Zacznę przewrotnie, bo od krótkiego, acz wymownego stwierdzenia – miniony występ A Perfect Circle w Warszawie był bez wątpienia najlepszym koncertem “dużego” zespołu, jaki widziałem dotychczas w 2026 roku. Pod wybranymi względami był to dosłownie najlepszy koncert, jaki przyszło mi kiedykolwiek przeżyć (!), a uwierzcie mi, mam pewne rozeznanie, gdyż uczęszczam na podobne wydarzenia od wielu lat. Póki co nie nakreślę jednak nic więcej. Przeczytajcie, proszę, całą relację. W tym miejscu po prostu urwę, gdyż na konkretniejsze podsumowanie przyjdzie jeszcze czas.
Zacznijmy od początku. Druga najpopularniejsza formacja prowadzona przez Maynarda Jamesa Keenana wystąpiła w stolicy Polski dokładnie w środę, 10 czerwca br. na Torwarze. W rolę supportu wcieliła się francuska piosenkarka i aktorka Jehnny Beth. Wszystko to wydarzyło się dzięki agencji Live Nation Polska.
Tak czy siak, Billy Howerdel oraz Maynard zwykli kazać nam czekać na swoje kolejne ruchy naprawdę długo. Cóż, oprócz dobijającego do dziesięciolecia krążka Eat the Elephant, APC przez lata wypuszczało przecież głównie kompilacje starych numerów, wzbogacone najczęściej o jeden, góra dwa premierowe utwory.
Status słynnej supergrupy często bywał niejasny (panowie potrafili udzielać nad wyraz wymijających odpowiedzi na temat przyszłości projektu), więc z pewnym zaskoczeniem przyjąłem informację o planowanym przyjeździe formacji do Polski. A z jeszcze większym entuzjazmem wieści o premierze ich najnowszej, całkiem udanej kompozycji pt. Starless, która zadebiutowała tuż przed trwającą właśnie europejską trasą koncertową.
Obsuwy, zakaz nagrywania i support: Jehnny Beth
Podjeżdżając pod budynek, zaskoczyły mnie długie, wijące się za zakrętami kolejki do wejścia. Mimo iż środowe wydarzenie nie uzyskało statusu sold outu, zabrakło do niego bardzo niewiele, gdyż frekwencja ewidentnie dopisała.
Mimo podanej wcześniej czasówki, kapela wspierająca APC wtargnęła na zbudowany w hali podest po łącznie około 3 kwadransach spóźnienia. Początkowo nieco wycofana Jehnny Beth zaczęła od wykrzyczenia pierwszych słów screamem, wtórując akompaniującym jej, w każdym calu noise rockowym muzykom. Mam na myśli zarówno stylówę, jak i bezpośrednio styl gry instrumentalistów.
Podobne rozpoczęcie miało pewnie wywołać wśród publiczności niemały szok, aczkolwiek obserwując reakcje stojących dookoła mnie osób, zauważyłem raczej zgryzotę aniżeli radość. Obstawiam, że chodziło o kiepskie nagłośnienie – owy scream trochę zbyt mocno dał nam wszystkim po bębenkach.
Szybko odetchnąłem z ulgą, ponieważ z każdym kolejnym numerem brzmienie stawało się coraz czytelniejsze. Muzyczną propozycję artystki można z grubsza określić jako próbę pożenienia wspomnianego wcześniej noise rocka z post-punkiem. Prawdę mówiąc, ostatnimi laty słyszałem na żywo sporo młodych kapel próbujących odnaleźć się w podobnym nurcie (wspomnę chociażby zyskujące na popularności Vowws) i suma summarum raczej nie dałem się porwać charyzmatycznej Camille, bo tak właśnie brzmi prawdziwe imię Beth. Przeżyłem krótki, lecz solidny set, który jednak nie zapisze się w mej pamięci na dłużej. Tym bardziej że szybkie, mocno przesterowane utwory nijak miały się do płynących melodii kojarzonych z gitarą Howerdela. A, jeszcze jedno: podczas całego wieczoru obowiązywał zakaz nagrywania i mimo że Jehnny wydała ze sceny pozwolenie na rejestrację fragmentów jej dwóch ostatnich numerów, kursująca po płycie ochrona nakazywała chować smartfony do kieszeni.
Setlista Jehnny Beth – Warszawa 2026
- Broken Rib
- I Still Believe
- No Good for People
- Army of Me (cover Björk)
- Innocence
- Out of My Reach
- Obsession
- I’m the Man
- I See Your Pain
Początek koncertu A Perfect Circle, wizualizacje i brzmienie
Po krótkiej próbie dźwięku nadszedł wreszcie czas na Amerykanów. Słynne APC zaczęło zajmować przygotowane stanowiska punktualnie o 21:00. Przedtem usłyszeliśmy fragmenty nagrań z taśmy: mowa o War Pigs wspaniałego Black Sabbath, a także Not in Blood, but in Bond Hansa Zimmera. Następnie legendarny Josh Freese nieśpiesznie zajął miejsce za pokaźnym zestawem bębnów, po czym na scenę, przy przygaszonym świetle, zaczęła wkraczać reszta składu.
Brawa i owacje ucichły niemalże natychmiast, gdyż grupa od razu zabrała się za The Package. Nawet nie wiem, kiedy w zasadzie dałem się porwać abstrakcyjnym tudzież pełnym aberracji wizualizacjom, w jakiś dziwny, bliżej niesprecyzowany sposób pozwalającym z powodzeniem odnaleźć się niemalże wewnątrz poszczególnych partii instrumentów. Doskonale wypadło także nagłośnienie, perfekcyjne od pierwszego, aż do ostatniego dźwięku. Akustykom udało się wykręcić sound pozwalający na dobre zapomnieć o jazgotliwych początkach setu Jehnny Beth. No i wspaniale!
Maynard James Keenan o zakazie nagrywania: pozostańmy obecni, pozostańmy połączeni
Z minuty na minutę coraz mocniej pochłaniałem świat przedstawiony malowany nutami Howerdela i Keenana. Zapewne pomogła w tym wypowiedź tego drugiego, grzecznie proszącego, by nie nagrywać występu i pozostać obecnymi, pozostać połączonymi z twórczością. Słowa Maynarda nakazały mi więc skupić się na każdym aspekcie spektaklu. Uważam też, że słowo “spektakl” jest w tym konkretnym przypadku trafne, ponieważ A Perfect Circle przez ponad półtorej godziny umiejętnie balansowało na pograniczu performensu oraz konwencjonalnego występu. Krótko mówiąc, to była prawdziwa sztuka, taka przez duże S.
Skąpany w półświetle Maynard nie wychodził przed szereg, śpiewając czysto i mocno, będący w fenomenalnej formie Josh Freese bębnił z godną podziwu mocą tudzież precyzją zegara atomowego, co rusz zamykając oczy i odpływając gdzieś w nieznane, zaś nadworny kompozytor projektu, czyli Billy H., co rusz przemierzał scenę, dając się ponieść akordom. Być może rozpływam się w tym miejscu nieco zbyt infantylnie, na dodatek pisząc dość ogólnikowo, ale rozmarzyć się owej, ciepłej czerwcowej nocy było niezwykle łatwo. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta – wszyscy zgromadzeni na podeście artyści wciąż wkładają mnóstwo serca w odegranie kultowych, ponadczasowych numerów.
Obserwując ich z oddali, widziałem pewną trudną do zdefiniowania prawdę, objawiającą się przede wszystkim w sferze intymności. I, prawdę mówiąc, nie sądzę, by podobne wrażenia dało się przekazać sztucznie. Każdy członek grupy był bowiem we własnym świecie, przeżywając dane fragmenty setu w wybitnie osobisty sposób. Dorzućmy do tego najwyższy możliwy poziom wykonawczy. Przepis na wieczór idealny gotowy, było wprost fenomenalnie.
Długie bisy
Cały ten pełen powagi teatr cieni, świateł, ale też szczerych grymasów, pełen piosenek z Thirteenth Step czy Eat the Elephant, przełamała nagle… dziesięciominutowa przerwa, okraszona zabawną animacją mężczyzny pijącego gorącą kawkę, wczytującego się jednocześnie w gazetę. Dodajmy, iż wówczas w tle leciała melodyjka typu lounge, więc mnóstwo zgromadzonych w obiekcie par zaczęło swobodnie tańczyć. Miły, pocieszny i totalnie niespodziewany przerywnik.
Na bisy składały się aż 4 kompozycje: zaczęto od Counting Bodies Like Sheep to the Rhythm of the War Drums, następnie usłyszeliśmy premierowe Starless (w wersji na żywo kompletnie porywające), The Noose, a także obowiązkowe Judith, które pozwolono nagrywać. Nie miałem jednak najmniejszej ochoty wyciągać telefonu z kieszeni, chcąc wyciągnąć z wykreowanej przez zespół immersji ostatnie podrygi.
Czy koncert A Perfect Circle spełnił oczekiwania?
Torwar opuszczałem skonfudowany. Nie do końca zdawałem sobie bowiem sprawę, co tak naprawdę przyszło mi przeżyć. Refleksja przyszła dopiero kilka ładnych godzin później.
Po pierwsze, ujrzałem grupę Billy’ego i Maynarda w absolutnym primie. Po drugie, przez ponad półtorej godziny tonąłem w doskonale nagłośnionych gitarach, klawiszach, basie, perkusji i wokalu. Po trzecie, cały dodatkowy anturaż (czyli głównie światła i wizualizacje) dobrze zapamiętam pewnie do końca życia. Dosłownie WSZYSTKO było wysmakowane, pełne artyzmu, nad wyraz estetyczne, minimalistyczne, często zaskakujące, ale też… po prostu w sam raz.
Naprawdę nie jestem w stanie się do czegokolwiek przyczepić, a na dodatek wspomniałem przecież, iż A Perfect Circle na Torwarze zagrało najlepszy wielkoformatowy koncert, jaki przyszło mi przeżyć. I nie ma w tym ani grama przesady. Tegoż wieczoru było wprost idealnie, a wy musicie uwierzyć mi na słowo. To nie wszystko: widok zapłakanej, przejętej, ale też wbitej w ziemię od ogromnej lawiny trudnych emocji publiczności chwilę po tym, gdy włączono główne światła, mówi przecież sam za siebie.
PS Bilet na płytę kosztował niespełna 500 zł. Pozwolę sobie skomentować to wyłącznie jednym słowem: masakra.
Setlista A Perfect Circle – Warszawa 2026
- The Package
- Disillusioned
- The Contrarian
- The Doomed
- Weak and Powerless
- Rose
- Kindred
- Gravity
- Imagine (cover John Lennon)
- TalkTalk
- 3 Libras (All Main Courses Mix)
- The Outsider
- Counting Bodies Like Sheep to the Rhythm of the War Drum
- Starless
- The Noose
- Judith
Zdjęcia autorstwa Justyny Szadkowskiej. Pełną galerię zdjęć jej autorstwa znajdziecie TUTAJ.
- Klubowy koncert CAVALERA jeszcze w czerwcu w Warszawie - 13 czerwca 2026
- A Perfect Circle, Jehnny Beth — relacja z koncertu, Warszawa (10.06.2026) - 13 czerwca 2026
- Tom Morello – relacja z koncertu, Warszawa (09.06.2026) - 11 czerwca 2026
