi smaczku.

Zdecydowanie warto było pojawić się w klubie już podczas „rozgrzewki”. Zadanie wprowadzenia publiczności we właściwy nastrój przypadło nie byle komu, bo kapeli Rage. Naszych zachodnich sąsiadów śmiało można już nazywać weteranami – jak by nie patrzeć, w tym roku stuknęła im czterdziestka. Jeśli mimo wszystko nazwa jest komuś obca, tak tylko przypomnę, że Rage należy do tzw. Wielkiej Czwórki Niemieckiego Power Metalu (obok takich tuz jak Helloween, Running Wild i Grave Digger). Panowie pod wodzą lidera Petera Peavyego” Wagnera zaprezentowali set złożony z dziewięciu utworów, w którym postawili raczej na niezawodne klasyki, by wymienić Sent by the Devil, My Way, Straight to Hell, End of All Days, Dont Fear the Winter czy Higher than the Sky. Z nowszych piosenek usłyszeliśmy Resurrection Day i Virginity. Trochę zdziwił mnie brak reprezentacji wydanej niedawno EP-ki Spreading the Plague. Niemniej występ był udany, czego dowodziła zresztą solidnie wypełniona już wówczas sala.

Z kilkuminutowym opóźnieniem, krótko po godzinie dziewiątej na scenie pojawiła się główna gwiazda wieczoru. Muzycy ruszyli do boju z ogromną energią, zaczynając od Carpe Diem (Seize the Day), utworu tytułowego dla obecnej trasy oraz ostatniego albumu. Tempa nie zwolnili – kiedy Saxon schwytali dzień, przez scenę przejechał z impetem Motorcycle Man. Chwilę później zabrzmiały ciężkie riffy świeżego w repertuarze Age of Steam, choć trochę na słowo honoru, ponieważ jakość nagłośnienia w pierwszych dwóch kwadransach pozostawiała wiele do życzenia. Na szczęście z każdym kolejnym numerem było już tylko lepiej. Tymczasem nowości tasowały się z klasykami, kiedy zespół przedstawił kolejne dwa utwory: Power and the Glory oraz Dambusters.

Po żywiołowym wprowadzeniu nastąpiło nieznaczne uspokojenie tempa, a w Progresji wybrzmiał numer Dallas 1 P.M. Fakt, że w funkcji „spowalniaczy” wykorzystano takie utwory, najlepiej dowodzi, że Saxon nie zamierzali się oszczędzać. Jakby ku rozwianiu ewentualnych wątpliwości obroty znów wskoczyły na wyższy poziom, gdy rozległy się kolejno Heavy Metal Thunder, Metalhead, Sacrifice oraz Living on the Limit. Uff! Pod sceną zdecydowanie zrobiło się gorąco, choć również z powodu niekomfortowego zaduchu, który chwilami odbierał siły do dopingowania. Sądząc po okolicznych reakcjach, ewidentnie nie tylko mi dawał się on we znaki. Progresja pękała w szwach i aż prosiło się o pokręcenie paroma gałkami na panelach sterowania klimatyzacją. Z pewną ulgą przyjąłem zatem dłuższą debatę Byforda z fanami, w której ci ostatni otrzymali możliwość wyboru kolejnego utworu spomiędzy Crusader oraz Broken Heroes. Entuzjastyczna reakcja na każdą z propozycji muzyków miała najlepszy możliwy finał w wykonaniu… obydwu tych klasyków! Zwłaszcza podczas drugiego z wyżej wymienionych numerów Saxon otrzymali potężne wsparcie kilkuset gardeł wyśpiewujących słowa refrenu: „Where are they now, the broken heroes”.

Wreszcie nadszedł czas, by znów przypomnieć najnowszy dorobek w szóstym tego wieczoru kawałku z najnowszego albumu – Black Is the Night. Reszta podstawowego setu należała już do rozpoznawalnych dla każdego słuchacza Saxon melodii. Najpierw otrzymaliśmy zgrabny „medley” Strong Arm of the Law oraz Solid Ball of Rock. Koncert zwieńczyły And the Bands Played On oraz Wheels of Steel. Bez zbędnego rozwlekania i gry na czas Saxon przeprowadzili publiczność przez solidną, bo składającą się aż z 17 utworów, porcję swojej muzyki z godnym podziwu polotem.

Duża porcja nie oznaczała na szczęście braku dokładki. W bisach Brytyjczycy byli równie wylewni i nie żałowali dodatkowych dwudziestu minut dobrej zabawy. Jako pierwszy zabrzmiał prawdziwy brylant z Carpe Diem – klasyczny metalowy hymn The Pilgrimage, nawiązujący klimatem do Crusader czy Lionheart. Tuż po nim tłum eksplodował przy pierwszych akordach 747 (Strangers in the Night). Nie mogło również zabraknąć dwóch koncertowych pewniaków: Denim and Leather oraz Princess of the Night.

Ci, którzy zdecydowali się zameldować tego wieczoru w Progresji, nie mieli powodów do żalu. Saxon wciąż jest sprawnie działającym heavymetalowym walcem. Podczas blisko dwugodzinnego występu scena aż kipiała energią, i to nie tylko za sprawą wijącego się z basem po jej deskach Nibbsa Cartera. Wokal Biffa Byforda pomimo upływu lat brzmi potężnie. Podobnie gitarowe riffy Douga Scarratta i Paula Quinna oraz uderzenia Nigela Glockera. W tak wykonywanej muzyce nie ma słabych punktów. Pozostaje jedynie życzyć Brytyjczykom, żeby ich artystyczna młodość trwała jak najdłużej.

(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , .