Батюшка by Drabikowski, Rotting Christ – Warszawa (24.09.2021)

Po wielu miesiącach znoszenia i przywracania obostrzeń, Батюшкa by Krzysztof Drabikowski wreszcie miała okazję zagrać w stolicy Polski. Miało to miejsce 24.09.2021 na Letniej Scenie Progresji, skonstruowanej na terenach zielonych znajdujących się za słynnym klubem.  Organizatorzy z Ready to Rock zapewnili doborowe towarzystwo gospodarzom, bowiem „prawosławny black metal” w ostatni piątek września br. poprzedzały sety weteranów pompatycznego death metalu z Grecji – Rotting Christ, a także wysokiej próby eksperymentalna czernina serwowana przez muzyków z Blaze of Perdition.

Niestety, nie zdążyłem doczłapać pod Letnią Scenę Progresji nawet na fragment koncertu BoP. Wielka szkoda, bo zespół zagrał w pełnym składzie (z Sonneillonem na wokalu), a social media grupy zapowiadały setlistę opartą o zawartość wydanego w 2017 roku „Conscious Darkness”. Z zasłyszanych opinii publiczności wymieniającej spostrzeżenia gdzieś pomiędzy pozostałymi występami tegoż wieczoru dało się wychwycić dość jednogłośną opinię tłumu: zespół z Lublina nie rozczarował ani muzycznie, ani wykonawczo, odpowiednio przygotowując zgromadzonych na oblężenie wolnych temp i tubalnych zaśpiewów Rotting Christ. W chwili pisania tych słów, cały koncert Blaze of Perdition dostępny jest do obejrzenia jako bootleg na YouTube. Jakość wideo pozostawia wiele do życzenia, warstwa audio jest natomiast całkiem czytelna, pozwalając na nieutrudniony odsłuch muzyki.

Zdjęcia: Aleksander Honc

Pomimo stosunkowo niskiej temperatury powietrza nocnej Warszawy, z trudem szukać było typowo jesiennej aury. Atmosfera spajająca ludzi zgromadzonych pod sceną wcale nie wskazywała, że lato dobiegło końca. Dlaczego? Po pierwsze, z powodu frekwencji. Kilkaset gardeł wyczekiwało na wejście Rotting Christ. Po drugie, nie padało. Po trzecie, znając dorobek artystyczny Greków i nagrania z ich koncertów można było nie tyle spodziewać się, co oczekiwać, że z głośników za chwilę zacznie żarzyć.

I tak też się stało.W trakcie 11 zagranych utworów zespół rządził i dzielił. W przekrojowej setliście postawiono nacisk na aktualną inkarnację muzyczną grupy. Pojawiły się m.in.: „Dies Irae” z wydanego w 2019 „Heretics”, dwa utwory reprezentujące „Rituals”, a także silna reprezentacja czterech koncertowych bangerów z „Kata Ton Daimona Eaytoy”. Nie zabrakło pojedynczych klasyków z lat 90. ubiegłego wieku („Fgmenth, Thy Gift” i „King of a Stellar War”, który w wersji live ma potężną siłę rażenia). Ponadto pojawiły się niezwykle chwytliwe „Athanati Este” z „Sanctus Diavolos” oraz cover oldschoolowego „Societas Satanas” z repertuaru Thou Art Lord, czyli drugiej formacji muzycznej braci Tolis. Czy wybór utworów mógł pozostawić niedosyt? Muzycznie – być może, wykonawczo – zdecydowanie nie. Powyższy set stanowi solidny standard od Rotting Christ. Te kompozycje odpowiednio wyselekcjonowano, ograno i sprawdzono na publicznościach całego świata, a Grecy hołdujący starożytnej Helladzie w swoim katalogu mają przecież jeszcze co najmniej kilkanaście numerów, wokół których można zbudować dłuższy występ. Analizując koncert pod względem technicznym, nie wychwyciłem żadnych niepokojących potknięć bądź fałszów; sygnał wydobywający się z instrumentów był selektywny i wgniatający w ziemię. Działo się tak głównie za sprawą klarownego, zwartego i przesterowanego basu Kostasa Spadesa. Realizatorom dźwięku należą się słowa uznania.

Jedynym problemem, jaki pojawił się w trakcie około-godzinnego występu, była częściowa niedyspozycyjność wokalna Sakisa Tolisa przez ostatni kwadrans spędzony na scenie. Pod koniec koncertu frontman nawet nie próbował wyciągać pewnych fraz, wiedząc, że trochę skrzeczy. Być może niedyspozycyjność strun głosowych spowodował wieczorny chłód? Nie mnie to oceniać, wypada natomiast docenić podjęcie decyzji o niedziałaniu wbrew własnym możliwościom. W pewnym momencie Sakis postawił głównie na show, skupiając się na zachęcaniu publiczności do żywiołowej reakcji na muzykę. Z opresji udało się zgrabnie wybrnąć, a przy okazji mimowolnie rozgrzać część skandujących fanów stojących w dalszej odległości od głośników. Podsumowując: warszawskie oblężenie Rotting Christ zakończyło się triumfem.

Zdjęcia: Aleksander Honc

Setlista:
666
P’unchaw kachun – Tuta kachun
Athanati Este
Elthe Kyrie
Apage Satana
Dies Irae
King of a Stellar War
Fgmenth, Thy Gift
Societas Satanas
In Yumen – Xibalba
Grandis Spiritus Diavolos

Na Batushkę trzeba było poczekać około pół godziny. Nie bez powodu – wniesienie scenografii (m.in.: trumna, kandelabry, podesty i ikony) jest czasochłonne, mimo że procesem tym zajmowało się prawie kilkanaście pracujących wspólnie osób. Dodajmy, że na scenę nie wniesiono wzmacniaczy gitarowych.

W pełni wyreżyserowany wstęp do koncertu grupy nie uległ radykalnym zmianom względem czasów sprzed „schizmy” w Batushce. Gdy światła zmieniły barwę na ciemnoniebieską, a z głośników zaczęły wydobywać się współtworzące intro chóralne śpiewy, muzycy ubrani w zdobione, wykonane z niesamowitym pietyzmem kostiumy zaczęli podpalać knoty świec i okadzać rekwizyty kadzidłem. Zaczęli grać. Niestety, już w pierwszym utworze pochodzącym z odegranej w całości „Panihidy” dźwięk zaczął przerywać, przypominając nadawanie kodu Morse’a.

Z każdą chwilą było coraz gorzej. Przerwy w sygnale audio stały się nagminne, a po upływie zaledwie kilku minut od wejścia muzyków na scenę trwały od kilku do kilkudziesięciu (!) sekund. Publiczność, z początku jedynie skonsternowana sytuacją, wyraźnie zrezygnowana i zawiedzona zaczęła buczeć oraz gwizdać. Zgromadzeni obserwowali zespół, który słynie z kreowania na swoich występach pełnej immersji wizualnej. Patent ten przyczynił się zresztą do zbudowania międzynarodowej marki kojarzonej z nazwą Батюшкa. Można pokusić się o stwierdzenie, że emocje związane z wrażeniem obecności na mrocznej wersji prawosławnej ceremonii mogą być dla niektórych odbiorców równie ważne, co i bezpośrednie obcowanie z muzyką w wersji live. Niestety, ciągnące się przez prawie dwie trzecie setu problemy techniczne całkowicie ową immersję zabiły. Krótko mówiąc, czar prysł.

Mocno zestresowana ekipa techniczna wielokrotnie pokonywała w pośpiechu kilkadziesiąt metrów dzielące scenę i budkę nagłośnieniową. Obsługa sprawdzała kable, świeciła latarkami… A zespół kontynuował, nieświadomy, że instrumentów nie słychać na tzw. „przodach”! Z niedowierzaniem obserwowałem grę perkusisty, którego nienagłośnione bębny dało się usłyszeć gdzieś w tle, jednakże rozmowy między publicznością i tak były od nich głośniejsze. W końcu jeden z technicznych poprosił w przerwie między utworami kogoś z wykonawców na słowo, prawdopodobnie w celu poinformowania, co właściwie się dzieje. Niestety, od wejścia Батюшкi na scenę zdążyła minąć już około jedna trzecia godzinnego setu, który zakończyć miał się o 22.00, a przerwanie i ponowienie występu nie było możliwe.

Zdjęcia: Aleksander Honc

Jedynie ostatnie 20 minut koncertu pozbawione było problemów technicznych. Nagłośnieniowcy zadbali o odpowiednią selektywność brzmienia, a humory zgromadzonych uległy zauważalnej poprawie. Kiedy wszystkie składowe wpływające na jakość koncertu zaczęły ze sobą współgrać, wreszcie możliwe było skupienie się na muzyce, a konkretniej – na drugiej połowie „Panihidy”. Problematyczny set zakończono utworem „Yekteniya I: Ochishcheniye”, rozpoczynającym pierwszy album Батюшкi, tj. „Litourgyia” z 2015 r. Jego obecność w setliście była bez wątpienia potrzebnym, satysfakcjonującym skołatanego odbiorcę akcentem, ale nieprzyjemnych wrażeń, które nagromadziły się wcześniej, nie dało się już wówczas wyzbyć. Dało się natomiast odnieść wrażenie, że Батюшкa była w pełni przygotowana, by zagrać udany koncert.

Bodaj najsmutniejszym momentem, jakiego doświadczyłem po opuszczeniu miejsca zdarzenia, było uświadomienie sobie, że grupa łącznie około półtora utworu zagrała w całkowitej ciszy, a więc wyłącznie „dla siebie”. Przyznam, że jest mi niezmiernie szkoda muzyków, którzy znaleźli się w tak patowej sytuacji. Uświadomienie sobie, że cały trud związany z zaplanowaniem przedsięwzięcia i koniecznymi przygotowaniami poszedł na marne z powodów losowych nie należało do przyjemnych. Nie zaliczam się do grona najbardziej oddanych fanów zespołu, przyjechałem pod Fort Wola głównie z ciekawości – ale i tak muszę przyznać, że opuszczając Letnią Scenę Progresji cieszyłem się, że udało mi się obejrzeć chociaż Rotting Christ.

Setlista:
Całość „Panihidy” (utwory od Pesn’ 1 do Pesn’ 8 włącznie)
Yekteniya I: Ochishcheniye


Zdjęcia autorstwa Aleksandra Honca. Po więcej zapraszamy do naszych galerii – Blaze of Perdition, Rotting Christ, Batushka by Krzysztof Drabikowski.

Hubert Pomykała
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , .